Выбрать главу

Katie opowiadała właśnie prześmieszną historię o tym, jak kiedyś krowy wyrwały się z obory w samym środku śnieżycy, kiedy nagle rozległo się stukanie do drzwi. Elam wstał, żeby otworzyć, ale miał już swoje lata, więc zanim zdążył dojść i chwycić za klamkę, gość sam sobie otworzył. To był Coop.

– Witam – powiedział, zdejmując płaszcz. – Na deser się chyba nie spóźniłem?

Zanim skończył pytanie, Stephen już stał, trzymając jedną rękę na moim ramieniu, drugą zaś wyciągając w jego stronę.

– Stephen Chatham – przedstawił się głosem zdradzającym lekkie zdziwienie. – Czy my się znamy?

– John Cooper – padła odpowiedź. – Tak, chyba się spotkaliśmy. – Nawet się nie zająknął, za co gotowa byłam na miejscu go ucałować. – W operze.

– Filharmonii – mruknęłam pod nosem. Obaj spojrzeli na mnie.

– Coop tu pracuje. Katie jest jego pacjentką – rzuciłam tonem wyjaśnienia.

– Coop – powtórzył Stephen powoli, a ja widziałam dokładnie, którędy przebiega droga jego skojarzeń: od poufałego skrótu nazwiska przez fotki zatknięte za okładkę na końcu mojego albumu pamiątkowego ze studiów, aż do naszych rozmów na temat dawnych kochanków, snutych pod osłoną ciemności, dawno temu, kiedy jeszcze w swoich ramionach czuliśmy się pewnie i bezpiecznie. – Pamiętam. Znacie się ze studiów.

Coop spojrzał na mnie, ale z ociąganiem, jakby miał stracha, że emocje wymkną mu się spod kontroli i zdradzi się samym wyrazem twarzy.

– Zgadza się – przytaknął. – Długo już się znamy.

Nigdy nie miałam lepszej okazji, żeby docenić w pełni poglądy amiszów na temat relacji partnerskich, głoszące, że sprawy te dotyczą tylko i wyłącznie osób bezpośrednio zaangażowanych. Katie zajęła się krojeniem swojej porcji mięsa ma równiutkie kawałeczki, Sara wyszła do kuchni, gdzie znalazła sobie jakieś zajęcie, a obaj Fisherowie zaczęli się naradzać, kiedy najlepiej zacząć napełniać silosy ziarnem. Odetchnęłam głęboko i usiadłam.

– Proszę – powiedziałam napiętym, radosnym głosem. – Kto jest głodny?

Lekki wiatr szumiał w gałęziach drzew, grając na nich, jakby to były piszczałki dud. Szłam obok Stephena, ścieżką biegnącą ku widnokręgowi nakrytemu odwróconą misą nieba. Byliśmy tak blisko siebie, że nawet się nie dotykając, wyczuwaliśmy nawzajem ciepło swoich ciał.

– Zeznanie psychiatry sądowego przesądzi sprawę – powiedziałam mu. – Jeśli Katie nie przypadnie ławnikom do serca, to już po niej.

– Należy zatem mieć nadzieję, że ją polubią – powiedział Stephen z galanterią, chociaż w głębi serca uważał, że Katie nie ma szans; tego byłam pewna.

– Być może nie będą musieli, jeśli uda mi się doprowadzić do unieważnienia procesu.

Stephen podniósł kołnierz płaszcza.

– W jaki sposób?

– Zgłosiłam wniosek o unieważnienie ze względu na to, że Katie nie będzie sądzona przez równych sobie.

Uśmiechnął się przebiegle.

– Chodzi ci o to, że w składzie ławy przysięgłych nie przewidziano ani jednego amisza?

– Otóż to.

– A czy przypadkiem amiszom religia nie zabrania uczestnictwa w procesach?

– No i co z tego, że zabrania. Tak jak powiedziałam: Katie nie będzie sądzona przez równych sobie.

Stephen wybuchnął śmiechem.

– Boże jedyny, Ellie! To ci się w życiu nie uda, ale faktycznie, możesz swobodnie składać apelację. Ta tutejsza sędzina ze słomą w butach dostanie po nosie, zanim zdąży się obejrzeć. – Płynnie zrobił jeden długi krok, stając tuż przede mną, tak, że weszłam prosto w jego otwarte ramiona. – Jesteś jakaś inna – mruknął mi do ucha.

Być może wyczuł coś w moim dotyku, kiedy spoczęłam w jego uścisku, może zauważył, że zanim przylgnęłam do niego, przez ułamek sekundy byłam spięta i sztywna – dość, że cofnął się o krok. Położył dłoń na moim policzku, przyciskając kciuk do podbródka.

– Aha – powiedział cicho. – To o to chodzi?

Zawahałam się przez jeden moment, snując w myślach sieć bezpieczeństwa, żeby złapać go, kiedy będzie spadał; tak samo postąpiłam z Coopem, zrywając z nim przed laty. Zawsze byłam przekonana, że są takie kłamstwa, które potrafią przynieść więcej pożytku niż szkody i tym właśnie mogą być usprawiedliwione: Zasługujesz na kogoś lepszego niż ja. Mam teraz zbyt wiele zajęć, aby skoncentrować się na pracy nad związkiem. Potrzebuję mieć trochę czasu dla siebie.

A potem przypomniała mi się Katie, na klęczkach przed swoim zgromadzeniem, mówiąca im to, co chcieli usłyszeć.

Nakryłam jego dłoń własną dłonią.

– Tak. O to chodzi – odpowiedziałam.

Opuścił rękę; nasze splecione palce zawisły pomiędzy nim a mną niczym wahadło. Stephen, ten, który zawsze promieniował pewnością siebie, teraz sprawiał wrażenie wątłego i pustego w środku, jak łupina nasienia klonu, niesiona liściastym śmigłem na ziemię.

Uniósł moją dłoń, która otwarła się pod jego palcami jak pąk róży.

– Czy on cię kocha?

– Tak – odparłam, przełykając z wysiłkiem i chowając dłoń do kieszeni.

– A ty jego?

Na to nie odpowiedziałam od razu. Odwróciłam głowę, spoglądając w kierunku, gdzie żółtym blaskiem lśnił prostokąt kuchennego okna, a w nim ciemniały sylwetki Sary i Coopa pochylonych nad podwójnym zlewem. Coop zaoferował się, że posprząta z nią po kolacji, żebym ja mogła wyjść i porozmawiać ze Stephenem na osobności. Zaczęłam się zastanawiać, czy on myśli teraz o mnie. Czy ma jakieś wątpliwości co do tego, jakie słowa teraz mówię.

Kiedy ponownie spojrzałam na Stephena, zobaczyłam, że uśmiecha się blado. Poczułam, jak kładzie mi palec na ustach.

– Zadałem pytanie i otrzymałem odpowiedź – powiedział, a potem delikatnie pocałował mnie w policzek i wrócił do swojego samochodu.

Przez jakiś czas snułam się sama nad brzegiem strumienia, aż zawędrowałam nad staw i tam usiadłam sobie na tej wąskiej ławeczce. Od wyjazdu z Filadelfii myślałam o zerwaniu ze Stephenem, chciałam tego, ale mimo to czułam się teraz tak, jakbym znienacka dostała czymś w głowę. Podciągnęłam kolana pod brodę i patrzyłam, jak księżyc kaligrafuje lśniące wersety na powierzchni wody, przysłuchiwałam się trzaskom i trelom życia cichnącego przed nocą.

Przyszedł do mnie i wyciągnął tylko rękę. Nie mówiąc ani słowa, wstałam, wtuliłam się w ramiona Coopa i chwyciłam się go mocno.

Oparłszy się na łopacie, Sara uniosła twarz ku niebu.

– Zawsze, kiedy napełniamy silosy – zamyśliła się na głos – wiem, że pogoda idzie na odmianę.

Otarłam pot z czoła już chyba po raz setny tego dnia.

– Może jeśli się mocno skoncentrujemy, to dostaniemy jeszcze pięć minut spokoju.

Katie parsknęła śmiechem.

– W zeszłym roku, kiedy napełnialiśmy silosy, było dwadzieścia siedem stopni i pogoda jak drut.

Sara osłoniła oczy, wypatrując czegoś w polu.

– Jadą już!

Widok wprost zapierał dech w piersiach. Aaron i Samuel prowadzili zaprzęg mułów ciągnących napędzaną benzyną snopowiązałkę. Potężna owa machina miała prawie dwa metry wysokości, z przodu zestaw ostrz do koszenia, a dalej mechanizm zbierający zboże w snopy. Obok jechał Levi, powożąc furmanką również zaprzężoną w muły, na której pudle stał Coop, chwytając długie snopy wyrzucane przez snopowiązałkę i układając je w stos.

Kiedy mnie zobaczył, wyszczerzył zęby i pomachał. Ubrany był w dżinsy i koszulkę polo, a na głowie miał pożyczony od Aarona kapelusz z szerokim rondem, ocieniający twarz, która promieniała dumą tak wielką, aż można było pomyśleć, że własnoręcznie ściął każdy kłos zboża.