– Byłam na spacerze – odparła powoli Ellie.
– I się przewróciłam – dopowiedziała Katie.
– Nie… Dlaczego?
Katie wzruszyła ramionami.
– Bo skąd byś miała liście na głowie?
Ellie, zawstydzona, przeczesała palcami włosy.
– A ty co? – uśmiechnęła się. – Moja mama?
Katie wyobraziła sobie, jak ktoś ją pieści, przytula, całuje, a potem jej myśli pobiegły ku Adamowi, ale zamiast poczuć łagodne ciepło rozlewające się po podbrzuszu, tak jak zazwyczaj, kiedy go wspominała, odniosła tylko wrażenie, że tkwi tam twardy, bolesny węzeł.
– Nie – odpowiedziała. – A ty też nie jesteś moją mamą. Ellie zamarła.
– To prawda – przyznała.
– A tobie tak się właśnie wydaje. Chciałabyś, żebym przychodziła do ciebie się wypłakać, żebym siadała ci na kolanach, czekając, aż zrobisz tak, że wszystko będzie dobrze. Ale wiesz co, Ellie? To ci się tylko tak wydaje. Matki nie mają takiej władzy.
Ellie zmrużyła oczy, dotknięta do żywego.
– Proszę, odezwał się autorytet w sprawach macierzyństwa.
– Wiem więcej niż ty – odgryzła się Katie.
– Natomiast różni nas to – odparła spokojnie Ellie – że ja oddałabym wszystko, żeby mieć dziecko, a ty tylko czekałaś, żeby się pozbyć tego, które miałaś.
Katie otworzyła szeroko oczy, jakby dostała od Ellie w twarz – i w następnej sekundzie zalała się łzami, które otarła wierzchem dłoni.
– O, Boże – zaczęła zawodzić żałośnie, obejmując się rękoma w talii. – O, Boże, to przecież prawda.
Ellie spojrzała na nią w najwyższym zdumieniu.
– Naprawdę zabiłaś to dziecko? Katie potrząsnęła głową.
– Zasnęłam. Przysięgam tobie i Bogu, że zasnęłam, tuląc je w ramionach. – Jej twarz ściągnęła się bólem. – Ale równie dobrze mogłabym je zabić, Ellie Chciałam, żeby go nie było. Przez długie miesiące marzyłam, żeby po prostu znikło.
Zgięła się wpół, szlochając tak gwałtownie, że nie mogła złapać oddechu. Ellie zaklęła pod nosem i przytuliła ją mocno.
– To były tylko myśli – szepnęła uspokajającym tonem, gładząc jej włosy, spływające jasnymi falami po plecach. – Od myśli nic się nie dzieje.
Katie przycisnęła rozpalony policzek do piersi Ellie.
– Nie jesteś moją mamą… ale czasami tego żałuję.
Z tymi słowami poczuła to, na co liczyła: jeszcze mocniejszy uścisk, zamykający ją w ramionach Ellie. Zacisnęła powieki i wyobraziła sobie, że to nie ona, tylko Adam; jego oczy odbijają jej oczy, jego usta powtarzają jej imię, jej serce ściska zrozumienie, co to znaczy być kochaną, kochaną pomimo wszystko.
Rozdział dziesiąty
ELLIE
PAŹDZIERNIK
Pod koniec trzeciego miesiąca spędzonego w domu Fisherów czasami zachodziłam w głowę, jak mogło mi się kiedyś wydawać, że karbuje się tylko i wyłącznie włosy, a omłot to rodzaj ciężkiego cepa. Tygodnie poprzedzające rozprawę Katie wypadły niefortunnie w samym środku żniw; szybko zrozumiałam, że mogę się pożegnać z nadzieją na pomoc członków rodziny w przygotowaniu naszej linii obrony opartej na dowodach niepoczytalności oskarżonej. Dla Aarona Fishera życie domowników kręciło się obecnie wokół tego, żeby zebrać tytoń na czas i napełnić wszystkie silosy ziarnem.
A ja, czy mi się to podobało czy nie, byłam jednym z domowników.
Wybrałyśmy się z Katie na pole tytoniu, półtora hektara zarośnięte tak gęsto, jakby rósł tam ryż.
– Ten. – Co rusz pokazywała mi liść dojrzały do zebrania.
– Wszystkie wyglądają tak samo – poskarżyłam jej się. – Wszystkie takie same zielone. Nie czeka się ze zbieraniem, aż pociemnieją, zrobią się brązowe?
– Tytoń zbiera się inaczej. Patrz, czy są duże. – Zerwała jeden liść i ułożyła go starannie w koszyku.
– Pomyśl, ilu ludzi dostanie raka płuc przez to jedno wasze pole – mruknęłam pod nosem.
Katie nie przejęła się tym.
– Uprawiamy tytoń dla pieniędzy – powiedziała po prostu. – Na samym mleku trudno zarobić.
Pochyliłam się, chcąc zerwać swój pierwszy liść tytoniu.
– Nie! – krzyknęła Katie. – Za mały. – Pokazała mi większy, który trzymała w ręce.
– To może ja bym od razu przeszła do następnego etapu? – zaproponowałam. – Mogę nabijać fajki albo przylepiać ostrzeżenia na pudełkach papierosów.
Katie przewróciła oczami.
– Następny etap to rozwieszanie liści. Jak nie radzisz sobie z wybieraniem dojrzałych, to nawet nie myśl, że dostaniesz do ręki półtorametrową, zaostrzoną tyczkę.
Parsknęłam śmiechem, pochylając się z powrotem nad roślinami. Jakkolwiek niechętnie, musiałam przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie byłam w tak dobrej kondycji. Praca adwokata trenuje umysł, ale nie ciało; życie na farmie Fisherów, niejako z braku innej możliwości, poddawało treningowi i jedno, i drugie. Amisze są święcie przekonani, że ciężka praca fizyczna stanowi podstawowe założenie ludzkiej egzystencji i prawie nigdy nie wynajmują obcych do pomocy w gospodarstwie, wiedząc, że mało który nieamisz przeżyłby ich dzień pracy. Aaron nigdy się z tym nie zdradził, ale spodziewał się, wiedziałam o tym dobrze, że jak prawdziwy mieszczuch rozpłaczę mu się z przemęczenia na środku pola albo będę się wymykać przed końcem roboty, żeby napić się lemoniady, dając tym samym niezbity dowód, że nie jestem jedną z nich. Tymczasem mnie to jeszcze bardziej dopingowało, żeby robić dokładnie tyle, ile do mnie należało, choćby po to, żeby mu dowieść, że się myli. Z tego też powodu pewnego razu, w pierwszej połowie sierpnia, przez cały tydzień dzień w dzień ustawiałam zżęte przez maszynę snopy pszenicy, od stóp do głów zasypana sieczką, walcząc z bólem nieustannie zgiętych pleców. Na tamtym polu pokazałam, że nie odstaję od reszty rodziny, nawet przez jedną minutę w ciągu całego dnia. Wciąż myślałam o jednym: jeśli zasłużę sobie na szacunek Aarona na znajomej mu, żyznej ziemi uprawnej, to czy uda mi się go zdobyć na swoim poletku?
– Ellie, idziesz, czy nie?
Katie czekała na mnie, trzymając się pod boki. U jej stóp stał kosz pełen liści. Ja również, chociaż umysłem błądziłam daleko, nie przestałam widocznie zbierać, bo mój koszyk także był napełniony po same brzegi. Bóg jeden raczył wiedzieć, czy były odpowiednio dojrzałe do zebrania; rzuciłam na sam wierzch kilka największych, żeby Katie nie zauważyła i ruszyłam za nią do podłużnej szopy, która dotychczas, jak długo mieszkałam na tej farmie, stała pusta i nieużywana.
Jej ściany zbudowane były z listew, między którymi ziały szerokie szpary. Dzięki temu wewnątrz panował łagodny przeciąg. Usiadłam obok Katie na beli siana, przyglądając się, jak bierze do ręki szpikulec niemalże tak długi jak ona sama.
– Trzeba przebić ogonek liścia – pouczyła mnie. – Tak samo jak wy nawlekacie żurawiny na sznurek, do ozdoby waszych choinek.
Z tym już wiedziałam, jak sobie poradzić. Oparłam swoją tyczkę o belę siana i zaczęłam nawlekać na nią liście tytoniu, zostawiając między nimi kilka centymetrów odległości, aby mogły przeschnąć. Zdawałam sobie sprawę, że kiedy nasza praca dobiegnie końca, na poletku nie zostanie nic, a wszystkie liście zawisną pod krokwiami tej szopy, nabite na zaostrzone tyczki. Kiedy zaś nadejdzie zima, a mnie już dawno tu nie będzie, Fisherowie zbiorą tytoń i sprzedadzą go na Południe.
Ale czy Katie zostanie tutaj do pomocy?
– Możemy porozmawiać o rozprawie, jak skończymy tę robotę?
– Po co? – zapytała Katie, nie odrywając wzroku od liści nawlekanych równo przez łodyżkę na tyczkę. – Przecież i tak powiesz to, co ci się podoba.