– Prawdę mówiąc – odrzekłam – to najchętniej sobie postoję i popatrzę.
Dziewczyna uśmiechnęła się w odpowiedzi i usiadła przy stole, gdzie siedzieli wszyscy bez pary. Szepnęła coś do ucha swojej koleżance, która rzuciła mi spojrzenie spod półprzymkniętych powiek. Katie siedziała na samym końcu stołu dla par, trzymając miejsce obok siebie wolne. Jak gdyby nigdy nic, błysnęła uśmiechem w stronę zbliżającego się Samuela.
A on minął ją, nie zatrzymując się.
Odprowadzany bacznym spojrzeniem Katie łowiącym każdy jego krok, dotarł do stołu dla samotnych i wślizgnął się na wolne miejsce. Nie było chyba takiej pary oczu, która by go nie śledziła, a potem nie przeniosła się błyskawicznie na Katie – nie padło jednak ani jedno słowo. Katie skłoniła głowę, nisko, jak młody łabędź; jej policzki płonęły.
Pierwsze nuty hymnu wzbiły się w powietrze. Usta dziewcząt złożyły się w kształt litery O, zaś głosy chłopców jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nabrały głębi. A ja podeszłam wolnym krokiem do stołu dla par, przestąpiłam ponad ławką i usiadłam obok Katie, która nawet na mnie nie spojrzała. Położyłam otwartą dłoń grzbietem do dołu na jej kolanie, a w myślach zaczęłam liczyć: ćwierć nuty, półnuta… Dopiero po całym takcie melodii przyjęła to, co chciałam jej dać.
Gdybym zamknęła oczy, nigdy w życiu nie powiedziałabym, że siedzę na imprezie młodych amiszów. Gwar rozmów, chichoty, brzęk szklanek i talerzy przy częstowaniu napojami i przekąskami – to wszystko wydało mi się dobrze znajome i takie… angielskie. Nawet niewyraźne sylwetki poruszające się w ciemnych kątach – pary szukające odrobiny prywatności, żeby móc się zbliżyć – oraz tych dwoje, którzy jako jedyni odważyli się wyjść na zewnątrz, wynosząc ze stodoły twarze płonące wewnętrzną gorączką; wszystko to wydało mi się jakby żywcem wzięte z mojego świata i jakoś nie bardzo na miejscu w świecie Katie.
Katie siedziała na stołku niczym królowa na tronie, otoczona wiernymi przyjaciółkami, dysputując z nimi zawzięcie. Temat wieczoru: dlaczego Samuel nie chciał się do niej przyznać. Jeśli próbowały ją pocieszać – to średnio im to wychodziło; Katie patrzyła mętnym wzrokiem, jak ogłuszona. Najwidoczniej nie potrafiła sobie poradzić z odrzuceniem i to w dodatku drugą noc z rzędu.
Chociaż, kiedy spojrzeć na to z tej strony, odrzucenie nie było jedyną świeżo odkrytą smutną prawdą o życiu, z którą Katie nie umiała sobie poradzić.
Nagle grupka dziewcząt rozstąpiła się na dwie strony jak rozcięta nożem. Do Katie podszedł Samuel, mnąc w dłoniach kapelusz.
– Witaj – powiedział.
– Witaj.
– Mogę odwieźć cię do domu?
Słysząc to, jedna czy dwie koleżanki poklepały Katie po plecach, jakby chciały powiedzieć, że one przecież wiedziały od początku, że wszystko dobrze się ułoży. Ale Katie nie patrzyła na Samuela.
– Przyjechałam własną bryczką. I jest ze mną Ellie.
– Czy Ellie nie może sama wrócić?
To był dla mnie znak, żeby się odezwać. Podeszłam do nich, porzucając bezwstydne podsłuchiwanie.
– Bardzo mi przykro, kochani – powiedziałam z uśmiechem. – Katie, nie zabraniam ci rozmów w cztery oczy, ale jeśli to oznacza, że ja mam powozić kulawą kobyłą, to nie ma o czym mówić.
Samuel zerknął na mnie z ukosa.
– Moja kuzynka Susie powiedziała, że odwiezie cię do Fisherów, jeśli tylko się zgodzisz. A ja potem zabiorę ją do domu.
Katie milczała, czekając, co postanowię.
– Dobrze – westchnęłam, zastanawiając się, ile lat ma Susie i czy w moim świecie mogłaby chociażby zapisać się na kurs prawa jazdy.
Odprowadzając wzrokiem Katie wsiadającą do otwartego wozu, którym przyjechał Samuel, wspięłam się na kozioł dużej rodzinnej bryczki, którą przyjechałyśmy na to spotkanie. Siedziała tam już mizerna dziewuszka w okularach grubych jak denka od butelek – mój kierowca, wylosowany tego wieczoru jako niepijący. Zanim Samuel ruszył, Katie zdążyła mi jeszcze pomachać, uśmiechając się nerwowo.
Powrót do domu to było długie i milczące piętnaście minut. Susie nie zapowiadała się na mistrzynię sztuki konwersacji; prawdę mówiąc, odniosłam wrażenie, że bezpośrednie zetknięcie z kimś, kto nie był amiszem, całkowicie pozbawiło ją mowy. Aż podskoczyłam na dźwięk jej głosu, kiedy po przyjeździe do Fisherów zapytała, czy może skorzystać z łazienki.
– Jasne – powiedziałam. – Idź śmiało.
Nie był to popis gościnności, ale za wszelką cenę chciałam poczekać na Katie. Tak na wszelki wypadek.
Zostałam w bryczce, bo nie miałam najmniejszego pojęcia, jak się zabrać do wyprzęgania konia. Chwilę później dało się słyszeć lekkie stąpanie kopyt po ubitej ziemi; to zbliżała się bryczka Samuela.
Zamiast się ujawnić, dać znak, gdzie jestem, zaszyłam się w ciemnym wnętrzu bryczki, zamierzając wysłuchać rozmowy Katie i Samuela.
– Tylko mi powiedz. – Jego głos był tak cichy, że niczego bym nie usłyszała, gdyby nie wiatr, który przywiał jego słowa w moją stronę. – Powiedz, kto to był. – Nie doczekawszy się odpowiedzi, pytał dalej, z rosnącą frustracją: – John Lapp? Widziałem, jak się na ciebie gapił. A może Karl Mueller?
– Nikt! – zapierała się Katie. – Przestań już!
– Niemożliwe, żeby to był nikt. Ktoś cię dotykał. Ktoś cię przytulał. Ktoś zrobił to dziecko!
– Nie było żadnego dziecka. Nie było! – Krzyknęła Katie piskliwym głosem, a potem usłyszałam głuche uderzenie jej stóp o ziemię i oddalający się tupot.
Wyłoniłam się ze swojej kryjówki, patrząc z zakłopotaniem na Samuela i Susie, która właśnie wyszła z domu, zderzając się w drzwiach z biegnącą Katie.
– To nieprawda, że nie było dziecka – szepnął do mnie. Skinęłam głową.
– Współczuję ci.
E. Trumbull Tewksbury zjawił się u nas tuż po obiedzie, jak zwykle ostrzyżony na zero, w czarnym garniturze i ciemnych okularach w stylu agenta federalnego. Rozejrzał się po farmie, jakby chciał sprawdzić, czy gdzieś nie zaczaili się zamachowcy albo terroryści, a potem zapytał, gdzie może rozstawić swój sprzęt.
– W kuchni – odpowiedziałam, prowadząc go do domu. Katie już tam czekała.
Kiedyś Bull pracował w FBI, teraz zaś świadczył usługi w sektorze prywatnym. Przeprowadzał testy wykrywaczem kłamstw. Krótko mówiąc – walizka do wynajęcia. Zdarzyło mi się już korzystać z jego przenośnego sprzętu i fachowej pomocy. Odwiedzał w moim imieniu klientów w ich własnych domach, a doświadczenie zawodowe nauczyło go roztaczać odpowiednią do okazji aurę powagi, połączoną z pewnego rodzaju aluzyjną przestrogą; klient wiedział od razu, że lepiej mówić mu prawdę – a to, czy popełnił przestępstwo czy nie, to już całkiem inna sprawa.
Rzecz jasna, to był chyba pierwszy wypadek w jego karierze zawodowej, kiedy musiał czekać, aż biskup wspólnoty amiszów udzieli mu zezwolenia na przeprowadzenie testu, nie mówiąc już o samym użyciu sprzętu, czyli magnetofonu, mikrofonu oraz baterii, z których składał się wykrywacz kłamstw. Lecz kiedy władze kościoła wyraziły już oficjalną zgodę, nawet Aaron, choć przeciwny badaniu, nie mógł wchodzić nam w drogę. Zostałyśmy same: ja, Katie i, w charakterze wsparcia moralnego, Sara, która przez cały czas nie wypuszczała dłoni córki z mocnego uścisku.
– Oddychaj głęboko – poradziłam Katie, przysuwając się bliżej. Dziewczyna była skrajnie przerażona; widziałam to już u kilku klientów. Nie mogłam oczywiście wiedzieć, czy to strach przed tym, że wszystko się wyda, czy może po prostu jeszcze nigdy nie widziała takiej maszynerii, tylu światełek i guzików naraz. Ale ponieważ aparatura była czuła na zdenerwowanie, musiałam się postarać, żeby zdusić jej strach w zarodku, niezależnie od przyczyny.