Выбрать главу

Sara uniosła wzrok znad cerowania.

– Ellie już skończyła? Skinęłam głową, rozpromieniona.

– Chcesz zobaczyć? Nawet Aaron odłożył gazetę.

– Pewnie – zażartował. – To jest największe wydarzenie od czasu, jak Omar Lapp sprzedał swoich osiem hektarów firmie budowlanej z Harrisburga. – Po chwili dodał, już ciszej: – I tak samo mało prawdopodobne. – Ale mimo wszystko uśmiechał się szeroko, patrząc ze wszystkimi, jak Katie pomaga mi zdjąć kołderkę z ramy i z dumną miną kładzie mi ją na piersi.

Wiedziałam dobrze, że gdyby to Katie uszyła kołdrę, nie obnosiłaby się z nią w taki sposób, chociaż byłaby ona bardziej godna pochwały niż moja. Wiedziałam też, że po jej stronie roboty ściegi są schludne i równiutkie jak dziecięce ząbki, gdy tymczasem moje pełzną zygzakiem wzdłuż pociągniętych ołówkiem linii, plącząc się jak pijane.

– Całkiem nieźle, Ellie – pochwaliła Sara.

Elam otworzył jedno oko i spojrzał ze swojego fotela na biegunach.

– Nawet pięt tym w zimie nie przykryjesz.

– Specjalnie jest taka mała – odparłam zaczepnie. – Prawda? – zapytałam Katie.

– Ja. To jest taka dziecięca kołderka. Dla twoich dzieci. Przewróciłam oczami.

– Nie nastawiaj się.

– U nas kobieta w twoim wieku nie urodziła jeszcze połowy dzieci, które ma w planach.

– U was kobieta w moim wieku jest dwadzieścia lat po ślubie – przypomniałam jej.

– Katie – wtrąciła Sara ostrzegawczym tonem – daj Ellie spokój. Złożyłam swoją kołderkę starannie, jak sztandar upuszczony przez poległego żołnierza i przytuliłam ją do piersi.

– Widzisz? – powiedziałam do Katie. – Nawet twoja mama mówi, że mam rację.

Zapadła przeraźliwa cisza. Niemalże natychmiast zrozumiałam, jaką palnęłam gafę. Sara Fisher wcale nie powiedziała, że mam rację – miała czterdzieści trzy lata i oddałaby prawą rękę, żeby tylko móc rodzić dzieci. Niestety, nie mogła już o tym sama decydować.

Odwróciłam się do niej.

– Bardzo cię przepraszam. To było karygodne z mojej strony. Sara przez chwilę stała jak słup soli, aż w końcu wzruszyła ramionami i wzięła moją kołdrę.

– Mam ci ją wyprasować? – zapytała i wyszła szybko z pokoju, zanim zdążyłam jej powiedzieć, że szczerze mówiąc, wolałabym, żeby sobie usiadła i spróbowała ochłonąć.

Rozejrzałam się, ale Katie, Aaron i Elam siedzieli już cicho tam, gdzie przedtem, skupieni na swoich zajęciach; wszystko wyglądało tak, jakby te moje bezmyślne słowa w ogóle nie padły.

W następnej sekundzie rozległo się pukanie do drzwi. Wstałam, żeby otworzyć, chwytając spojrzenie, które wymienili Aaron i Elam; domyśliłam się, że w ich mniemaniu gość przychodzący o tej porze w dzień powszedni nie może przynosić nic dobrego. Kiedy dotknęłam palcami klamki, drzwi nagle stanęły otworem, pchnięte od zewnątrz. W progu stanął Jacob Fisher. Pierwszą rzeczą, którą zobaczył, było moje zdumione spojrzenie; widziałam, jak na jego ustach igra cierpki, nerwowy uśmieszek.

– Mamo, wróciłem! – zawołał pogodnym tonem, ale taką parodię telenoweli w tym gronie mogłam zrozumieć tylko ja. – Co na kolację?

Sara pierwsza rzuciła się ku niemu, przywołana głosem niewidzianego od lat syna. Była już nie dalej jak metr od niego, biegnąc z dłonią na ustach i oczami roześmianymi poprzez łzy, kiedy zatrzymał ją jeden prosty gest Aarona, machnięcie ręką, tnące powietrze jak szablą, i jedno krótkie słowo:

– Nie.

Ruszył w stronę syna, a Sara, z szacunku do męża, odsunęła się, stopiła w jedno ze ścianą.

– Nie jesteś już tutaj miłym gościem – oznajmił.

– Dlaczego Dat tak mówi? – zapytał Jacob. – Wyrok biskupa był inny. Czy Dat uważa, że jego decyzje znaczą więcej niż Ordnung? – Postąpił krok dalej za próg. – Stęskniłem się za rodziną.

Sara zachłysnęła się powietrzem.

– Wrócisz do kościoła?

– Nie, Mam, to jest niemożliwe. Ale bardzo chciałbym móc wrócić do domu.

Aaron stał pierś w pierś ze swoim synem, a grdyka drgała mu silnie. Wreszcie, nie mówiąc ani słowa, odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju. Kilka sekund później gdzieś na tyłach domu trzasnęły drzwi.

Elam podszedł, poklepał Jacoba po ramieniu, po czym ruszył powoli za swoim synem. Sara, z twarzą zalaną łzami, wyciągnęła ręce do swojego pierworodnego.

– Nie mogę uwierzyć – powiedziała. – To naprawdę ty?

Patrząc na nią, zrozumiałam, dlaczego matka zagłodzi się na śmierć, odejmując sobie od ust, aby wykarmić swoje dziecko; dlaczego zawsze znajdzie dla niego czas, żeby mogło zwinąć się w kłębek u jej boku; w jaki sposób matka potrafi być łagodna i miękka niczym puchowa poduszka, a zarazem tak niezłomna, że gdy potrzeba, poruszy niebo i ziemię. Patrzyłam, jak palce Sary wędrują po płaszczyznach i nierównościach twarzy Jacoba: gładko wygolonej, starszej, innej.

– Mój chłopiec – szepnęła. – Mój piękny chłopiec.

A ja w tej chwili zobaczyłam w niej osiemnastolatkę, smukłą i silną, wstydliwie wyciągającą do młodego męża ramiona, w których spoczywało to nowo narodzone dziecko, które teraz stało przed naszymi oczami. Sara ścisnęła dłonie syna we własnych, pragnąc zatrzymać go całego dla siebie, chociaż z drugiej strony już biegła Katie, podskakując jak rozradowany szczeniak, domagając się, żeby i ją przytulić. Jacob pochwycił mój wzrok, patrząc ponad głowami matki i siostry.

– Ellie – pozdrowił. – Miło znów cię widzieć.

Podczas naszego poprzedniego spotkania brat Katie natychmiast zgodził się wystąpić na rozprawie i wystawić siostrze świadectwo moralności – lepszego świadka nie mogłabym dla niej zdobyć, bo ani matka, ani ojciec z całą pewnością nie chcieliby nawet słyszeć o zeznawaniu w sądzie. Akurat tego właśnie dnia układałam dla niego pytania na przesłuchanie, ale żeby je przećwiczyć, zamierzałam odwiedzić go w State College – po prostu plan przemycenia go gdzieś bliżej farmy, i to tak, aby nie wzbudzić podejrzeń Aarona, nastręczał w moim mniemaniu zbyt wielu trudności. Okazało się jednak, że Jacob Fisher postanowił grać według własnych reguł.

Pozwolił zaciągnąć się Sarze do kuchni na filiżankę gorącej czekolady („Ciekawe, czy lubisz ją jeszcze tak jak kiedyś?”) i babeczkę; rano upiekła całą blachę. Mojej uwadze nie umknęło i jestem pewna, że Jacob także tego nie przeoczył, że kiedy zasiadł do jedzenia, jego matka i siostra, jako ochrzczone w kościele amiszów, stały nadal. Chociaż nie posiadały się z radości, że go widzą, to nie mogły się przemóc, aby usiąść przy jednym stole z człowiekiem wykluczonym ze wspólnoty.

– Dlaczego wróciłeś? – zapytała Katie.

– Bo już czas był najwyższy – odpowiedział Jacob. – Przynajmniej dla was. Dawno mnie nie widziałyście.

Sara odwróciła wzrok.

– Twój ojciec szalał z wściekłości, kiedy się dowiedział, że Katie jeździła do ciebie. Do dziś bardzo go boli, że byłyśmy mu nieposłuszne. – Po chwili dodała: – To nie jest tak, że on nie chce cię już więcej widzieć albo że przestał cię kochać. To porządny człowiek, stanowczy wobec innych, ale najbardziej wymagający wobec samego siebie. Kiedy postanowiłeś odejść z kościoła, on wcale nie miał do ciebie pretensji.

Jacob prychnął.

– Jakoś inaczej to zapamiętałem.

– Mówię tak, jak było. Winił tylko siebie za to, że jest twoim ojcem, a nie potrafił wychować cię tak, żebyś chciał zostać wśród nas.