– Moje książki i nauka nie miały przecież nic wspólnego z nim.
– Może dla ciebie – powiedziała Sara – ale nie dla niego. – Poklepała Jacoba po ramieniu, zatrzymując na nim dłoń, jakby za nic nie chciała wypuszczać go z rąk. – Przez te wszystkie lata twój ojciec sam wymierzał sobie karę.
– Wyrzucił mnie z domu. To miała być ta kara?
– Wyrzekł się tego, na czym zależało mu najbardziej na świecie – odpowiedziała Sara cichym głosem. – Własnego syna.
Jacob wstał gwałtownie i spojrzał na Katie.
– Chcesz się przejść?
Przytaknęła gorliwie, uradowana wyróżnieniem. Kiedy byli już u drzwi, Sara zawołała za synem:
– Zostaniesz na noc? Potrząsnął głową.
– Nie zrobię ci tego – odparł łagodnie – ale będę tutaj wracał, czy to się jemu podoba czy nie.
Czasami, wieczorem, gdy leżałam już w łóżku, które mi przydzielono na czas gościny u Fisherów, zdarzało się, że zaczynałam snuć niewesołe rozważania na temat, czy uda mi się przywyknąć z powrotem do życia w mieście. Jak to będzie – zasypiać do wtóru hurkotliwych autobusów, a nie ukołysana pohukiwaniem sowy? Zamykać oczy w pokoju, gdzie ciemność nigdy nie jest całkowicie ciemna, bo neony i halogeny na ulicy robią swoje? Pracować w jakimś wieżowcu, tak wysoko nad ziemią, że nie ma najmniejszej szansy poczuć zapachu koniczyny i mleczów rosnących pod stopami?
Tej nocy księżyc wstał żółty jak wilcze ślepia i mrugał na mnie, gdy leżąc w łóżku, czekałam na powrót Katie ze spaceru z Jacobem. Miałam nadzieję, że uda mi się porozmawiać z nim chociaż przez chwilę na temat jego zeznania, ale przepadł gdzieś razem z siostrą i nie było ich naprawdę długo: Elam zdążył już udać się na spoczynek do swojego grossdawdi haus, a Aaron wrócić od zwierząt, do których zawsze zaglądał ostatni raz przed snem i w milczeniu pomaszerować do sypialni na górze. Nawet Sara obeszła już wszystkie pokoje, gasząc gazowe lampy na noc – a oni nic, przepadli jak kamień w wodę.
Było już dobrze po drugiej w nocy, kiedy Katie wślizgnęła się wreszcie na palcach do pokoju.
– Nie śpię – oznajmiłam głośno. – Możesz hałasować.
Katie zamarła, mnąc w palcach tasiemki fartucha, a potem skinęła głową i rozbierała się dalej. Odwróciwszy się skromnie plecami, zdjęła sukienkę i powiesiła ją na jednym z drewnianych kołków w ścianie, po czym wciągnęła przez głowę koszulę nocną.
– No i jak, miło było mieć brata tylko dla siebie?
– Ja - odmruknęła Katie; w jej głosie nie zabrzmiała choćby odrobinka entuzjazmu, który spodziewałam się usłyszeć. Zaniepokoiło mnie to.
– Wszystko w porządku? – zapytałam, unosząc się na łokciu. Uśmiechnęła się z wysiłkiem.
– Zmęczona jestem. Trochę pogadaliśmy o mojej rozprawie i to mnie zmorzyło. – Po chwili dodała: – Powiedziałam mu, że chcesz mówić wszystkim, że zwariowałam.
W sumie trafne podsumowanie, chociaż ja użyłabym innej terminologii.
– I co Jacob na to?
– Że jesteś dobrym prawnikiem i wiesz co robisz.
– Inteligentny chłopiec. Co jeszcze mówił? Katie wzruszyła ramionami.
– Różne rzeczy – powiedziała cicho. – O sobie. Opadłam z powrotem na poduszkę, zakładając ręce za głowę.
– Coś mi się wydaje, że udało mu się dziś wytrącić waszego ojca z równowagi.
Nie doczekawszy się odpowiedzi, uznałam, że Katie już zasnęła i aż drgnęłam, kiedy jednym susem wyskoczyła z łóżka i podbiegła do okna, szarpnięciem zaciągając rolety.
– Księżyc świeci – mruknęła. – Nie można zmrużyć oka.
Rolety w jej pokoju były ciemnozielone, tak samo jak wszystkie inne rolety w tym domu. Po tym właśnie można było odróżnić domostwa amiszów od zwykłych, angielskich domów: wyróżniał je kolor rolet w oknach oraz brak podciągniętych przewodów elektrycznych.
– Dlaczego rolety są zielone? – zapytałam, pewna, że musi być jakieś wyjaśnienie tego fenomenu, tak jak każdej innej osobliwości życia amiszów.
Katie leżała odwrócona do mnie tyłem. Kiedy się odezwała, jej głos był zgłuszony, ochrypły; gdyby nie to moje proste, przyziemne pytanie, pomyślałabym, że płacze.
– Bo tak jest od zawsze – odpowiedziała mi.
Postanowiłam, że muszę trochę bardziej dbać o siebie, bo inaczej prosto od Fisherów trafię na chirurgię naczyniową; skutkiem tego postanowienia poranną kawę ograniczyłam do jednej filiżanki. A jednak, mimo wszystko, w dniu ostatniego rozpatrzenia przedprocesowego, kiedy zeszłam do kuchni wystrojona w swój zabójczy czerwony kostium, Sara, nie bacząc na moje postanowienia, postawiła przede mną półmisek wyładowany po same brzegi: jajka na bekonie, naleśniki, tost i miód. A potem jeszcze wepchnęła we mnie repetę. Karmiła mnie tak, jak Samuela i Aarona, mężczyzn, którzy przez cały dzień pracowali w pocie czoła, aby jej życie mogło biec dawnym, odwiecznym torem.
Pomyślałam o trój glicerydach, ale tylko przez jedną krótką chwilę, po czym pochłonęłam wszystko, co mi nałożyła.
Kiedy ja jadłam, Katie stała przy zlewie, zmywając miski i rondle. Miała na sobie sukienkę w kolorze lawendy i swój najlepszy fartuch -
odświętne, niedzielne ubranie – bo postanowiłam zabrać ją ze sobą do sądu. Nie miała brać osobistego udziału w rozpatrzeniu, ale chciałam pokazać sędzinie, że traktuję sprawę poważnie i mam swoją podopieczną pod stałym nadzorem.
Katie odwróciła się od zlewu, trzymając w dłoni umytą miskę. Kiedy stawiała ją na blacie kuchennym, naczynie wyślizgnęło jej się z palców.
– Och! – krzyknęła, wymachując rękami, rozpaczliwie usiłując nie dopuścić, aby miska spadła na podłogę; szło jej to niezgrabnie i wyglądało jak zabawna pantomima, ale szczęśliwym trafem się udało. Katie przygarnęła do siebie złapaną miskę i odwróciła się – zbyt gwałtownie. Strąciła łokciem dzban, który roztrzaskał się na podłodze. Sok pomarańczowy i odłamki ceramiki trysnęły dookoła Katie spojrzała na to pobojowisko i wybuchnęła płaczem. Sara złajała ją łagodnie w dialekcie. Po chwili dziewczyna uklękła i zaczęła zbierać największe skorupy rozbitego naczynia. Odłożyłam serwetkę na stół i przykucnęłam obok, żeby jej pomóc.
– Jesteś roztrzęsiona – zauważyłam. Katie zakołysała się na piętach.
– Bo tak nagle… To wszystko zrobiło się bardzo prawdziwe. Rozdzieliła nas Sara, wycierając rozlany sok ścierką do naczyń.
Spojrzałam Katie w oczy ponad łukiem jej krzepkich pleców i uśmiechnęłam się.
– Zaufaj mi. Wiem, co robię.
Widok czarującej, pogodnej Katie, siedzącej na ławce u wejścia do gabinetu sędziny Ledbetter, podziałał na George'a Callahana jak płachta na byka. Nie umknęło to mojej uwagi. Prokurator co rusz zerkał ponad ramieniem protokolanta, który stawił się na rozpatrzenie przedprocesowe i wyglądał przez otwarte drzwi gabinetu, za którymi widać było dziewczynę.
– Co twoja klientka tutaj robi? – wysyczał mi w końcu do ucha. Powoli, z rozmysłem, robiąc z tego wielkie przedstawienie, wykręciłam szyję i przyjrzałam się uważnie Katie.
– Wygląda na to, że się modli – odpowiedziałam.
– Wiesz, o co pytam.
– Ach, dlaczego zabrałam ją ze sobą do sądu? Nie żartuj, George. Komu jak komu, ale tobie chyba tłumaczyć tego nie muszę. Taki był warunek zwolnienia za kaucją.
W tym momencie do gabinetu weszła pospiesznym krokiem sędzina Ledbetter.
– Przepraszam za spóźnienie – powiedziała, siadając za biurkiem, otwierając teczkę z dokumentami i przeglądając je. – Czy wolno mi wyrazić zadowolenie z faktu, iż udało się pani ostatecznie zawiadomić nas o planowanej linii obrony, pani Hathaway? – Odwróciła kartkę. – Czy mają państwo jeszcze jakieś wnioski?