Puściłam tę uwagę mimo uszu. Od czasu sesji z psychiatrami sądowymi upłynęło już wiele tygodni, a ja wciąż szykowałam się do ułożonej przez siebie obrony opartej na dowodach niepoczytalności, pomimo iż dobrze wiedziałam, że Katie to drażni. Ona, bazując na własnych wspomnieniach, była pewna, że nie zabiła tego dziecka, a to, że nie mogła przypomnieć sobie morderstwa – to dla niej nie była jeszcze niepoczytalność. Za każdym razem, gdy prosiłam ją o pomoc, czy to w przygotowaniu pytań na rozprawę, czy to w ułożeniu chronologii wydarzeń tamtej strasznej nocy, Katie wykręcała się od współpracy. Przez to uprzedzenie względem mojej linii obrony stała się nieprzewidywalna i doprawdy miałam tym więcej powodów do zadowolenia, że zdecydowałam się bronić jej właśnie w taki sposób. Uznana za niepoczytalną, nigdy nie będzie musiała zeznawać przed sądem.
– Katie – wyjaśniłam cierpliwie. – Byłam w sądzie więcej razy niż ty. Musisz mi uwierzyć.
Dziewczyna nadziała liść na szpikulec.
– Ty mi przecież nie wierzysz.
Jak mogłam jej uwierzyć? Odkąd zaczęła się cała ta farsa, jej wersja wydarzeń zdążyła się zmienić już kilka razy. Jeżeli nie uda mi się przekonać ławników, że jest to skutek zaburzenia dysocjacyjnego, uznają po prostu, że Katie skłamała. Wzięłam następny liść tytoniu i zamiast przebić ogonek, specjalnie zrobiłam dziurę w samym środku.
– Nie tak. – Katie zabrała mi go z rąk. – Źle to robisz. Przyjrzyj się. Z uczuciem ulgi pozwoliłam jej udzielić sobie lekcji. Gdyby szczęście mi dopisało, to miałam wszelkie szanse poradzić sobie nawet bez pomocy Katie; samo zeznanie doktor Polacci wystarczyłoby do uzyskania uniewinniającego werdyktu ławy przysięgłych. Pracowałyśmy w milczeniu, a drobinki kurzu tańczyły w świetle słońca sączącym się przez szpary w ścianach szopy. Kiedy w naszych koszykach widać już było dno, uniosłam wzrok na Katie:
– Chcesz zebrać jeszcze trochę?
– Jeśli ty chcesz, to tak – odpowiedziała, rezygnując z własnego zdania, jak na amisza przystało.
Nagle drzwi do szopy stanęły otworem, a w promieniach słońca ciemnym konturem zarysowała się sylwetka wysokiego mężczyzny w garniturze. Nie mógł to być nikt inny jak Coop, chociaż on, przyjeżdżając na sesje z Katie, zazwyczaj ubierał się nieoficjalnie. Zdarzało mu się jednak wpaść prosto z pracy – a w każdym razie, gdybym w tej chwili miała sobie wyobrazić faceta ubranego w cokolwiek innego niż spodnie na szelkach, to pomyślałabym właśnie o nim. Wstałam z uśmiechem na ustach, kiedy przekraczał próg.
– Powiem jedno – roześmiał się Stephen. – Trudno cię znaleźć. Przez chwilę stałam bez ruchu, jak tknięta paraliżem. Potem odstawiłam tyczkę.
– Co ty tu robisz? – Udało mi się w końcu dobyć głos ze ściśniętej krtani.
Zaśmiał się głośno.
– Trochę inaczej sobie wyobrażałem nasze powitanie. No, ale widzę, że zastałem cię podczas narady z klientką. – Stephen wyciągnął rękę do Katie. – Jak się masz? – powiedział. – Jestem Stephen Chatham. – Włożył ręce do kieszeni, rozejrzał się po szopie. – Co to ma być? Terapia zajęciowa?
Nie do końca dotarło jeszcze do mnie, że Stephen tutaj jest.
– To jest tytoń na sprzedaż – odpowiedziałam po dłuższej chwili. Katie cały czas zerkała na mnie z ukosa, ale milczała, dowodząc swojej inteligencji. A ja, patrząc na Stephena, nie potrafiłam się powstrzymać, aby nie stawiać w myślach Coopa obok niego. Stephen nie miał takich bladozielonych oczu. Stephen prezentował typ zbytnio ugładzony. Jego uśmiech sprawiał wrażenie starannie wyćwiczonego, nie rozkwitał jak flaga łapiąca wiatr.
– Wiesz co, jestem w tej chwili trochę zajęta – powiedziałam wykrętnie.
– Właśnie widzę. Pracujesz ciężko nad dostarczaniem surowca fabryce Marlboro. Powinnaś zatem chyba być mi wdzięczna. Domyśliwszy się, że w osadzie amiszów trudno o bibliotekę prawniczą, pozwoliłem sobie przywieźć ci kilka werdyktów do przejrzenia. – Sięgnął do neseseru i wyjął z niego gruby plik dokumentów. – Masz tu trzy sprawy o zabójstwo noworodka prowadzone przed pensylwańskimi sądami i zakończone uniewinnieniem oskarżonych, przy czym jeden z obrońców, wierz mi lub nie, zdecydował się dowodzić niepoczytalności klienta.
– Skąd wiesz, że wybrałam taką linię obrony? Stephen wzruszył ramionami.
– O tej sprawie jest całkiem głośno, Ellie. Krążą plotki.
Już miałam mu odpowiedzieć, kiedy nagle między nami przebiegła Katie i, nie odwracając się, znikła za drzwiami szopy.
Sara zaprosiła Stephena na kolację, ale on z początku nie chciał się zgodzić.
– Zabiorę cię dokądś – namawiał mnie. – Jeśli chcesz, możemy wstąpić do jakiejś swojskiej amiszowskiej knajpki w mieście.
Czy jemu się wydawało, że gdybym chciała stąd się wyrwać, to po to, żeby zjeść dokładnie to samo co u Fisherów?
– To nie są restauracje amiszów – powiedziałam, żeby sobie pomarudzić. – Prawdziwi prości ludzie nie reklamują się swoją religią.
– W takim razie zawsze pozostaje McDonald's.
Zerknęłam przez otwarte drzwi do kuchni, gdzie Sara i Katie uwijały się przy robieniu kolacji; pomagałabym im teraz, gdyby nie przyjazd Stephena. Sara rzuciła okiem za siebie, zobaczyła, że patrzę i odwróciła się szybko, zawstydzona. Założyłam ręce na piersi.
– Dlaczego nie chcesz zjeść tutaj?
– Myślałem tylko, że wolałabyś…
– Źle myślałeś, Stephen. Bo tak się składa, że wolę zjeść kolację u Fisherów. – Nie umiałam powiedzieć dlaczego, ale nagle zaczęło mi zależeć na tym, aby pokazać Sarze i Katie, że wolę zostać z nimi, niż pojechać ze Stephenem. Że nie wyglądam okazji, żeby się stąd wyrwać.
W ciągu tych kilku miesięcy, nie wiedzieć w jaki sposób, ci ludzie stali się moimi przyjaciółmi.
Stephen uniósł dłonie pojednawczym gestem.
– Jak sobie życzysz, Ellie. Mogę zjeść po gospodarsku. Pasuje.
– Stephen, na miłość boską, ci ludzie może ubierają się inaczej i modlą się częściej niż ty, ale to jeszcze nie znaczy, że nie widzą, jak robisz z siebie idiotę.
Stephen oprzytomniał momentalnie.
– Nie chciałem nikogo urazić. Wydawało mi się, że po czterech – dobrze mówię? – miesiącach na farmie masz ochotę wyrwać się z kimś na małą intelektualną pogawędkę. – Chwycił mnie za rękę i odciągnął na bok, tak, żeby Sara i Katie nie mogły zobaczyć nas z kuchni. – Stęskniłem się za tobą – powiedział – i prawdę mówiąc, chciałem mieć cię tylko dla siebie.
Patrzyłam, jak pochyla się, żeby mnie pocałować; zamarłam, jak jeleń w światłach nadjeżdżającego samochodu, niezdolna powstrzymać tego, co nadchodziło. Usta Stephena były ciepłe, dłonie pewnie znajdowały drogę na mapie moich pleców, ale w głowie czułam natłok myśli goniących jedna drugą. Jak to możliwe, że w ramionach Stephena, po ośmiu wspólnych latach, czułam się gorzej niż w ramionach Coopa?
Z lekkim, wymuszonym uśmiechem położyłam dłonie na jego piersi.
– Nie teraz – szepnęłam. – Obejrzyj sobie farmę, a ja pomogę przy kolacji.
Godzinę później, gdy cała rodzina zebrała się już przy stole, wszystkie moje wątpliwości co do Stephena rozproszyły się zupełnie. Widziałam, jak z powagą pochyla głowę przy modlitwie; jak swoim urokiem osobistym powoli zniewala Sarę, która wreszcie przestaje sinieć na twarzy jak śliwka, podając mu półmisek; jak rozprawia na temat karm kiszonkowych z taką swadą, jakby pasjonowało go to bardziej niż prawo. Powinnam się domyślić, że wszystko się tak ułoży: Fisherowie byli ludźmi szlachetnymi i życzliwymi, Stephen zaś był wytrawnym aktorem. Gdy nadszedł czas na główne danie – duszone mięso z warzywami, pieróg nadziewany mięsem z kurczaka oraz indyk w sosie stroganow – zdążyłam już uspokoić się na tyle, że udało mi się przełknąć pierwszy kęs.