Выбрать главу

– Rzadko udaje się wygrać sprawę, powołując się na niepoczytalność.

– A gdzie ja mam szukać uzasadnionych wątpliwości, kiedy w tej sprawie nie ma się do czego przyczepić? – Ellie usiadła ciężko na żelaznej ławce; dotarli już nad brzeg stawu. – Nawet jeśli ona jest niewinna, to i tak najlepiej jej pomogę, jeśli przekonam ławników, że zabiła dziecko, nie posiadając rozeznania, co właściwie robi. Nie znam lepszego sposobu, żeby nastawić ich przychylnie do Katie.

– Nie gadaj, przecież prawnicy kłamią jak z nut – powiedział Coop.

Ellie prychnęła.

– Mnie to mówisz? Sama mam niejedno kłamstwo na sumieniu… Aż trudno mi teraz je wszystkie zliczyć.

– No i jesteś w tym dobra.

– Właśnie – westchnęła. – Jestem. Coop wziął ją za rękę.

– Więc dlaczego tak się tym gryziesz?

Ellie poczuła, że z jej twarzy opadła maska; maska, którą zasłaniała się od momentu, gdy wyjaśniła Katie, że zamierza jej bronić, dowodząc niepoczytalności, chociaż to przecież nie jest prawda.

– Mam ci powiedzieć, dlaczego tak cię to dręczy? – zapytał Coop swobodnie. – Bo wiesz, że ogłoszenie niepoczytalności będzie automatycznie oznaczało, że twoja klientka popełniła przestępstwo, nieważne, że w tym czasie jej umysł błądził gdzieś w kosmosie. A ty w głębi serca zdążyłaś już polubić Katie. Nie chcesz przyznać, że to naprawdę ona, bo lubisz ją za bardzo.

Ellie pociągnęła nosem.

– Pudło. Wiesz chyba, jak ma wyglądać relacja z klientem. Tutaj nie ma miejsca na uczucia osobiste. Broniąc faceta, który molestował kilkunastoletnie dziewczynki, bez mrugnięcia okiem opisywałam ławnikom jego zasługi jako filaru lokalnej społeczności. Seryjny gwałciciel wyglądał u mnie jak słowiczek z chłopięcego chóru. Taki jest mój zawód. A osobiste uczucia względem klientów nie mają żadnego wpływu na to, co mówię w ich obronie.

– Masz całkowitą słuszność. Zbił tym Ellie z tropu.

– Mam słuszność?

– Jasne. Ale tutaj chodzi o to, że Katie już dawno temu przestała być twoją klientką. Może nawet nigdy nią nie była, nawet na samym początku. Jest twoją kuzynką, daleką bo daleką, ale zawsze. Jest miła, młoda, zagubiona – a ty weszłaś w rolę zastępczej matki. Niemniej twoje uczucia względem niej nie są jednoznaczne, bo na dobrą sprawę wszystko wskazuje na to, że Katie pozbyła się czegoś, za co ty jesteś gotowa zapłacić każdą cenę. Dziecka.

Ellie wyprostowała się wyniośle, chcąc go wyśmiać razem z jego uwagami, ale okazało się, że nie może znaleźć ani jednej ciętej odpowiedzi.

– Czytasz we mnie jak w książce – zauważyła cierpko.

– Nie muszę – mruknął Coop. – Znam cię już na pamięć.

– Więc jak mam to teraz naprawić? Jeśli nie rozdzielę uczuć od spraw zawodowych, to nigdy w życiu nie wygram tej sprawy.

Coop uśmiechnął się do niej.

– Kiedy się wreszcie nauczysz, że wygrać można na rozmaite sposoby?

– Jak to? – zapytała, a w jej głosie brzmiała nieufność.

– Czasem człowiekowi wydaje się, że przegrał, kiedy tak naprawdę zostawił wszystkich w tyle. – Ujął Ellie za podbródek, delikatnie musnął ustami jej wargi. – Spójrz tylko na mnie.

Spojrzała. I zobaczyła w jego oczach tę niesamowitą zieleń karaibskiego morza, ale też, co ważniejsze, dostrzegła, o czym mówi ich szmaragdowe spojrzenie. Przesunęła wzrokiem po maleńkiej bliźnie tuż pod linią szczęki, pamiątce po upadku z roweru w wieku sześciu lat. I po tej bruździe na policzku, która przy najlżejszym uśmiechu drążyła w nim dołeczek.

– Przepraszam cię za to, co wtedy powiedziałem – szepnął Coop. – I na wszelki wypadek przeproszę cię jeszcze za to wszystko, co powiedziałem teraz.

– Coś mi mówi, że powinnam usłyszeć coś takiego. Dobrze jest od czasu do czasu wziąć zimny prysznic.

– Powinienem cię teraz ostrzec, że nie jestem z tych, którzy fundują zimne prysznice.

– Wiem – odparła, pochylając się ku niemu.

Całowali się jak szaleni, mocno, jakby chcieli zmieszać się ze sobą nawzajem. Coop wędrował dłońmi po jej plecach, po piersiach.

– Boże, jak ja się za tobą stęskniłem – wydyszał.

– Przez pięć dni?

Zamarł nagle, bez ostrzeżenia, a po chwili wyciągnął rękę i dotknął palcami jej twarzy.

– To była cała wieczność – powiedział.

Zamknęła oczy – i uwierzyła mu. W jej pamięci znów zagrali The Grateful Dead, ich piosenka niesiona wiatrem wpadła przez okno pokoju w akademiku, gdzie na wąskim łóżku leżeli razem, ona i Coop, spleceni ciasno ze sobą. Oczyma duszy ujrzała krystaliczną tęczę wiszącej w drzwiach zasłony ze szklanych koralików oraz czarne paciorki oczu wiewiórki, która przycupnęła na parapecie, przypatrując się im uważnie.

Poczuła, jak Coop zsuwa jej bluzkę z ramion i rozpina szorty z zatrzasku.

– Coop. – Nagle zaczęła się denerwować. – Ja już nie mam dwudziestu lat.

– O, cholera – zaklął, nie przestając zsuwać jej szortów z bioder. – To ja chyba też.

– Mówię poważnie. – Chwyciła jego dłoń, zaczepioną palcami o swój pasek, uniosła ją do ust. – Nie wyglądam już tak jak kiedyś.

Skinął głową ze współczuciem.

– Chodzi o tę bliznę po wszczepieniu rozrusznika serca?

– Nie mam wszczepionego rozrusznika serca.

– To czym się przejmujesz? – Pocałował ją delikatnie. – Mogłabyś nawet ważyć sto kilo i mieć włosy na klacie. Mnie by to nie przeszkadzało. Kiedy patrzę na ciebie, to niezależnie od tego, co widzę, zawsze mam przed oczami młodą studentkę. Wiesz dlaczego? Bo kiedy zakochałem się w tobie, czas stanął w miejscu.

– Nie ważę stu kilo.

– Osiemdziesiąt jeden i ani grama więcej – zgodził się posłusznie, a Ellie trzepnęła go po ramieniu. – Dalej będziesz mnie rozpraszać, czy zaczniemy wreszcie się kochać?

Ellie uśmiechnęła się.

– Nie wiem. Daj mi pomyśleć.

Pocałował ją, szczerząc zęby, a ona zaplotła ręce na jego szyi, przyciągając go bliżej siebie.

– Wiesz co? – zapytał, parząc jej skórę tym pytaniem. – Kiedy cię rozbierałem, teraz, u mnie w mieszkaniu, też nie miałaś już dwudziestu lat.

– Fakt, ale za to byłam pijana. Coop parsknął śmiechem.

– To może i ja powinienem sobie czegoś łyknąć. Na znieczulenie. Bo na tej twardej ławce zdążyło mi się już zrobić dokładnie trzydzieści dziewięć siniaków, za każdy rok mojego kulawego życia. – Jednym szybkim ruchem pociągnął ją na trawę, obracając się tak, żeby przyjąć na siebie całą siłę upadku.

Ellie wylądowała na wierzchu, obejmując go rozłożonymi udami, wisząc twarzą o centymetr nad twarzą Coopa.

– Dalej będziesz mnie rozpraszać – mruknęła – czy zaczniemy wreszcie się kochać?

Poczuła jego palce zaciskające się w talii.

– Już myślałem, że nigdy nie zapytasz – powiedział, odnajdując ustami jej usta.

Zakradając się z powrotem do domu, jak jakaś nastolatka, Ellie zauważyła, że w kuchni pali się światło. Zajrzała przez drzwi i zobaczyła Katie siedzącą przy stole i sączącą mleko; w lodówce o każdej porze dnia i nocy stał pełny dzbanek białego napoju.

– O – powiedziała Ellie, zdziwiona. – Czemu nie w łóżku?

– Nie mogłam zasnąć – odparła Katie. – A ty czemu? – zapytała, chociaż wcale nie musiała; na pierwszy rzut oka było widać, skąd Ellie wraca i co tam robiła. We włosach miała źdźbła trawy, a na policzkach rumieńce. Biła od niej woń seksu.

W pierwszej chwili Katie poczuła, jak niepohamowaną falą wzbiera w niej zazdrość i wprost nie mogła oderwać wzroku od Ellie, tak bardzo chciała poczuć to samo co ona, to, czym była nacechowana tak wyraźnie, jakby dotyk palców tego mężczyzny wciąż płonął fluorescencyjnym blaskiem na jej skórze.