Выбрать главу

Wino dodało jej ruchom bezwładnej płynności. Zamiast bicia serca czuła w piersi trzepotanie skrzydełek kolibra.

– Nie do wiary, że dwie godziny jechaliśmy do restauracji – mruknęła. Lokal był zresztą wspaniały, z orkiestrą w strojach wieczorowych i pełnymi jasnych świateł miasta oknami sięgającymi od podłogi aż do sufitu – a jednak na myśl o tym, że Coop musiał jechać taki szmat drogi do Fisherów i z powrotem do Filadelfii, robiło jej się dziwnie. Nie była przygotowana na takie uczuciowe sensacje.

– Dokładnie półtorej – poprawił ją. – Ale wiesz, trochę czasu szukałem knajpy, gdzie dają porządny sos chow – chow.

– Nie przypominaj mi tego – jęknęła.

– Wolałabyś marynowane flaki?

– Nie – parsknęła śmiechem. – I nawet nie waż się pomyśleć o kluskach, bo nie odpowiadam za siebie.

Coop zerknął na jej talerz, oczyszczony do ostatniego kęsa z pysznej porcji grillowanego miecznika.

– Rozumiem, że u Fisherów nie jada się zbyt często owoców morza?

– Żadna potrawa, do której nie pasuje gęsty, tłusty sos, nie ma u Sary miejsca na stole. Tak przybrałam u nich na wadze, że na rozprawę nie wcisnę się w kostium.

– I słusznie, o to chodzi. Musisz przytyć, żeby sędzia nie zaczął cię podejrzewać o wymykanie się z farmy, na przykład na niskokaloryczne obiadki.

Ellie przeciągnęła się jak kot.

– Miło się stamtąd wyrwać – powiedziała. – Było mi to potrzebne. Dziękuję.

– To ja dziękuję – odparł. – Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się zjeść kolacji w tak interesującym towarzystwie. Na przykład pierwszy raz w życiu słyszałem przy stole o gnoju.

– Sam widzisz. Już zaczynam tracić styl. Może powinnam pójść za radą Katie?

– A co ona ci radziła?

– Powiedziała… Zaczekaj, niech sobie przypomnę… Powiedziała, że jeśli jestem pewna, że chcę dostać buziaka na dobranoc, to mam wpadać na ciebie na zakrętach i gawędzić o twoim koniu.

Coop wybuchnął śmiechem.

– Rozmawiacie o takich rzeczach?

– Urządzamy sobie czasami małe piżamowe party. – Ellie uśmiechnęła się szeroko. – Mówiłam ci już, że twój koń jest niczego sobie?

– Coś mi się zdaje, że jeszcze nie. Ellie pochyliła się ku niemu.

– Całkiem niezły z niego ogier.

– Muszę chyba częściej wyciągać cię na kielicha. – Coop wstał, wziął Ellie za rękę. – Chcę z tobą zatańczyć.

Pozwoliła wyprowadzić się zza stolika.

– Ale jak zatańczymy, to bal się skończy – zaczęła marudzić. – A ja zamienię się w dynię.

– Nie jadłaś klusek Sary, to się nie zamienisz. – Coop objął ją i poprowadził niespiesznie po parkiecie w rytm muzyki.

Ellie złożyła głowę na jego piersi, wciskając czoło pod podbródek. Ich ręce splotły się jak pnącza powoju, sięgającego pędami serc; jego kciuk muskał jej nagie ramię. Zamknęła oczy, czując na skroni jego usta. Pozwoliła się prowadzić. Przemierzali parkiet, obracając się z wolna. Na jedną chwilę zapomniała o Katie, o procesie, o tym, że ma jej bronić, o wszystkim – myślała tylko o niewiarygodnie gorącej dłoni Coopa, promieniującej ciepłem na jej plecy. Muzyka ucichła i orkiestra odłożyła instrumenty, udając się na przerwę, a tańczące pary wróciły do stolików, ale oni stali, nie wypuszczając się z objęć, po prostu patrząc na siebie.

– Tak sobie myślę, że chętnie bym obejrzała stajnię twojego rumaka – powiedziała cicho Ellie.

Coop przyjrzał się jej uważnie.

– To tylko zwykła szopa, nic wielkiego.

– Nie szkodzi.

Wtedy on uśmiechnął się tak promiennie, że zalało ją bijące z tego uśmiechu ciepło i nie poczuła najlżejszej zmiany temperatury, kiedy wyszli na ulicę, ani potem, kiedy jechali samochodem z otwartymi oknami. Dotarli w końcu na miejsce. Coop włożył klucz do zamka i otworzył przed nią drzwi, przepraszając już od progu:

– Mam trochę bałaganu, nie spodziewałem się…

– W porządku. – Ellie weszła, starając się stąpać jak najciszej, jak gdyby każdy głośniejszy krok mógł spłoszyć czar tej chwili. Zauważyła szklankę coli bez gazu, odciskającej kółko na szklanym, niskim stoliku; kąt podłogi zasłany czasopismami psychiatrycznymi niczym liśćmi nenufarów; buty do biegania związane sznurowadłami i przewieszone przez szczebelkowe oparcie krzesła. W całym mieszkaniu nie było nawet dwóch mebli z tego samego kompletu.

– Większość zabrała Kelly – wyjaśnił szybko, czytając w jej myślach. – Zostawiła mi to, czego sama nie chciała.

– Ten mały stolik pamiętam chyba jeszcze ze studiów. – Ellie stanęła przed półką z książkami i nowiutką wieżą stereo.

– Mówią, że o człowieku wiele mówi jego kolekcja płyt – rzucił Coop. – Próbujesz mnie rozgryźć?

– Szczerze? Przyglądam się kablom. Dawno nie widziałam aż tyle naraz. – Dotknęła niewielkiej fotografii, na której widać było ją samą, zwisającą głową w dół z gałęzi jabłoni; gałąź niżej, czego oczywiście już nie było widać, siedział Coop, który robił to zdjęcie. – To też pamiętam ze studiów – powiedziała cicho. – Jeszcze je masz?

– Ostatnio wpadło mi ręce.

– Cały czas mi powtarzałeś, żebym przestała się śmiać – mruknęła pod nosem – a ja tobie, żebyś się streszczał z tym cholernym zdjęciem, bo znów opadnie mi bluzka i będzie kino.

Wyszczerzył zęby.

– A ja wtedy odpowiedziałem…

– Że nie widzisz problemu – wpadła mu w słowo. – A w czym widziałeś ten problem, Coop?

– Zastanawiałem się nad tym nieraz – odrzekł, luźno splatając dłonie za jej plecami. – Ale zabij mnie, nie pamiętam. – Przesunął ręce niżej, na talię, biodra. Pocałował, otwierając usta, tchnął w nią żywym ogniem. Ellie wyciągnęła mu koszulę zza paska, wsunęła dłonie pod spód, przebiegając palcami po mięśniach pleców, przygarniając go bliżej, coraz bliżej, aż poczuła, jak jego serce opiera się o jej serce, tuż obok, odrobinę wyżej.

Razem opadli na kanapę, rozrzucając plik papierów, jego palce zanurzone w jej włosach, jej dłonie ciągnące za klamrę paska i suwak u spodni.

– Czujesz? – szepnął, przyciskając ją mocniej do siebie. – Moje ciało cię pamięta.

A ona, w tak prosty sposób, znów miała osiemnaście łat, trzepotała jak motyl na szpilce, przeszyta jego stanowczością, jego zdecydowaniem. Kochała go wtedy tak bardzo, tak mocno, że musiały upłynąć miesiące, zanim dotarło do niej, że niekoniecznie czuje się przy nim tak, jak by tego chciała. I okłamała go wtedy, myśląc, że wybiera mniejsze zło, a jej kłamstwo bolało tym bardziej, że nie mogło być dalsze od prawdy: oświadczyła mu, że kocha go za mało.

– Nie mogę – powiedziała głośno, zdobywając się na słowa, które na studiach nie chciały jej przejść przez gardło. Wsparła dłonie w pierś Coopa, odepchnęła kolanami jego nogi, aż zjechała na samą krawędź kanapy i siedziała tam, poprawiając na sobie górę od sukienki.

Rozsądek wracał mu stopniowo.

– Co się stało?

– Nie mogę. – I nie mogła nawet na niego spojrzeć. – Przepraszam cię. Lepiej… sobie już pójdę.

Zacisnął zęby.

– Jaką teraz usłyszę wymówkę?

– Muszę wracać do Katie.

– To nie mnie musisz trzymać na dystans, Ellie. To do niej za bardzo się zbliżyłaś. Jesteś jej adwokatem, a nie matką – prychnął Coop. – Ty się nie boisz jakiegoś sędziego ani tego, że złamiesz warunki zwolnienia za kaucją. Wariujesz ze strachu, że ten jeden raz w życiu zabierzesz się do czegoś, co może ci nie wyjść.