Przykucnęliśmy nieopodal Katie, która zresztą i tak wydawała się nas nie zauważać. Oczy miała szeroko otwarte i lekko zaszklone. Oparła latarkę o pobliski nagrobek, przyświecając sobie, po czym uklękła obok świeżo zasypanego grobu i dotknęła kamienia.
URODZIŁ SIĘ MARTWY, głosił napis. Tak jak mówiła mi Leda. Patrzyłam, jak Katie przebiega palcami każdą literę po kolei. Zgarbiła się, pochylając głowę – płakała? Podniosłam się, żeby iść do niej, ale Coop mnie zatrzymał.
Katie wzięła do rąk jakieś narzędzia, wyglądające jak dłuto i nieduży młotek, przyłożyła ostrze do kamienia, uderzyła raz, drugi.
Tym razem Coopowi nie udało się mnie zatrzymać. Zerwałam się z okrzykiem „Katie!” i pobiegłam do niej, ale ona nie odwróciła nawet głowy. Opadłam na ziemię obok niej i chwyciłam ją za ramiona, a potem wyrwałam z rąk dłuto i młotek. Twarz miała zalaną łzami, ale jej wyraz był całkowicie obojętny, apatyczny.
– Co ty wyprawiasz? – zapytałam.
Spojrzała na mnie nieobecnym wzrokiem i nagle w pustych oczach odbiła się świadomość.
– Och… – jęknęła piskliwie, zakrywając twarz dłońmi. Zaczęła się trząść na całym ciele. Widać było, że nie może zapanować nad drgawkami.
Coop pochylił się, wziął Katie na ręce.
– Zabierzemy ją do domu – powiedział, ruszając w stronę bramy cmentarza. Dziewczyna szlochała mu w koszulę.
Uklękłam przy grobie, żeby zabrać dłuto i młotek. Katie zdążyła skuć fragment napisu; zrobiło mi się żal Aarona i Sary, którzy wykosztowali się na ten nagrobek, na którym pozostały już tylko dwa słowa: URODZIŁ SIĘ.
– Mogła lunatykować – powiedział Coop. – Leczyłem już ludzi, którzy narobili sobie fatalnych kłopotów przez zaburzenia snu.
– Od dwóch tygodni dzielę z nią pokój i ani razu nie widziałam nawet, żeby wstawała w nocy do łazienki.
Przebiegł mnie dreszcz. Widząc, że się trzęsę, Coop objął mnie ramieniem. Drewniana ławka nad stawem Fisherów nie była duża. Przysunęłam się o ułamek milimetra bliżej.
– Z drugiej strony może być i tak – postawił kolejną hipotezę – że zaczyna do niej docierać, co się stało.
– Brakuje mi w tym logiki. Jaki związek ma przyjęcie do świadomości, że było się w ciąży ze zniszczeniem nagrobka?
– Nie powiedziałem, że ona przyjęła to do świadomości. Uważam tylko, że być może zaczęła wierzyć niektórym dowodom, którymi ją zasypaliśmy i w jakiś sposób próbuje pogodzić jedno z drugim. Podświadomie.
– Aha. Nie ma nagrobka, nie było dziecka.
– Otóż właśnie. – Odetchnął powoli, a potem rzekł z namysłem: – Wystarczy ci już tego, Ellie. Bez problemu znajdziesz psychiatrę sądowego, który poprze oświadczenie o niepoczytalności.
Skinęłam głową, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego wsparcie, jakie od niego otrzymuję, w ogóle mnie nie pociesza.
– Chcesz dalej z nią rozmawiać? – zapytałam.
– Tak. Zrobię wszystko, żeby się nie załamała, kiedy nadejdzie kryzys. Bo kryzys nadchodzi. – Uśmiechnął się łagodnie. – Zaś jako twój psychiatra, muszę ci powiedzieć, że zbytnio się angażujesz w tę sprawę.
Rozbawiło mnie to.
– Powiedziałeś: mój psychiatra?
– Z najwyższą przyjemnością, droga pani. Będzie pani moim najmilszym pacjentem.
– Przykro mi, ale ja nie jestem wariatką. Pocałował mnie za uchem, trącając nosem.
– Wszystko do czasu – mruknął i obrócił mnie w ramionach, przesuwając wargami od ucha, po policzku, docierając w końcu do ust, dotykając ich lekko niczym piórkiem. Był to dla mnie swojego rodzaju wstrząs, kiedy uświadomiłam sobie, że po tylu latach wciąż go rozpoznaję – potrafiłam odczytać kod Morse'a naszych pocałunków, wiedziałam, że poczuję jego dłonie na plecach i w talii, pamiętałam, jakie są w dotyku jego włosy, przeczesywane palcami.
Jego pieszczoty obudziły dawne wspomnienia i zostawiły w pamięci osad nowych. Moje serce biło przy piersi Coopa, a nogi same zaplotły się wokół jego nóg. W ramionach tego człowieka znów miałam dwadzieścia lat, a cały szeroki świat czekał na mnie jak wspaniały bankiet.
Mrugnęłam oczami – i znów miałam przed sobą staw oraz jego.
– Nie zamknąłeś oczu – szepnęłam mu prosto w usta.
Coop przesunął palcami wzdłuż mojego kręgosłupa.
– Kiedyś je zamknąłem, a ty znikłaś.
Więc i ja miałam dalej oczy szeroko otwarte i zobaczyłam dwie rzeczy, które były wprost nie do uwierzenia: siebie, wracającą do punktu wyjścia i widmo dziewczyny idącej po wodzie.
Oderwałam się od Coopa. Duch Hannah? Nie, niemożliwe.
– Co się stało? – szepnął.
Wtuliłam się z powrotem w jego ramiona.
– Ty się stałeś – odpowiedziałam. – I to wszystko.
Rozdział dziewiąty
Jacob Fisher nieraz rozglądał się z niedowierzaniem po gabinecie wielkości szafy, który dzielił z drugim doktorantem wydziału anglistyki – i zawsze musiał się uszczypnąć. Przecież, prawdę mówiąc, jeszcze całkiem niedawno chował Szekspira w oborze pod workami z paszą, czytał przy latarce do białego rana, a potem całe przedpołudnie zataczał się przy pracy, pijany nową wiedzą. A teraz otaczały go półki pełne książek i pobierał pensję za analizę ich treści i przekazywanie zdobytych informacji młodym chłopakom i dziewczynom, w których oczach płonął taki sam ogień jak niegdyś w jego własnych.
Usiadł za swoim biurkiem, ciesząc się, że może wrócić do pracy; ostatnie dwa tygodnie spędził w rozjazdach, bo asystował zasłużonemu emerytowanemu profesorowi podczas cyklu letnich wykładów. Gdy usłyszał pukanie, podniósł głowę znad antologii, którą czytał, podkreślając co ważniejsze fragmenty.
– Proszę.
Zza drzwi wyjrzała twarz nieznajomej kobiety.
– Szukam pana Jacoba Fishera.
– Znalazła go pani.
Nie potrafił się domyślić, kto to taki; jego studentki były młodsze i raczej nie chodziły w kostiumach. Nowo przybyła machnęła niedużym portfelem, w którym miała zatkniętą jakąś legitymację.
– Sierżant Lizzie Munro, wydział dochodzeniowy powiatu East Paradise.
Jacob zacisnął kurczowo palce na poręczach swojego fotela. Przed oczami stanęły mu wszystkie rozbite bryczki, które zobaczył, dorastając w okręgu Lancaster, wszystkie tragiczne, choć przypadkowe awarie urządzeń gospodarczych na farmach.
– Moja rodzina – wyjąkał, czując w ustach suchość pustynnego piasku. – Coś się stało w domu?
Policjantka obrzuciła go wzrokiem.
– W domu wszyscy zdrowi – odpowiedziała po chwili. – Mogę zadać panu kilka pytań?
Jacob skinął głową i wskazał jej fotel przy biurku drugiego asystenta. Od trzech miesięcy nie miał żadnych wiadomości od rodziny – latem było mnóstwo pracy na farmie i Katie nie mogła się wyrwać, żeby do niego przyjechać. Jacob już chciał dzwonić do ciotki Ledy, tak sobie, żeby zapytać, co słychać, ale był zawalony pracą, a potem musiał jechać na te wykłady.
– Jak rozumiem, wychował się pan w East Paradise, w rodzinie amiszów? – padło pytanie.
Jacob poczuł pierwsze ukłucie niepokoju. Przez te wszystkie lata życie Anglika zdążyło nauczyć go ostrożności.
– Czy mogę zapytać, dlaczego chce pani to wiedzieć?
– W pańskim rodzinnym mieście rzekomo popełniono ciężkie przestępstwo.
Jacob zamknął swoją antologię.
– Po tej aferze z kokainą też przyjąłem delegację z waszego wydziału. Nie jestem już amiszem, ale to jeszcze nie znaczy, że dostarczam dawnym znajomym narkotyki.
– Wyprowadzę pana z błędu: moja wizyta nie ma nic wspólnego ze sprawami narkotykowymi. Pańska siostra została oskarżona o zabójstwo pierwszego stopnia.