– Dobry dzień na taką robotę – odezwała się za moimi plecami Sara, mówiąc do kobiety, z którą wspólnie nakrywała długie stoły.
– Nie za gorąco, nie za zimno – zgodziła się jej towarzyszka, żona Martina Zooka; poznałyśmy się, ale jakoś nie zapamiętałam jej imienia. Prześlizgnęła się obok Sary i postawiła na obrusie półmisek z pieczonymi kurczakami, po czym przyłożyła dłonie do ust i krzyknęła głośno: – Komm esse!
Wszystkie młotki opadły niemalże jednocześnie, a mężczyźni jak na komendę sięgnęli do bioder, zdejmując płócienne pasy stolarskie. Chłopcy, mający więcej energii, wyrwali się pierwsi, biegnąc do starej balii wystawionej przed kuchnię i napełnionej wodą. Szczerząc zęby, stłoczyli się dookoła, przekazując sobie z ręki do ręki kostkę mydła Ivory, parskając przy tym i wydając inne, mniej przystojne dźwięki. Osuszyli ręce wyłożonymi błękitnymi ręcznikami, po czym porzucili rozrywki przy ablucjach, ustępując miejsca przy balii czerwonym od wysiłku, spływającym potem mężczyznom.
Martin Zook zajął miejsce za stołem, a dwaj jego synowie usiedli po lewej i prawej stronie ojca. Reszta robotników obsiadła stoły dookoła. Martin pochylił głowę – i przez chwilę słychać było tylko poskrzypywanie obciążonych ław i miarowe oddechy mężczyzn. Następnie gospodarz uniósł oczy ku niebu i sięgnął do półmiska z kurczakiem.
Spodziewałam się gwaru, hałaśliwych rozmów – a przynajmniej dyskusji na temat, jak długo potrwa jeszcze robota, zanim stodoła będzie gotowa. Tymczasem prawie nikt się nie odzywał. Mężczyźni napychali sobie usta jedzeniem, zbyt wygłodniali, aby dbać o towarzyskie konwenanse.
– Zostawcie sobie trochę miejsca – poradziła żona Martina, pochylając się nad stołem i stawiając na obrusie dokładkę kurczaka. – Sara upiekła swoje ciasto z kabaczków.
Kiedy nagle odezwał się Samuel, zwrócił na siebie uwagę wszystkich, tym bardziej że przy stole było zupełnie cicho.
– Katie – powiedział, a ona z zaskoczenia aż podskoczyła – to ty robiłaś tę sałatkę kartoflaną?
– Chyba ją poznajesz – odpowiedziała mu Sara. – Tylko Katie dodaje pomidorów.
Samuel wziął sobie kolejną dokładkę.
– To dobrze, bo taką lubię od dzieciństwa.
Biesiadnicy ani na chwilę nie przerwali pochłaniania zawartości talerzy, jak gdyby żaden z nich nie zauważył wściekłego rumieńca, który nagle zapłonął na twarzy Katie ani też uśmiechu, który powoli zajaśniał na twarzy Samuela; jak gdyby takie publiczne wychwalanie kogoś nie było niczym rzadkim ani nadzwyczajnym. Upłynęło jeszcze kilka minut, po czym mężczyźni wstali i poszli do pracy, zostawiając sprzątanie kobietom. Katie przez długi czas patrzyła w stronę stodoły.
Wszystkie naczynia umyto i oddano kobietom, które przyniosły jedzenie na wspólny posiłek. Gwoździe zebrano do torebek z brązowego papieru, a młotki powędrowały pod ławki w bryczkach. Nowa stodoła żółciła się dumnie, odcinając się ostrym kontrastem na tle nieba fioletowego niczym siniak.
– Ellie?
Odwróciłam się, zaskoczona, że ktoś jeszcze został.
– To ty, Samuelu?
Stał przede mną, obracając w dłoniach kapelusz niczym przyrząd do ćwiczeń gimnastycznych.
– Pomyślałem sobie, że może chciałabyś obejrzeć od środka.
– Stodołę? – Spędziłam przy jej wznoszeniu długie godziny, a nie widziałam ani razu, żeby któraś z kobiet zrobiła choć krok w stronę placu budowy. – Bardzo chętnie.
Szłam z nim ramię w ramię, nie wiedząc, co powiedzieć. Ostatnia prawdziwa rozmowa w cztery oczy, jaką z nim odbyłam, skończyła się łzami – jego łzami, kiedy rozpaczał, że Katie była w ciąży. Koniec końców, postanowiłam postąpić jak amisz: zamiast się odezwać, szłam tylko u jego boku, dotrzymując mu towarzystwa.
Widziana od środka stodoła wydawała się jeszcze większa, niż gdy patrzyło się na nią z zewnątrz. Wysoko w górze krzyżowały się grube belki wycięte z wonnej sośniny, których przeznaczeniem było podtrzymywać tę konstrukcję przez dziesiątki lat.
Dwuspadowy dach wznosił się niby sztuczne niebo; kiedy zaś spróbowałam dotknąć słupów, na których opierały się przegrody dla zwierząt, obsypał mnie deszcz trocin.
– Naprawdę niezły wyczyn – powiedziałam. – Postawić całą stodołę w jeden dzień.
– To tylko wygląda na wielki wyczyn, kiedy człowiek nie może liczyć na nikogo oprócz siebie.
To w sumie pokrywało się z moimi poglądami na temat zawodowych relacji z klientem, chociaż musiałam przyznać, że pomoc prawna gorliwego adwokata blednie w porównaniu z pięćdziesięcioosobowym zastępem znajomych i krewnych gotowych na każde skinienie.
– Muszę z tobą porozmawiać – powiedział Samuel; widać było, że jest zakłopotany.
Uśmiechnęłam się do niego.
– Wal śmiało.
Zmarszczył brwi, a kiedy już rozgryzł, co to miało znaczyć, potrząsnął głową.
– Katie… Jak ona sobie z tym radzi? Czy wszystko w porządku?
– Tak. Bardzo miło się wobec niej zachowałeś dziś przy obiedzie. Samuel wzruszył ramionami.
– To nic takiego. – Odwrócił się ode mnie, wkładając kciuk do ust i przygryzając paznokieć. – Myślałem o tym sądzie.
– O rozprawie?
– Ja. O rozprawie. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym mniej się to różni od innych rzeczy. Martin Zook też nie musiał sam obrabiać tej kupy drewna.
Jeśli to miały być jakieś pokrętne amiszowskie refleksje, to ich sedno jakoś umykało mojej percepcji.
– Samuelu, nie do końca cię chyba…
– Chcę pomóc – przerwał mi. – Chcę pracować z Katie w sądzie, żeby nie była sama.
Jego twarz stężała i pociemniała; najwidoczniej dużo nad tym myślał.
– Ordnung nie zabrania budowania stodół – powiedziałam łagodnie – ale nie wiem, jak zareaguje biskup, jeśli z własnej woli weźmiesz udział w rozprawie o morderstwo jako świadek wystawiający poświadczenie moralności.
– Porozmawiam z biskupem Ephramem – oznajmił Samuel.
– A jeśli się nie zgodzi? Samuel zacisnął wargi.
– Angielskiego sędziego nie będzie obchodzić, że grozi mi Meidung.
Co racja to racja. Sędzina z sądu okręgowego będzie miała w nosie, że świadka czeka odsunięcie od jego religijnej wspólnoty. Samuel jednakże może być innego zdania. Katie również.
Zerknęłam ponad jego ramieniem, ogarniając wzrokiem mocne ściany, kąty proste, dach chroniący przed deszczem.
– Zobaczymy – odpowiedziałam.
– Co dalej?
Katie ucięła zębami zwisający kawałek nitki i spojrzała na mnie.
– Nic. Skończyłaś.
Szczęka mi opadła ze zdziwienia.
– Żartujesz sobie.
– Nie. – Katie wyrównała dłońmi małą kołderkę zszytą z żółtych, fioletowych i granatowych kawałków z dodanym tu i ówdzie akcentem różu. Kiedy zawitałam u Fisherów, bezwstydnie obnosząc się z tym, że nie umiałabym nawet przyszyć sobie guzika, Sara i Katie potraktowały to jako wyzwanie. Z ich pomocą nauczyłam się fastrygować, spinać szpilkami i szyć. Wieczorami, kiedy domownicy zbierali się razem po kolacji, aby poczytać gazetę, pograć w tryktraka albo w kościaną grę Yahtzee, czy też, tak jak Elam, po prostu podrzemać w fotelu, Katie i ja pochylałyśmy się nad małą ramką, na której była rozpięta moja kołderka i doszywałyśmy kolejne elementy. A teraz dzieło było gotowe.