Выбрать главу

– Szczerze mówiąc, szukałem ciebie.

Samuel zamarł na chwilę, zastanawiając się, co tym razem biskup ma mu do zarzucenia, ale potem zgromił się w duchu za takie myśli. Biskup odwiedził go już nie raz i nie dwa i nigdy jeszcze po to, aby oskarżyć go o bezwstyd albo jakieś wykroczenie. Nigdy – dopóki z Katie wszystko nie zaczęło się psuć.

– Komm – powiedział Ephram. – Przejdźmy się. – Samuel ruszył ścieżką u jego boku. – Pamiętam, kiedy dostałeś od ojca swojego pierwszego cielaka – zagaił.

U amiszów taki ojcowski prezent dla syna nie był niczym niezwykłym: pieniądze uzyskane ze sprzedaży mięsa po ubiciu wpłacano do banku, aby chłopiec mógł z nich skorzystać, kiedy będzie chciał zakupić własny dom albo farmę. Samuel uśmiechnął się na wspomnienie byka, który przez rok przybrał czterysta pięćdziesiąt kilo żywej wagi.

Wciąż jeszcze miał pieniądze ze sprzedaży tej pierwszej partii wołowiny, a jego konto od tego czasu zasiliło już niejedno cielę. Oszczędzał dla Katie, na ich wspólne życie; tak mu się przynajmniej wydawało.

– Wypracowałeś sobie już nieco lepszą technikę – zauważył Ephram. – Pamiętam dobrze, jak zarobiłeś kopniaka od tamtego pierwszego byczka. Porządnie cię lignął, i to w samą słabiznę. – W śnieżnobiałej brodzie biskupa błysnął uśmiech. – Aż nie wiadomo było, kogo trzeba będzie wykastrować; jego czy ciebie. Na dwoje babka wróżyła!

Samuel spłonął czerwienią, przypomniawszy sobie ten dzień, ale mimo to się roześmiał.

– Miałem wtedy dziewięć lat – przypomniał biskupowi. – Ten byczek ważył więcej ode mnie.

Ephram zatrzymał się.

– Czyja to była wina?

Samuel zmarszczył brwi, wzruszył ramionami.

– Chyba jego. No, ja na pewno sam sobie tego nie zrobiłem.

– Na pewno. Ale gdybyś lepiej go chwycił, to jak by to było, hm?

– Przecież wiecie. Nie mógłby mi się wyrwać i wierzgnąć na ślepo. Dostałem dobrą nauczkę. Już nigdy żaden mnie nie kopnął. – Samuel odetchnął głęboko, myśląc o pracy, która na niego czekała. Nie miał dziś cierpliwości do pokrętnych wywodów Ephrama Stoltzfusa. – Biskupie – powiedział – nie przyszliście tutaj, żeby rozmawiać ze mną o tamtym byku.

– Nie? A o czym?

Samuel wcisnął kapelusz na głowę.

– Aaron czeka. Muszę iść mu pomóc. Biskup Ephram położył mu dłoń na ramieniu.

– Masz rację, bracie. Po co nam gadać o zamierzchłych czasach? Byczek cię kopnął, a ty od ręki się go pozbyłeś.

– Nieprawda. Pamiętacie przecież, jakie wolisko z niego wyrosło.

Bez mała pół tony żywca – poprawił go Samuel, pochmurniejąc. – Kiedy wpłacaliśmy pieniądze do banku, już prawie w ogóle nie pamiętałem, że mnie kiedyś kopnął.

Stary mężczyzna zerknął na niego.

– Wtedy pewnie nie. Ale tamtego dnia, gdy skręcałeś się z bólu na ziemi, wyjąc wniebogłosy i trzymając się za rodowe klejnoty, założę się, że nigdy byś nawet nie pomyślał, że wszystko w końcu tak dobrze się ułoży.

Samuel powoli odwrócił głowę i spojrzał na biskupa.

– Nie przyszliście tutaj rozmawiać o tamtym byku. Ephram uniósł brwi.

– Nie? A o czym?

Doktor Brian Riordan przyleciał prywatnym odrzutowcem w towarzystwie dwóch mężczyzn o aparycji futbolistów w schyłkowych latach kariery sportowej oraz drobnej, myszowatej dziewczyny, która w podskokach pędziła spełnić wszystkie jego polecenia, wydawane bez słów, samym tylko skinieniem ręki. Ten człowiek był postacią dobrze znaną w kręgach psychiatrów sądowych jako jeden z czołowych krytyków obrony opartej na dowodzeniu niepoczytalności oskarżonych, zwłaszcza w sprawach o morderstwo. Prezentował bardzo zdecydowane poglądy, które głosił jak Stany długie i szerokie; w jego biurze wisiała mapa, a na niej kolorowymi pinezkami zaznaczone były okręgi sądowe, gdzie przyczynił się do skazania przestępców, którzy, żerując na czystym ludzkim współczuciu, mieli wszelkie szanse uniknąć kary.

Na farmie zaś wyglądał bez dwóch zdań jak niewłaściwy człowiek na niewłaściwym miejscu.

W porównaniu z doktor Polacci, doktor Riordan przytłaczał swoją obecnością. Ellie, chociaż przysłuchiwała się ich rozmowie z daleka, stojąc w drzwiach kuchni, widziała wyraźnie, że Katie trzęsie się jak osika.

– Panno Fisher – powiedział Riordan, przedstawiwszy się. – Zostałem zaangażowany przez prokuraturę okręgową. To oznacza, że każde słowo, które od pani usłyszę, idzie prosto do sądu. Nie wolno pani mówić niczego poza protokołem; to nie jest rozmowa poufna. Czy mnie pani rozumie?

Zaczęli. Ellie słuchała w milczeniu, jak Riordan wypytuje Katie o szczegóły porodu, a Katie odpowiada, tak jak ją poprosił, w czasie teraźniejszym.

– Leży na sianie – powiedziała cichym głosem. – Pomiędzy moimi nogami.

– Czy to jest chłopiec czy dziewczynka?

– Chłopiec. Malutki chłopczyk. – Urwała na chwilę, wahając się. – Porusza się.

Ellie poczuła, jak gorąca krew bije jej na policzki. Odwróciła się, wachlując twarz dłonią.

– Płacze? – zapytał Riordan.

– Nie. Zaczyna dopiero wtedy, kiedy przecinam pępowinę.

– Czym?

– Biorę nożyce, które Dat wiesza na kołku obok wejścia do zagrody. A potem nagle wszędzie jest mnóstwo krwi, aż myślę, że nigdy w życiu nie dam rady tego wszystkiego posprzątać. Kieruję pępowinę ku dołowi i podwiązuję… chyba szpagatem. Wtedy zaczyna płakać.

– Dziecko?

– Ja. Płacze głośno, bardzo głośno. Przytulam go, żeby się uciszył, ale to nic nie pomaga. Kołyszę go w ramionach i daję palec do possania.

Ellie oparła się o ścianę, widząc oczyma wyobraźni to kruche maleństwo, zaplątane w fałdach koszuli nocnej na piersi Katie. Wyobraziła sobie jego drobną twarzyczkę, półprzejrzyste powieki – i nagle poczuła je we własnych ramionach, ciążące niczym żal po utraconej szansie. Kogo można bronić w takich okolicznościach? – Przepraszam – powiedziała, wchodząc do kuchni. – Muszę się napić wody. Ktoś ma ochotę?

Riordan rzucił jej paskudne spojrzenie, wściekły, że mu się przeszkadza. Ellie napełniła sobie szklankę, ze wszystkich sił usiłując opanować drżenie rąk. Zdążyła wypić ledwie jeden łyk – i znów musiała wysłuchiwać zeznania swojej klientki, tym razem szczegółów dotyczących śmierci dziecka.

– Co dzieje się dalej, Katie? – zapytał Riordan.

Katie zmarszczyła czoło i potrząsnęła z westchnieniem głową.

– Nie wiem. A bardzo bym chciała, nawet pan nie wie jak bardzo. Ale pamiętam tylko tyle, że najpierw modlę się do Boga o pomoc, a potem budzę się nagle i dziecka już nie ma.

Ellie zgarbiła się nad zlewem.

– Cud – dodała Katie. Riordan wytrzeszczył na nią oczy.

– Żartujesz, prawda?

– Nie.

– Jak długo leżałaś nieprzytomna?

– Nie wiem. Chyba około dziesięciu, piętnastu minut. Psychiatra splótł dłonie na kolanach.

– Czy zabiłaś wtedy to dziecko?

– Nie!

– Jesteś tego pewna? – Uniósł brwi. – Co się z nim w takim razie stało?

O to jeszcze nikt Katie nie pytał; patrząc, jak dziewczyna rozpaczliwie szuka odpowiedzi, Ellie uświadomiła sobie własny brak wyobraźni.

– Może… może samo umarło – wydukała wreszcie Katie. – A ktoś je zabrał i schował.

Ellie jęknęła cicho. A może to podświadomość Katie w tej chwili z własnej woli stanęła do spowiedzi.

– Sądzisz, że tak właśnie było? – zapytał Riordan.

– Ktoś mógł się zakraść do obory i je zabić.

– Wydaje ci się to możliwe?

– Trudno… trudno powiedzieć. Było jeszcze dosyć wcześnie…