Zdążyła się już zorientować, że amisze bardzo dbają o swoje konie -
nic dziwnego, wziąwszy pod uwagę, że szwankującego rumaka nie można odholować do najbliższego firmowego warsztatu Forda na naprawę. Nawet Aaron, który wciąż na nowo zachwycał ją swoim chłodem i obojętnością, do Nuggeta odnosił się z wielką troską i cierpliwością. Najwidoczniej ojciec Katie znał się też niezgorzej na koniach, bo od czasu do czasu któryś z sąsiadów prosił go, aby w poniedziałkowe popołudnie wybrał się z nim na koński targ i udzielił porady.
Ellie ostrożnie wyciągnęła rękę – wciąż się trochę bała, że te wielkie, żółte, kwadratowe zęby złapią jak imadło jej nadgarstek i nie puszczą – i pogłaskała koński bok, pachnący kurzem i trawą; wyrazistą, intensywną wonią, osiadającą w nozdrzach. Nugget zastrzygł uszami i parsknął, a potem wyciągnął szyję, próbując wsadzić Ellie nos pod pachę. Roześmiała się, zaskoczona i poklepała go po łbie, jakby to był pies, a nie koń.
– Przestań – powiedziała z uśmiechem, po czym zdjęła z haka w ścianie prawie już puste gumowe wiadro na wodę i wyszła z nim na podwórze, do kranu.
Tuż za rogiem stajni ktoś na nią czekał. Zaczaił się, podkradł od tyłu i złapał, jedną ręką zatykając usta. Upuszczone wiadro odbiło się od ziemi. Dławiąc nagły atak paniki, Ellie zatopiła zęby w kneblującej ją dłoni i ułamek sekundy później wbiła łokieć w brzuch napastnika, cały czas w myślach dziękując Bogu, który dwa lata temu natchnął Stephena, żeby zafundować jej na gwiazdkę kurs samoobrony.
Zawirowała w miejscu, unosząc pięści, wściekłym wzrokiem mierząc mężczyznę, który przed chwilą ją zaatakował, a teraz sapał, zgięty wpół z bólu. Dostrzegła w nim coś mgliście znajomego – ta strzecha jasnych włosów, ta sprężysta, smukła sylwetka – i rozdrażniło ją, że nie potrafi dopasować nazwiska do tej twarzy.
– Coś ty, kurwa, za jeden? – syknęła. Mężczyzna uniósł wzrok, jedną ręką wciąż masując żołądek.
– Jestem Jacob Fisher.
– W każdym razie nie trzeba było się na mnie rzucać – rzuciła kilka minut później, patrząc w oczy brata Katie, stojącego pod przeciwległą ścianą; schowali się na stryszku na siano. – To jest dobry sposób, ale żeby zarobić czapę.
– Od paru lat już tutaj nie mieszkam, ale na farmach amiszów nieczęsto spotyka się karateków z czarnym pasem. – Jacob uśmiechnął się, ale natychmiast zmarkotniał. – Morderstwa noworodków też należą raczej do rzadkości.
Ellie usiadła na kostce siana, starając się wyczytać coś z jego twarzy.
– Próbowałam się do ciebie dodzwonić.
– Wyjechałem.
– Tak sądziłam. Domyślam się, że wiesz już o zarzutach, które postawiono twojej siostrze? – Jacob przytaknął. – Dotarła do ciebie ta policjantka, detektyw pracujący dla prokuratora?
– Tak, wczoraj.
– I co jej powiedziałeś?
Wzruszył ramionami. Zapadła pełna niechęci cisza. Ellie oparła łokcie na kolanach.
– Wyjaśnijmy sobie pewną rzecz – zaproponowała cierpko. – Nie wzięłam tej sprawy dla własnego widzimisię. To ona sama, można powiedzieć, wybrała mnie. Nie wiem, jakie zdanie wyrobiłeś sobie o prawnikach, ale domyślam się, że po tych kilku latach życia wśród Anglików masz nas wszystkich, tak jak reszta świata, za gnidy i pijawki. I szczerze mówiąc, mało mnie obchodzi, czy widzisz we mnie jeszcze wesz czy już wampira – prawda jest taka, że jeśli ja nie wyciągnę twojej siostry z tej kabały, to nikt tego nie zrobi. Powinieneś rozumieć, i to daleko lepiej niż twoi krewni – amisze, że postawiono jej naprawdę bardzo poważne zarzuty. Wszystkie przydatne informacje, które uzyskam od ciebie, na pewno zachowam w ścisłej tajemnicy, może się jednak okazać, że dzięki nim uda mi się lepiej bronić Katie w sądzie. I wiedz jedno: będę jej bronić bez względu na to, co mi powiesz. Nawet jeśli w tej chwili wyjawisz mi, że zamordowała swoje dziecko z zimną krwią – zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby ją uchronić przed karą, a potem postaram się, żeby trafiła do dobrego psychiatry, bo na pewno go potrzebuje. Coś mi jednak mówi, że twoja opowieść będzie się malować w nieco innych barwach.
Jacob podszedł do okienka, wyjrzał na zewnątrz.
– Jak tu pięknie. Wie pani, że jestem w domu po raz pierwszy od sześciu lat?
– Rozumiem, że jest ci ciężko – odparła Ellie – ale gdyby policja nie dysponowała wystarczającymi dowodami na to, że Katie zabiła to dziecko, prokuratura nigdy nie postawiłaby jej takich zarzutów.
– Nie powiedziała mi, że jest w ciąży – wyznał Jacob.
– Wydaje mi się, że sama nie była skłonna w to uwierzyć. Czy potrafisz wskazać kogoś, z kim Katie mogła mieć intymne kontakty?
– Wiem, że Samuel Stoltzfus…
– Nie tutaj – przerwała mu. – W State College. Jacob potrząsnął głową.
– Czy myślała kiedykolwiek o tym, żeby pójść w twoje ślady i wystąpić z kościoła amiszów?
– Nie. Nie zniosłaby rozłąki z rodzicami. I z resztą wspólnoty. Katie nie jest… jak to powiedzieć? Przyjeżdżała do mnie, chodziła na imprezy, smakowała chińskiej kuchni i chodziła w dżinsach. Ale ryba nigdy nie zmieni się w barana, nawet gdyby ją wyjąć z wody i ubrać w kożuch. Z dala od swojego akwarium, prędzej czy później, ryba musi umrzeć.
– Ty nie umarłeś – zauważyła Ellie.
– Jestem inny niż Katie. Ja podjąłem decyzję, że występuję z kościoła, a kiedy już to zrobiłem, trzeba było dokonywać kolejnych wyborów. Wychowałem się jako amisz, pani Hathaway, ale potem się zbuntowałem. Na uczelni kończyłem kursy teologii, gdzie kwestionowano słowa Pisma Świętego. Miałem własny samochód. Robiłem rzeczy, o które nigdy sam siebie bym nie podejrzewał.
– A czy z Katie nie mogło być tak samo? Może ona też podjęła decyzję, że za wszelką cenę musi pozostać wśród amiszów i to ją zmusiło do czynów, o które nigdy by siebie nawet nie podejrzewała?
– Nie mogło tak być, z prostej, zasadniczej przyczyny. Anglik sam podejmuje decyzje. Prosty człowiek jest posłuszny decyzji, która została już podjęta za niego. Nazywa się to gelassenheit, co znaczy: podporządkowanie się wyższej władzy. Człowiek wyrzeka się siebie, aby spełniać wolę Boga, aby służyć swoim rodzicom, swojej wspólnocie, aby żyć tak, jak zawsze się żyło.
– To bardzo ciekawe, ale z drugiej strony mamy protokół z autopsji martwego noworodka. Nie można w ten sposób bronić osoby oskarżonej o morderstwo.
– Można – powiedział Jacob stanowczo. – Morderstwo to akt najwyższej arogancji! To przypisanie sobie boskiej władzy do odbierania człowiekowi życia. – Wbił w Ellie gorzejące oczy, jasne jak pochodnie. – Ludzie myślą, że amisze są głupi, że pozwalają robić ze sobą, co komu przyjdzie do głowy. Ale oni bardzo dobrze się orientują w świecie, tylko że potrafią zapanować nad egoizmem i dzięki temu nie są chciwi, nie są pyszni, nie rozpychają się łokciami. A już z całą pewnością nie mają w sobie tyle egoizmu, żeby celowo odebrać życie drugiemu człowiekowi.
– W tym procesie nie będzie się sądzić wiary amiszów.
– A warto by – odparował Jacob. – Moja siostra nie mogła popełnić morderstwa, pani Hathaway, z tej prostej przyczyny, że jest amiszką z krwi i kości.
Lizzie Munro zmrużyła oczy zasłonięte okularami ochronnymi, uniosła broń i posłała dziesięć kul z dziewięciomilimetrowego glocka prosto w serce nadrukowanego na tarczy człowieka naturalnych rozmiarów. Tarcza wisiała na samym końcu toru na strzelnicy. Lizzie dotknęła przycisku, żeby sprowadzić ją z powrotem i ocenić swój strzelecki popis, a George Callahan, stojący obok, gwizdnął, wyjmując z uszu zatyczki.