– Drużyna futbolowa.
Katie spojrzała na mnie, robiąc wielkie oczy.
– Co to znaczy „futbolowa”?
– No, wiesz, jest taka gra. W telewizji ją pokazują. – Ale to jej raczej nic nie powiedziało. – To coś jak baseball. – Wpadłam wreszcie na właściwy trop, przypomniawszy sobie, że widywałam tutaj dzieciaki w rękawicach, przerzucające się piłką. – Ale nie takie samo. Eagles to zawodowa drużyna, co oznacza, że zawodnicy dostają dużo pieniędzy za mecze.
– Dostają pieniądze, żeby wyjść na boisko i grać w grę? W takim ujęciu rzeczywiście zabrzmiało to idiotycznie.
– No… – zawahałam się -…tak.
– A gdzie oni pracują?
– To jest ich praca – wyjaśniłam, ale nawet mnie samej wydało się to teraz dziwne. Jaką wartość miało przerzucanie jajowatej piłki pomiędzy dwoma tyczkami w porównaniu, na przykład, z codziennymi zajęciami Aarona Fishera, który był jak najbardziej dosłownie żywicielem swojej rodziny? A skoro już o tym mowa – jaką wartość miała moja kariera, oparta na słowach, a nie na pracy własnych rąk?
– Nie rozumiem – przyznała się szczerze Katie.
A ja, w tym momencie, siedząc na podwórzu u Fisherów, też jakoś nie mogłam tego zrozumieć.
Spojrzałam Coopowi w oczy.
– Rozwiodłeś się z powodu kłótni o konto w banku? – spytałam, rozbawiona.
– Może niedokładnie akurat tak. – W świetle księżyca błysnęły jego zęby. – To chyba była kropla, która przepełniła czarę goryczy.
Przysiedliśmy na jakimś żelastwie, które Elam, Aaron i Samuel przyciągnęli na pole z pomocą zaprzęgu mułów. Trzeba było bardzo uważać, żeby nie skaleczyć się w nogę; machina miała na dole trzy potworne koła najeżone groźnymi kłami kolców. Dla mnie wyglądało to jak wyrafinowane narzędzie tortur, ale Katie twierdziła, że służy tylko do rozrzucania siana, żeby lepiej wyschło przed zebraniem w stogi.
– Niech zgadnę – powiedziałam. – Zrobiła ci debet na karcie kredytowej. Pogrążyła ją słabość do sklepów sieci Neimana Marcusa.
Coop potrząsnął głową.
– Chodziło o hasło do karty bankomatowej. Zaśmiałam się.
– Dlaczego? Okazało się, że to jakieś twoje głupie przezwisko?
– Nie chciała mi powiedzieć, jakie to hasło. I o to właśnie poszło. – Westchnął. – Poszliśmy na kolację, a ja zapomniałem portfela. Trzeba było wyciągnąć gotówkę z bankomatu, więc wziąłem kartę z jej torebki i zaoferowałem się, że pójdę. Ale kiedy poprosiłem o hasło, zacięła się i nie chciała powiedzieć.
– Tak Bogiem a prawdą – zauważyłam – to swojego hasła nie wolno zdradzać nikomu.
– Widzę, że miałaś jakąś klientkę, którą mąż oskubał do czysta i dał nogę do Meksyku, zgadza się? Tylko, że ja taki nie jestem. I nigdy nie byłem. Ale ona się uparła. Nie chciała mi zaufać w tej jednej rzeczy. A ja zacząłem się zastanawiać, co jeszcze przede mną ukrywa.
Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc milczałam, kręcąc guzikiem od swetra.
– Złapałam kiedyś grypę – odezwałam się wreszcie. – Byliśmy już wtedy ze Stephenem może sześć lat razem, nie pamiętam. Przyniósł mi śniadanie do łóżka: jajka, tosty, kawa. Rozczulił mnie tym, ale jedna rzecz była nie tak. Kawę zrobił słodką i ze śmietanką. A przez sześć lat, dzień w dzień, na jego oczach piłam czarną.
– I co zrobiłaś? Uśmiechnęłam się blado.
– Ślicznie mu podziękowałam i przez kolejne dwa lata żyliśmy sobie razem – rzuciłam żartobliwym tonem. – A miałam jakiś wybór?
– Zawsze ma się jakiś wybór, Ellie, tylko ty nie chcesz tego widzieć.
Udałam, że nie dosłyszałam, odwracając wzrok. Ponad polem tytoniu krążyły gromady robaczków świętojańskich, rozjaśniając zieleń liści tak, że wyglądało to jak światełka na choince. W lipcu.
– Duvach – przypomniałam sobie na głos słówko z dialektu Dietsch, którego nauczyłam się od Katie.
– Zmiana tematu – powiedział Coop. – Cała Ellie. Zawsze taka byłaś.
– Że niby co?
– Słyszałaś, co powiedziałem. – Wzruszył ramionami. – Przez te wszystkie lata nic się nie zmieniłaś.
Odwróciłam się do niego, mrużąc oczy.
– Nie masz bladego pojęcia, jaka byłam przez te wszystkie…
– To nie była moja wina – przerwał mi. Skrzyżowałam ręce na piersi. Zaczęło mnie to już drażnić.
– Ty traktujesz to jak ryzyko zawodowe, rozumiem, ale są też tacy ludzie, którzy nie lubią wywlekać spraw z przeszłości.
– Widzę, że to dla ciebie wciąż drażliwy temat.
– Dla mnie? – zaśmiałam się, nie wierząc własnym uszom. – To ty mówiłeś o przebaczeniu, ale jakoś nie możesz przestać przynudzać o tym, jak to nam było razem i jak się skończyło.
– Przebaczenie i zapomnienie to dwie różne rzeczy.
– Przypominam ci, że miałeś dwadzieścia lat, żeby wyrzucić to z pamięci. Postaraj się to zrobić chociaż na czas współpracy z moją klientką.
– Czy tobie naprawdę się wydaje, że zapieprzam tutaj taki kawał drogi dwa razy w tygodniu, żeby pracować charytatywnie z dziewczyną od amiszów? – Coop wyciągnął rękę, a jego dłoń przylgnęła do mojego policzka; cały gniew ulotnił się, zanim jeszcze zdążyłam ochłonąć z zaskoczenia i złapać oddech. – Chciałem spotkać się z tobą, Ellie. Dowiedzieć się, czy zdobyłaś w życiu to wszystko, czego kiedyś tak pragnęłaś.
Stał już tak blisko, że widziałam wyraźnie złote iskry migoczące w jego zielonych oczach. Na skórze czułam słowa, które wypowiadał.
– Kawę pijesz zawsze czarną – szepnął. – Szczotkujesz włosy sto razy, zanim położysz się spać. Po malinach robią ci się bąble na skórze. Kiedy skończysz się kochać, lubisz wskoczyć pod prysznic. Znasz wszystkie zwrotki „Paradise by the Dashboard Light” Meat Loafa, a na Boże Narodzenie specjalnie nosisz w kieszeni drobniaki dla mikołajów z Armii Zbawienia. – Poczułam, jak jego dłoń ześlizguje się na mój kark. – O czymś zapomniałem?
– A – D – W – O – wyszeptałam. – Moje hasło do bankomatu. Wtuliłam się w ramiona Coopa, rozsmakowując się w nim powoli.
Czułam, jak jego palce rozcierają moją skórę i zamknąwszy oczy, pomyślałam o tym, jak wiele gwiazd widać tutaj nocą na niebie, o ileż głębszym niż u nas. Pomyślałam sobie, że to jest miejsce, gdzie można się zagubić.
Nagle, w momencie, kiedy nasze usta się odnalazły, odskoczyliśmy od siebie, spłoszeni tupotem stóp na ścieżce biegnącej przez pole.
Biegliśmy za Katie prawie półtora kilometra, potykając się w ciemności i nie mówiąc ani słowa, żeby się nie zdradzić. Miała nad nami tę przewagę, że oświetlała sobie drogę latarką. Coop prowadził, trzymając mnie za rękę, dając znać uściskiem, kiedy dostrzegał na ścieżce jakąś gałąź, kamień albo koleinę.
Chociaż posuwaliśmy się naprzód w całkowitym milczeniu, wiedziałam dobrze, że on myśli o tym samym co ja: Katie biegła na spotkanie z kimś, kogo chciała ukryć przed moimi oczami. Nie mógł to więc być Samuel; wszystko wskazywało na to, że chodzi o wielkiego nieobecnego – nieznanego ojca jej dziecka.
Przed nami, niczym wielka szara góra, zamajaczyła bryła domostwa. Ciekawe, pomyślałam, czy to tam właśnie mieszka kochanek Katie. Zanim jednak zdążyłam się nad tym bliżej zastanowić, Coop szarpnął mnie za rękę, ciągnąc na ścieżkę, która odbijała w lewo, prowadząc na niewielki, otoczony płotem teren. Tam właśnie zniknęła Katie. Dopiero po dobrej chwili zorientowałam się, że małe białe kamienie sterczące z ziemi to nagrobki.
Byliśmy na cmentarzu, gdzie Sara i Aaron pochowali zmarłego noworodka.
– Boże… – szepnęłam. Coop natychmiast zasłonił mi usta dłonią.
– Patrz i nic nie mów. – Jego ciche słowa wpadły miękko do mojego ucha. – To może być przełom, przebicie tej ściany, o której mówiliśmy.