Выбрать главу

– Cieszę się, że trzymasz z nami, Lizzie. Masz do tego prawdziwy dar.

Lizzie z zadowoleniem przesunęła palcami po dziurze wyrwanej w papierowej piersi człowieka na tarczy.

– Tak… A pomyśleć, że babcia widziała dla mnie tylko haft i nic więcej. – Schowała broń do kabury i poruszyła ramionami, aby rozluźnić zesztywniałe mięśnie.

– Muszę powiedzieć, że dziwi mnie nasze spotkanie w tym miejscu.

Lizzie uniosła brew.

– Dlaczego?

– Jak wielu, twoim zdaniem, można by znaleźć uzbrojonych i niebezpiecznych amiszów?

– Mam nadzieję, że ani jednego – odparła, zakładając marynarkę od kostiumu. – Ja się relaksuję na strzelnicy, George. Wolę to niż decoupage albo inne wycinanki.

Prokurator roześmiał się.

– W przyszłym tygodniu czeka nas rozpatrzenie przedprocesowe.

– Przy zabawie pięć tygodni minęło jak z bicza strzelił, co?

– Zabawy w tym za wiele nie było – mruknął George. Wyszli z budynku strzelnicy i ruszyli spacerowym krokiem przez rekreacyjne tereny zielone akademii policyjnej. – Prawdę mówiąc, właśnie dlatego tutaj przyszedłem. Zanim wezmę się do roboty, muszę mieć pewność, że należycie zabezpieczyliśmy zbiorową dupę stanu, który mam reprezentować.

Lizzie wzruszyła ramionami.

– Od braciszka nic nie wyciągnęłam, ale mogę jechać tam jeszcze raz, może będzie bardziej rozmowny. Dowody masz podane jak na talerzu. Brakuje tylko biologicznego ojca, ale to w sumie jest mało ważne, bo tak czy owak masz motyw: jeśli to był młody amisz, to zabiła dziecko, żeby zatrzymać przy sobie swojego chłopaka, tego barczystego blondaska. A jeśli wpadła z kimś z zewnątrz, spoza ich wspólnoty – zabiła, żeby nie musieć przyznawać się do romansu z obcym.

– Bardzo szybko uznaliśmy Katie Fisher za główną podejrzaną – zamyślił się George. – Ciekawe, czy czegoś nie przeoczyliśmy.

– Zaczęliśmy ją podejrzewać, bo krew lała jej się po nogach -

przypomniała mu Lizzie. – Urodziła to dziecko dwa miesiące przed terminem, więc kto mógł wiedzieć, że właśnie zaczął się poród? Wiemy już, że ukrywała ciążę przed rodzicami – ich nie liczę. Samuelowi nie mogła powiedzieć, bo to nie było jego. A gdyby nawet była skłonna zawiadomić brata albo ciotkę, że zaczęły jej się skurcze, to nie miała przecież pod ręką komórki, żeby zadzwonić do nich o drugiej w nocy.

– Mamy niezbite dowody, że urodziła to dziecko, ale nie, że je zabiła.

– Ale mamy też motyw, a logika stoi po naszej stronie. Sam wiesz, że dziewięćdziesiąt procent morderców ma osobisty związek z ofiarą. A czy zdajesz sobie sprawę z tego, że kiedy ofiarą jest noworodek, to już nie jest dziewięćdziesiąt, ale prawie sto procent?

George przystanął, spojrzał na nią i roześmiał się głośno.

– Przymierzasz się do asystowania w rozprawie, Lizzie?

– Zapomnij. Konflikt interesów. Prokuratura wezwała mnie na świadka.

– Szkoda, bo coś mi się widzi, że na własną rękę przekonałabyś ławników, że Katie Fisher jest winna.

Lizzie uśmiechnęła się do niego szeroko.

– Zgadza się – powiedziała – ale wszystkiego nauczyłam się od ciebie.

Wcześnie rano, bladym świtem, ocieliła się jedna z krów. Aaron prawie przez całą noc nie zmrużył oka, bo cielę nie ułożyło się jak należy. Ręce, które musiał wsuwać głęboko w ciało krowy, pulsowały kłującym rwaniem zakwasów i tępym bólem sińców. Ale proszę, co miał za to w zamian do pokazania: ten mały cud natury, czerń wymieszaną z bielą, balansujący na patykowatych nóżkach pod wysokim murem matczynego ciała.

Aaron rozrzucił w zagrodzie świeże siano. Cielę ssało wymię matki. Po upływie doby zabierze się je od krowy i zacznie karmić butelką.

Widzisz, zaśmiał się bezlitosny, cichy głosik. Każdego dnia jakiejś matce odbiera się dziecko.

Odepchnął od siebie tę myśl – i w tym momencie w drzwiach obory stanęła Katie. Wyciągnęła w jego stronę kubek parującej, aromatycznej kawy.

– O, drugie cielątko! – Oczy jej zabłysły. – Jakie śliczne, prawda?

Aaron miał w pamięci obrazy córki z każdym cielakiem, który przyszedł na świat w jego oborze – a było ich niemało. Katie zaczęła karmić butelką krowie dzieci, kiedy była jeszcze niewiele większa od nich samych. Pamiętał dobrze, jak pierwszy raz pokazał jej, gdzie młode cielę nie ma górnych zębów i można mu włożyć palec pomiędzy wargi tak, żeby nie ugryzło. Pamiętał, jak tłumaczył, że krowi język owija się wokół dłoni i może wciągnąć do środka, a jest bardzo silny i szorstki jak papier ścierny. I pamiętał też, jak jej oczy otworzyły się szeroko ze zdziwienia, kiedy zobaczyła to po raz pierwszy w życiu – i było dokładnie tak, jak powiedział.

Jego obowiązkiem, jako głowy rodziny, było nauczyć swoje dzieci życia prostych ludzi – jak ofiarować się Bogu, jak odnaleźć drogę pomiędzy dobrem a złem. Spojrzał na Katie, która uklękła na świeżym sianie, gładząc palcami poskręcane, mokre jeszcze kosmyki sierści na grzbiecie cielęcia. Ten widok przypomniał mu boleśnie o tym, co wydarzyło się w tym miejscu ledwie przed kilkoma tygodniami. Zacisnął powieki i odwrócił się tyłem.

Katie wstała powoli i odezwała się drżącym głosem, równie niepewnym co nogi nowo narodzonego zwierzęcia:

– Dat, już pięć dni upłynęło, odkąd odprawiłam spowiedź na klęczkach. Czy już nigdy się do mnie nie odezwiesz?

Aaron kochał swoją córkę; niczego bardziej nie pragnął, niż wziąć ją znów na kolana, tak jak wtedy, gdy była jeszcze małym smykiem, a cały jej świat miał w zasięgu ręki. Ale to on, Aaron, był winny jej grzechu i jej wstydu – po prostu dlatego, że nie potrafił im zapobiec. Musiał zatem ponieść konsekwencje – i to, jak bardzo przez to cierpiał, nie miało żadnego znaczenia.

– Dat? – szepnęła Katie.

Aaron uniósł dłoń, jakby chciał się przed nią opędzić. Potem wziął kubek z kawą i wyszedł z obory ciężkim krokiem, który przystawał raczej komuś starszemu i mądrzejszemu niż on sam.

– Chcesz coś jeszcze? – zapytał Coop.

Na to pytanie, które padło przy stole zastawionym opróżnionymi talerzami, Ellie nie mogła odpowiedzieć od razu. Nie wmusiłaby już w siebie ani kęsa, ale z całą pewnością zjadłaby coś jeszcze. Nie miała nawet dość gwaru rozmów, oddychania powietrzem gęstym od mieszanki najprzeróżniejszych perfum, warkotu samochodów lawirujących na ulicy, w dole, pod oknami tej restauracji na ostatnim piętrze.

Zapatrzyła się w swój kieliszek pełen chardonnay, podziwiając tęczowe refleksy światła płynącego z kryształowego żyrandola i uśmiechnęła się, błyskając zębami.

– Z czego się śmiejesz? – zdziwił się Coop.

– Z siebie – odparła, trzęsąc się od tłumionego chichotu. – Cały czas kusi mnie, by sprawdzić, czy nie mam gnoju na butach.

– Pięć tygodni na wsi z nikogo nie zrobi świniopasa. A ta sukienka jest o wiele bardziej twarzowa niż roboczy fartuch.

Ellie przesunęła dłonią w talii i dookoła bioder, rozkoszując się dotykiem śliskiego, surowego jedwabiu szantung. Nigdy w życiu nie pomyślałaby, że Leda potrafi tak bezbłędnie wybrać w butiku prostą, seksowną kieckę; ostatnio przeżyła naprawdę wiele niespodzianek. Jedna z nich zaczęła się tego samego dnia, podczas obiadu, kiedy Ellie zauważyła ukradkowe spojrzenia, które Sara i Katie wymieniały przy stole, najwyraźniej mając przed nią coś do ukrycia – a skończyła niespodziewanym przyjazdem Coopa, prezentującego się wprost zniewalająco w ciemnym garniturze, jedwabnym krawacie i z bukiecikiem w dłoni. Jego dalekowzroczny plan, jak się okazało, zakładał udział Ledy w intrydze; przyjechała razem z nim, przywożąc dla Ellie wieczorowy strój razem ze szpilkami i zaofiarowała się, że na czas ich wypadu do Filadelfii na kolację wcieli się w rolę opiekunki Katie.