Выбрать главу

– Zadam ci teraz kilka pytań – zaczął Bull. – Widzisz to urządzonko? To jest taki mały magnetofon. A to mikrofon. – Postukał w niego paznokciem. – A to tutaj niczym się w zasadzie nie różni od sejsmografu, takiego do mierzenia trzęsień ziemi.

Katie ścisnęła Sarę za rękę tak mocno, że aż jej palce pobielały. Przez cały czas powtarzała szeptem słowa, które po tylu wieczorach spędzonych w domu Fisherów zdążyły już dobrze zapaść mi w pamięć: Unser Vater, in dem Himmel. Dein Name werde geheiliget. Dein Reich komme. Dein wille gescheche auf Erden wie im Himmel.

Nigdy jeszcze, przez tyle lat praktyki adwokackiej, nie słyszałam, żeby klient recytował „Ojcze nasz” do mikrofonu wykrywacza kłamstw.

– Bez nerwów. – Poklepałam ją po ramieniu. – Będziesz mówić tylko „tak” albo „nie”.

Ale to nie dzięki mnie Katie w końcu udało się uspokoić. Zrobił to Bull we własnej osobie. Wiedziony podszeptem swojego pentagonalnego federalnego serca, za co niech sercu będą dzięki, zdecydował się na mały sabotaż: zagadnął Sarę jakby nigdy nic o krowy rasy dżersej, z których mleka zbiera się podobno najwięcej śmietany. Katie, widząc, jak mama gawędzi sobie miło z obcym człowiekiem na znajomy temat, najpierw odetchnęła głębiej, potem usiadła mniej sztywno, aż w końcu można już było z nią rozmawiać.

Taśma zaczęła nawijać się na rolkę.

– Jak się nazywasz? – zapytał Bull.

– Katie Fisher.

– Czy masz osiemnaście lat?

– Tak.

– Czy mieszkasz w Lancaster?

– Tak.

– Czy przyjęłaś chrzest według obrządku amiszów?

– Tak.

Siedziałam obok Bulla, w miejscu, skąd mogłam obserwować wskazówkę wykrywacza kłamstw. Przysłuchiwałam się wstępnym pytaniom, które sama sformułowałam i śledziłam wzrokiem wydruk reakcji urządzenia. Dotąd wszystko było w normie, lecz z drugiej strony nie padły przecież jeszcze żadne prowokacyjne pytania. Faza wstępna, której celem było rozwiązanie Katie języka, trwała jeszcze przez kilka minut, potem zaś zaczęło się to, o co wszystkim nam chodziło.

– Czy znasz Samuela Stoltzfusa?

– Tak. – Głos Katie lekko osłabł.

– Czy pomiędzy tobą a nim doszło do zbliżenia seksualnego?

– Nie.

– Czy byłaś już kiedyś w ciąży? Katie spojrzała na matkę.

– Nie – odpowiedziała. Wskazówka ani drgnęła.

– Czy rodziłaś już dzieci?

– Nie.

– Czy zabiłaś dziecko, które urodziłaś?

– Nie.

Trumbull wyłączył urządzenie i oderwał długi pas wydruku. Zaznaczył na nim kilka miejsc, gdzie igła wahnęła się nieznacznie, wiedział jednak dobrze, tak samo jak ja, że takie wahnięcia nie dowodzą kłamstwa w żywe oczy.

– Zaliczyłaś – poinformował Katie.

Dziewczyna pojaśniała z radości i rzuciła się Sarze na szyję, ściskając matkę z całych sił, a kiedy już wypuściła ją z objęć, odwróciła się do mnie, pytając z szerokim uśmiechem na twarzy:

– Te wyniki są dobre? Możesz pokazać je ławnikom? Przytaknęłam.

– Jest to z całą pewnością krok we właściwym kierunku. Ale zazwyczaj robi się dwa testy, żeby mieć lepszy dowód. – Skinęłam na Bulla, żeby ustawił wszystko jeszcze raz. – Poza tym, najtrudniejsze już za tobą.

Katie usiadła z powrotem na swoim krześle; tym razem o wiele spokojniejsza, czekała cierpliwie, aż Bull podstawi mikrofon blisko jej ust. Wysłuchałam, jak udziela odpowiedzi na ten sam zestaw pytań.

Kiedy skończyła, policzki miała zaróżowione. Uśmiechnęła się do mamy. Bull wyciągnął wydruk z maszyny i zakreślił kilka miejsc, gdzie igła szarpnęła się jak szalona, w jednym wypadku wychodząc aż poza papier. Tym razem Katie udzieliła nieprawdziwej odpowiedzi na trzy pytania: o ciążę, o urodzenie dziecka, o jego zabicie.

– Zaskakujące – mruknął Bull półgębkiem. – Przecież za drugim razem była o wiele spokojniejsza. – Wzruszył ramionami, zabierając się do rozłączania przewodów. – A może to właśnie dlatego? – zastanowił się.

Oznaczało to tyle, że nie mogę używać pierwszego testu jako dowodu, jeśli razem z nim nie przedstawię prokuratorowi również tego drugiego zestawu wyników, fatalnego dla Katie. Oznaczało to tyle, że badanie wykrywaczem kłamstw nie przyniosło jednoznacznych rezultatów.

Katie spojrzała na mnie, rozpromieniona, wciąż trwająca w błogiej nieświadomości.

– Koniec? – zapytała.

– Tak – odpowiedziałam miękko. – To już koniec.

Karmienie cieląt należało do obowiązków Katie. Kilka dni po urodzeniu odstawiano je od matek i umieszczano w niedużych kopulastych pojemnikach z plastiku, które stały niedaleko obory, podobne do rzędu psich bud. Zaniosłyśmy tam butelki z pokarmem na bazie mleka w proszku, którym karmiło się młode, żeby nie zabierały swoim matkom prawdziwego mleka przeznaczonego na sprzedaż.

– Nakarm Sadie – powiedziała Katie; takie imię otrzymała krówka, która urodziła się na moich oczach przed kilkoma dniami. – Ja pójdę do Gedeona.

Z Sadie zrobiło się już całkiem ładne cielątko. Jej sierść, odczyszczona z krwi i płynów płodowych, wyglądała teraz jak czarno – biała mapa; zarysy olbrzymich kontynentów ciągnęły się w poprzek grzebienia kręgosłupa i oblepiały kościsty zadek.

– Hej, malutka. – Poklepałam ją po kwadratowym łebku. – Jesteś głodna?

Ale Sadie zdążyła już znaleźć pyszczkiem smoczek i skoncentrowała wysiłki na tym, żeby wyrwać mi butelkę z rąk. Przechyliłam ją, żeby leciało więcej pokarmu i zmarszczyłam brwi, widząc łańcuch, którym Sadie była przywiązana do swojego niby – baraku, jak jakiś więzień. Wiedziałam, że mlecznym krowom łańcuchy nie przeszkadzają, ale to przecież było jeszcze dziecko. Zresztą, co złego mogło jej grozić?

Katie stała tyłem do mnie. Szybko odczepiłam krępujący łańcuch od haczyka na obroży zapiętej na karku Sadie, która nawet się nie spostrzegła, zresztą tak, jak przewidywałam. Gulgocząc zawzięcie przełykiem, opróżniła butelkę do ostatniej kropli, po czym wetknęła mi łepek pod ramię.

– Przykro mi bardzo – powiedziałam. – Skończyło się.

Katie obejrzała się na mnie przez ramię, uśmiechając się szeroko. Gedeon, nieco starszy od Sadie i nieco mniej od niej łakomy, wciąż jeszcze ssał w trybie przyspieszonym swój smoczek. Ten właśnie moment wybrała sobie Sadie, żeby bryknąć, kopnąć mnie z całej siły w brzuch i wyrwać się ze swojego więzienia na wolność.

– Ellie! – krzyknęła Katie. – Coś ty narobiła!

Nie mogłam odpowiedzieć, bo z ledwością łapałam oddech, leżąc zwinięta w kłębek na ziemi przed budkami dla cieląt i ściskając się za bok.

Katie rzuciła się pędem za Sadie, która hycała po podwórzu, jakby wyrosły jej sprężyny pod kopytami. Obiegła placyk do połowy, a potem zmieniła kierunek, zawracając w moją stronę.

– Łap ją! Za przednie nogi! – krzyknęła Katie. Rzuciłam się w przód i zacisnęłam palce na kolanach Sadie; położyłam ją na glebę chwytem, którego nie powstydziłby się zawodowiec.

Zasapana Katie przeciągnęła łańcuch tam, gdzie leżałam razem z krówką, nie pozwalając jej wstać i zaczepiła go z powrotem do obroży. Potem usiadła obok mnie, żeby złapać oddech.

– Przepraszam – wydyszałam. – Skąd mogłam wiedzieć… – Obejrzałam się na Sadie, która schroniła się z powrotem w cieniu swojej budki. – No, ale blok był niezły. Może powinnam wybrać się na eliminacje do Eagles.

– A co to jest Eagles?