Выбрать главу

– I co tam zobaczyłaś? W jej oczach zalśniły łzy.

– Malutkie dziecko – szepnęła. – Najmniejsze maleństwo, jakie w życiu widziałam.

– Katie – powiedział cicho Coop – czy widziałaś je już kiedyś przedtem?

Potrząsnęła energicznie głową, jakby próbowała zebrać myśli.

– Dotknęłaś go? – padło kolejne pytanie. – Nie.

– Czy to dziecko było nagie, czy może czymś przykryte?

– Zawinięte w koszulę – odpowiedziała szeptem. – Widać było tylko buzię. Wyglądało tak, jakby spało, tak samo jak Hannah w kołysce.

– Skoro było zawinięte w koszulę, a ty go nawet nie dotknęłaś… to skąd wiesz, że to był chłopiec?

Katie spojrzała na niego, mrugając oczami.

– Nie wiem.

– Pomyśl dobrze, Katie. Spróbuj sobie przypomnieć tę chwilę, gdy dowiedziałaś się, że to był chłopiec.

Potrząsnęła głową, a łzy tym razem polały się po policzkach.

– Co wy ze mną robicie? Tak nie wolno! – zaszlochała, obróciła się na pięcie i uciekła.

– Wróci – powiedziałam, patrząc za nią. – Ale miło, że się przejąłeś. Coop westchnął, opierając się o wspornik gankowej huśtawki.

– Przycisnąłem ją do samego końca – zamyślił się. – Dotarłem do granicy świata jej wyobrażeń. Musiała uciekać, bo inaczej nie miałaby innego wyjścia, jak tylko przyjąć do wiadomości, że jej wymyślona logika się nie sprawdza. – Odwrócił się do mnie. – A ty uważasz, że ona jest winna, prawda?

Po raz pierwszy od czasu, kiedy tutaj przyjechałam, ktoś zadał mi to pytanie. Fisherowie, ich krewni i przyjaciele oraz cała wspólnota amiszów wydawali się być zdania, że oskarżenie Katie o morderstwo to jakiś niestworzona inkryminacja, z którą należy się pogodzić, ale w którą w żadnym wypadku nie wolno uwierzyć. Z drugiej strony, ja nie znałam Katie od samego urodzenia; widziałam przede wszystkim górę obciążających dowodów. A wszystko, z czym do tej pory się zetknęłam, od policyjnych raportów po informacje, które przekazał mi patolog noworodkowy, wskazywało na to, że Katie, biernie bądź też czynnie, spowodowała śmierć swojego dziecka. Ukrywanie ciąży – to była premedytacja. Obawa przed odrzuceniem przez Samuela, nie mówiąc już nawet o utracie szacunku rodziców i strachu przed ekskomuniką – to był motyw. Zaś co do upartego zaprzeczania dowiedzionym faktom – zawodowy nos mówił mi, że dziewczyna wychowana tak jak Katie nie potrafi inaczej radzić sobie w sytuacji, kiedy wie, że zrobiła coś bardzo złego.

– Mogę jej bronić na trzy sposoby, Coop – odpowiedziałam. – Strategia numer jeden: przyznajemy się, że to ona, mówimy, że bardzo żałuje i zdajemy się na łaskę sądu. Minus jest taki, że będzie musiała zeznawać, a wtedy się wyda, że wcale nie żałuje, a nawet, że w ogóle nie przyjmuje do wiadomości, że to ona popełniła to przestępstwo. Strategia numer dwa: nie przyznajemy się, że to ona. To ktoś inny. Zgrabny argument, tylko mało prawdopodobny, zważywszy na to, że mamy do czynienia z przedwczesnym porodem, który odbył się w tajemnicy przed wszystkimi o drugiej nad ranem. I wreszcie strategia numer trzy: przyznaje my się, że to ona, ale mówimy, że cierpiała na zaburzenie dysocjacyjne, zatem nie można jej skazać za popełnienie przestępstwa, skoro umysłem nie była na miejscu.

– Uważasz, że ona jest winna – powtórzył Coop. Nie mogłam znieść jego spojrzenia.

– Uważam – odparłam, odwracając wzrok – że tylko w ten sposób mogę ją z tego wyciągnąć.

Po południu weszliśmy do obory w tym samym momencie – ja chciałam popracować na komputerze, Aaron szedł nasypać krowom paszy. Nagle stanął jak wryty tuż obok mnie. Powietrze w oborze przesycone było wonią czegoś, co za chwilę miało się wydarzyć. Jedna z brzuchatych krów stojących w osobnej, wydzielonej zagrodzie wydała z siebie głośny ryk; spomiędzy jej zadnich nóg sterczało maleńkie kopytko. Aaron szybko sięgnął po parę gumowych rękawic kuchennych i wszedł do zagrody. Chwycił wystającą raciczkę i zaczął ciągnąć, dopóki nie pojawiła się druga, a obok – miniaturowy pyszczek, biały jak papier. Aaron ciągnął dalej, a ja patrzyłam w zachwycie, jak przy akompaniamencie trzasku jakby przełamywanej pieczęci na świecie pojawia się ociekające krwią cielę.

Upadło na siano, a nogi rozjechały się pod nim. Aaron ukląkł obok i połaskotał je w nos źdźbłem trawy. Malutki nosek zmarszczył się, rozległo się kichnięcie – i cielątko zaczęło oddychać. Potem wstało, podeszło do matki i trąciło ją pyszczkiem w bok. Aaron zerknął mu pod ogon i uśmiechnął się.

– Krowa – oznajmił.

To chyba jasne, pomyślałam. Co niby miało być? Wieloryb? Roześmiał się, jakby usłyszał moje myśli.

– Krowa – powtórzył z naciskiem. – Nie byk. – Ściągnął rękawice, wstał. – No i jak? – zapytał. – Może być, taki cud?

Krowia matka przejechała szorstkim językiem po mokrej, pozwijanej sierści swojego dziecka. Patrzyłam wielkimi oczami, zafascynowana widokiem.

– Jak najbardziej – odpowiedziałam.

Kiedy Katie dowiedziała się, że Mary Esch urządza śpiewanie, zaczęła błagać mnie na kolanach, żebym pozwoliła jej jechać.

– Możesz iść ze mną – mówiła, jakby to miała być dla mnie po kusa nie do odparcia. – Proszę cię, Ellie.

Z tego, co ja i Coop dowiedzieliśmy się od niej, miało to być spotkanie towarzyskie, czyli okazja do zaobserwowania, jak Katie reaguje na chłopaków innych niż Samuel – chłopaków, z których jeden mógł być ojcem jej dziecka. Tak więc pięć godzin później zasiadłam wraz z Katie na koźle i ruszyłyśmy w drogę na śpiewanie religijnych hymnów. Jeździłam już bryczką Fisherów, ale na tylnym siedzeniu było jakoś bezpieczniej.

– Kiedy zaczęłaś sama powozić? – zapytałam, chwytając się krawędzi ławki.

– Kiedy miałam trzynaście lat. – Pochwyciła moje spojrzenie i uśmiechnęła się. – Czemu pytasz? Chcesz potrzymać lejce?

Był w niej tego wieczoru jakiś blask, jakieś światełko nadziei; wprost nie mogłam się na nią napatrzeć. Kiedy dojechałyśmy na miejsce, zatrzymała bryczkę obok innych, stojących rzędem przed stodołą, uwiązała konie i weszłyśmy do środka. Mary na powitanie cmoknęła Katie w policzek i szepnęła jej coś do ucha, na co Katie parsknęła śmiechem, zasłaniając dłonią usta. Odeszłam na bok, próbując wtopić się w tło. Obserwowałam dziewczęta o mlecznej cerze, ubrane w sukienki we wszystkich kolorach tęczy i chłopców jak jeden mąż czeszących się z grzywką, którzy rzucali im ukradkowe spojrzenia. Czułam się jak przyzwoitka na szkolnym balu – nieznośnie apodyktyczna, surowa i stara. Nagle wpadła mi w oczy znajoma twarz.

Zobaczyłam Samuela w grupie młodych mężczyzn, nieco starszych od niego; domyśliłam się, że to ci, którzy tak jak on przyjęli już chrzest, ale jeszcze się nie ożenili. Samuel stał odwrócony tyłem do Katie i słuchał opowieści jednego ze swoich towarzyszy – o ile udało mi się zorientować, była to nieprzyzwoita historia o grubej babie albo o kobyle. Kiedy nadszedł finał anegdoty i towarzystwo wybuchnęło śmiechem, Samuel uśmiechnął się lekko i odszedł na bok.

Z wolna grupa nastolatków zaczęła się gromadzić wokół dwóch długich piknikowych stołów. Przy jednym z nich chłopcy i dziewczęta zajmowali miejsca na osobnych ławach, naprzeciwko siebie. Drugi był zarezerwowany dla par, siedzących razem i trzymających się za ręce;

splecione dłonie obojga nikły w bujnych fałdach sukienki dziewczyny. Nagle podeszła do mnie młoda kobieta, którą widziałam po raz pierwszy w życiu.

– Czy zechce pani spocząć, pani Hathaway?

Od momentu przyjścia nastawiałam się, że przywitają mnie pytania o to, kim jestem, ale najwidoczniej się przeliczyłam. Wśród amiszów wiadomości przekazywane z ust do ust krążyły sprawnie i szybko; te dzieciaki wiedziały, kim jestem już bez mała dwa tygodnie temu.