Выбрать главу

– Ich bin einig – dokończył Samuel. Katie zamknęła oczy.

Tej niedzieli nabożeństwo odbyło się na farmie w pobliżu gospodarstwa Fisherów, więc Ellie i Katie wróciły do domu piechotą. Adwokatka objęła Katie, próbując podnieść ją na duchu.

– Nie martw się. Przecież nie każą ci przyszyć na piersi wielkiego szkarłatnego A.

– Czego?

– Nieważne. – Ellie zacisnęła usta. – Ja będę jeść razem z tobą – zadeklarowała się.

Katie podniosła na nią oczy i szybko je opuściła.

– Wiem. – W jej spojrzeniu była wdzięczność.

Przez kilka chwil szły w milczeniu; Ellie co rusz trafiała nogą na kamienie leżące na ścieżce. W końcu zwróciła się do Katie:

– Muszę cię o coś zapytać, ale wiem, że będziesz się złościć. Jak to się dzieje, że przed całym zgromadzeniem potrafisz się przyznać, że urodziłaś dziecko, ale kiedy rozmawiasz ze mną, zapierasz się, że nie?

– Zrobiłam to, bo zgromadzenie oczekiwało, że tak zrobię – odpowiedziała Katie z prostotą.

– Ja też tego od ciebie oczekuję. Katie potrząsnęła głową.

– Gdyby diakon przyszedł do nas i powiedział, że mam naprawić swoje winy, bo kąpałam się nago w stawie, to przyznałabym się nawet wtedy, gdybym nigdy w życiu tego nie robiła.

– Jak to? – wybuchnęła Ellie. – Jak można dać tak sobą sterować?

– Nikt mną nie steruje. Mogę stanąć przed zgromadzeniem i powiedzieć, że to nie ja kąpałam się nago w tym stawie – nie pokazywałam ci, że mam na biodrze znamię – ale nigdy bym tego nie zrobiła. Sama widziałaś, jak to wygląda: im więcej trzeba mówić o swoim grzechu, tym większy wstyd. Lepiej jak najszybciej mieć spowiedź za sobą.

– Ale w ten sposób system tobą manipuluje.

– Nie – wyjaśniła Katie. – Ten system właśnie w ten sposób działa. Nie chcę mieć racji, nie chcę być silna, nie chcę być pierwsza. Chcę tylko jak najszybciej znowu stać się częścią wspólnoty. – Uśmiechnęła się łagodnie. – Wiem, że trudno to zrozumieć.

Ellie siłą woli przypomniała sobie, że chociaż sprawiedliwość amiszów odbiega znacząco od sprawiedliwości w pojęciu amerykańskiego kodeksu prawnego, to oba te systemy działają nie najgorzej już od kilkuset lat.

– Ja to rozumiem – powiedziała – ale w prawdziwym świecie jest inaczej.

– Może i tak. – Katie odwróciła twarz od nadjeżdżającego samochodu, z którego okna zwisał turysta z aparatem, usiłujący zrobić jej zdjęcie. – Ale ja żyję tutaj.

Katie czekała na samym końcu ścieżki, przestępując z nogi na nogę i ściskając w dłoni latarkę. Wiedziała już, co to znaczy ryzyko, podejmowała je nieraz, zwłaszcza przy okazji swojej znajomości z Adamem, ale teraz postawiła wszystko na jedną kartę. Gdyby ktoś zobaczył, że odwiedza ją ten Englischer, wpadłaby w bardzo poważne kłopoty – ale przecież musiała wykorzystać tę szansę, i to teraz, bo Adam niedługo wyjeżdżał.

Wyjeżdżał, ale w końcu nie do Nowego Orleanu, gdzie przedtem zamierzał szukać swoich duchów. Przeniósł fundusze ze stypendium na całkiem inny projekt, w całkiem innym miejscu – a mianowicie w Szkocji – i przełożył termin wyjazdu aż na listopad. Co do Jacoba, dziwiło go w tym wszystkim tylko to, że Adam wspaniałomyślnie pozwolił mu zostać w swoim domu, bez względu na zmiany własnych planów; z wielkiej wdzięczności, że nie musi się wyprowadzać, zaczął przymykać oczy na całą resztę i nie widział na przykład, jak śmiało i swobodnie jego siostra rozmawia z doktorem nauk paranormalnych, ani też, że czasem, kiedy idą razem przez uniwersytecki kampus, Adam dotyka pleców Katie, jakby chciał ją podtrzymać. Nie zauważył też, że już od wielu miesięcy jego kolega nie miał żadnej dziewczyny.

Na drodze pojawił się samochód. Jechał, zwalniając przy każdym podjeździe prowadzącym do gospodarstwa. Katie chciała pomachać, zawołać, zrobić cokolwiek, żeby tylko Adam ją zauważył, ale musiała stać bez ruchu, skryta w cieniu krzewów. Wyszła dopiero wtedy, gdy był już całkiem blisko. Adam wyłączył silnik i wysiadł, przyglądając się bacznie jej ubraniu. Podszedł do niej i dotknął sztywnej organdyny, z której był uszyty jej kapp, przy czym ukłuł się lekko w kciuk szpilką spinającą materiał sukienki na karku. Nagle poczuła się niewymownie głupio w ubraniu amiszów, pomyślawszy sobie, że on przyzwyczaił się oglądać ją w dżinsach i swetrach.

– Pewnie ci zimno – szepnął. Potrząsnęła głową.

– Nie bardzo.

Chciał zdjąć płaszcz, żeby ją okryć, ale odsunęła się, kręcąc głową. Przez chwilę stali, nic nie mówiąc. Adam patrzył ponad jej głową, na kontur silosu odcinający się od jednolitego tła nocnego nieba, majaczący srebrem w ciemności.

– Mogę sobie pojechać – powiedział cicho. – Wrócę do siebie i będziemy udawać, że w ogóle mnie tu nie było.

W odpowiedzi Katie wzięła go za rękę, przyglądając się jego pięknym, długim palcom, muskając gładką skórę dłoni, tej dłoni nieprzywykłej do trzymania lejców i dźwigania wiader z paszą. Uniosła ją do ust i pocałowała kostki palców.

– Nie. Czekałam na ciebie wiele lat.

Nie wyrzekła tych słów tak, jak angielska dziewczyna, z przesadą, tupaniem nóżką i ustami złożonymi jak do pocałunku. Powiedziała dokładnie to, co miała na myśli, mówiła prawdę, a jej wyznanie było przemyślane. Adam uścisnął ją za rękę i pozwolił poprowadzić się w świat jej dzieciństwa i młodości.

Sara zerknęła na córkę krojącą warzywa na kolację i szybko odwróciła wzrok, skupiając uwagę na nakrywaniu do stołu. Przy tym stole Katie dziś nie będzie wolno usiąść – dziś, jutro i jeszcze przez wiele dni; tak stanowiła reguła mówiąca o odsunięciu od wspólnoty. Przez sześć tygodni Sara będzie musiała żyć z dala od własnej córki w tym samym domu co ona: udawać, że Katie przestała być tak ważną częścią jej życia, modlić się osobno, ograniczyć rozmowy. Czuła się właściwie tak, jakby straciła dziecko. Kolejny raz.

Zmarszczyła brwi, obrzucając wzrokiem jadalną część kuchni, czyli ten jeden długi stół z ławami po bokach; nie mogła mieć więcej dzieci, więc nie było potrzeby robić większego. Spojrzała na Katie, która stała sztywno, jakby kij połknęła, ale nie odwracała się, nie chcąc widocznie pokazywać mamie, jak bardzo ją to boli.

Sara poszła do salonu i zdjęła lampę gazową ze stolika karcianego, który wystawiała z kącika dla swoich kuzynów, kiedy przychodzili czasem pograć w remi. Chwyciła go za dwie nogi, zaciągnęła do kuchni i ustawiła tuż obok dużego stołu, tak, że jeden blat znajdował się najwyżej trzy centymetry od drugiego. Z szuflady w serwantce wyjęła długi biały obrus i nakryła nim oba stoły; kiedy furkocząca tkanina opadła, z daleka nikt by nie zauważył, że to nie jest jeden duży prostokąt.

– No i już – powiedziała, wygładzając obrus i przenosząc na dostawiony stolik nakrycie stojące w miejscu, gdzie zwykle przy posiłkach siadywała Katie. Po krótkim namyśle przesunęła też własny talerz i sztućce bliżej krańca dużego stołu, tam, skąd zabrała nakrycie córki. – No i już – powtórzyła i wróciła do pracy ramię w ramię z Katie.

Do robót przydzielonych Ellie należała opieka nad Nuggetem: podsypywanie mu ziarna i dolewanie wody do poidła. Olbrzymi quarter horse z początku trochę ją przerażał, ale udało im się w końcu jakoś dojść do porozumienia.

– Hej, koniu – przywitała się, wchodząc ostrożnie do boksu. W rękach niosła miarkę słodkiego ziarna. Nugget zarżał cicho i tupnął kopytem, nie mogąc się doczekać, aż Ellie się odsunie, a on będzie mógł zabrać się do roboty. – Nie, nie mam pretensji – mruknęła, przyglądając się, jak ciężka głowa pochyla się nad żłobem pełnym pięknie pachnącego owsa z miodem. – Z resztą bywa różnie, ale żarcie w tym kurorcie mają niezłe.