– Przypomniałam sobie. Poczułam w skroniach łomot pulsu.
– Twoja pamięć jest za każdym razem inna, Katie. Odkąd cię poznałam, przeszłaś co najmniej trzy takie zmiany.
– Ojciec dziecka nazywa się Adam Sinclair. To właściciel mieszkania, które Jacob wynajmuje w State College. Wyjechał. Nie zdążył się dowiedzieć, że… byłam w ciąży. – Mówiła cicho i łagodnie, a jej spojrzenie było jeszcze łagodniejsze niż głos. – Na początku w ogóle nie dopuszczałam do siebie myśli o tym, a potem, kiedy przyjęłam już do wiadomości, co się stało, było za późno. Zaczęłam więc udawać, że wszystko jest po staremu.
Urodziłam dziecko w oborze i zasnęłam. Chciałam je zanieść do domu, do mamy, ale nie mogłam utrzymać się na nogach. Czułam, że muszę przez chwilę odpocząć. A potem pamiętam już tylko ten moment, kiedy się obudziłam. – Spojrzała na mnie, mrugając oczami. – Dziecko zniknęło.
– Dlaczego nie próbowałaś go szukać?
– Okropnie się wystraszyłam. Bardziej niż tego, że rodzice się dowiedzą. Wiesz dlaczego? Bo przez cały czas powtarzałam sobie, że to była wola boża. I chyba wiedziałam, co znajdę, jeśli poszukam. Nie chciałam tego znaleźć.
Zmierzyłam ją twardym wzrokiem.
– I tak mogłaś zabić to dziecko, Katie. Mogłaś lunatykować. Mogłaś je udusić, nie wiedząc nawet, co robisz.
– Nie. – Na pokryte czerwonymi plamami policzki Katie znów polały się łzy. – Nie mogłabym tego zrobić. Kiedy tylko go zobaczyłam, tego malutkiego chłopczyka, zapragnęłam mieć go przy sobie. Bardzo chciałam, żeby był ze mną. – Jej głos był już tylko szeptem. – On był największym cudem w całym moim życiu i zarazem najgorszą pomyłką.
– Czy kiedy zasypiałaś, żył jeszcze? Skinęła głową.
– W takim razie kto go zabił? – Wstałam, zdenerwowana i zła. Wyznania w ostatniej chwili nie służą błyskotliwej obronie. – Była druga w nocy. Rodziłaś dwa miesiące przed terminem i do tego nikt nie wiedział, że jesteś w ciąży. Kto, do jasnej cholery, mógł wejść do tej obory i zabić ci dziecko?
– Nie wiem – załkała Katie. – Nie wiem, ale ja tego nie zrobiłam, więc ty nie możesz iść na rozprawę i powiedzieć wszystkim, że to ja. – Uniosła na mnie oczy. – Nie widzisz, co się stało, kiedy zaczęłam kłamać? Cały mój świat legł w gruzach, Ellie. Umarło dziecko. Wszystko się popsuło. – Zacisnęła dłonie w pięści i ukryła je w fałdach fartucha. – Chcę naprawić swoje winy.
Nogi się pode mną ugięły, kiedy to usłyszałam.
– To nie będzie spowiedź przed garstką duchownych, Katie. W kościele amiszów coś takiego być może jest do przebaczenia, ale sąd daje za to od piętnastu lat do dożywocia.
– Nie rozumiem…
– Wiem, że nie rozumiesz. Dlatego właśnie wynajęłaś mnie, adwokata. Mam cię wprowadzić w mechanizm wymiaru sprawiedliwości i bezpiecznie z niego wyprowadzić. Na uniewinnienie możesz liczyć tylko wtedy, jeżeli ja wymyślę skuteczną linię obrony. A w naszej sytuacji najlepsza jest niepoczytalność. Jeśli staniesz przed ławą przysięgłych i powiesz, że zasnęłaś, a kiedy się obudziłaś, noworodka już nie było, a w ogóle to się świetnie złożyło, bo umarł i po kłopocie – to nie ma na świecie ławnika, który by kupił od ciebie takie zeznania.
Katie zacisnęła zęby.
– Ale taka jest prawda.
– Tylko w świecie idealnym prawda mogłaby ci pomóc w procesie o zabójstwo pierwszego stopnia. A sądowi bardzo daleko do ideału. Za progiem sali rozpraw to, co naprawdę zaszło, przestanie się liczyć. Wygra ten, kto sprzeda ławnikom najlepszą historyjkę.
– Nie obchodzi mnie, czy to jest świat idealny, czy nie idealny – oznajmiła Katie. – Tak czy inaczej, to nie jest mój świat.
– Zgłoś się na świadka i powiedz prawdę, a twój świat przeniesie się do więzienia stanowego.
– Jeśli taka będzie wola boża, to się zgadzam. Uderzyłam ją wzrokiem, rozwścieczona do ostateczności.
– Chcesz zgrywać męczennicę? Proszę bardzo. Ale mnie tam nie będzie. Nie zamierzam się przyglądać, jak popełniasz prawne samobójstwo.
Przez chwilę Katie milczała, a potem spojrzała na mnie czystym, szczerym wzrokiem.
– Musisz tam być, Ellie. Bo ja cię potrzebuję. – Wstała z fotela i usiadła obok mnie na łóżku, tak blisko, że poczułam żar jej ciała. – Na tej angielskiej sali rozpraw będę zupełnie obca. Będę się wyróżniać tym, jak się ubieram i tym, jak myślę – bo nie jestem Angielką. Nie znam się na morderstwach, świadkach i ławnikach, ale wiem, jak naprawić to, co człowiek popsuł w życiu. Jeśli popełni się błąd, a potem okaże skruchę, można liczyć na przebaczenie. Można wrócić. Ale jeśli zaczniesz kłamać, kiedy kłamstwo zacznie gonić kłamstwo, to dla ciebie już nie będzie miejsca.
– Twoja wspólnota przymknęła oko, kiedy trzeba było wynająć adwokata, czyli mnie – przypomniałam jej. – Zrozumieją też i to, dlaczego musiałaś zrobić tak, a nie inaczej.
– Oni może tak, ale ja nie. – Złożyła dłonie razem, jak do modlitwy. – Może te kłamstwa dadzą mi wolność i nie będę musiała iść do angielskiego więzienia. Ale powiedz mi, Ellie, gdzie ja się wtedy podzieję? Bo jeśli tam skłamię we własnej obronie, to nie będzie dla mnie powrotu tutaj.
Zamknęłam oczy, przypominając sobie to nabożeństwo, kiedy Katie uklękła, aby wyznać swój grzech. Przypomniałam sobie twarze ludzi zebranych w tym ciasnym, dusznym pokoju, ludzi, którzy jeden po drugim wygłaszali swoją opinię. W ich głosach nie było chęci zemsty, nie było złośliwości; brzmiała w nich ulga, jak gdyby pokora Katie dodała im odrobinę siły. Przypomniałam sobie jedno popołudnie, kiedy wszyscy pracowaliśmy na polu, zbierając zżęte zboże – i wróciło do mnie to poczucie bycia częścią czegoś większego niż ja sama w sobie. Przypomniałam sobie twarz Sary w momencie, kiedy po raz pierwszy od lat zobaczyła swojego syna.
Jaką wartość ma osobiste zwycięstwo dla kogoś, kto przez całe życie wyrzekał się siebie dla większego dobra tych wszystkich, wśród których żyje?
Poczułam, jak do mojej dłoni wślizguje się drobna, stwardniała dłoń Katie.
– Dobrze – westchnęłam. – Zobaczymy, co się da zrobić.
II
Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa.
Ewangelia wg św. Mateusza, 6,3
Rozdział jedenasty
Sędzina Philomena Ledbetter przyjrzała się uważnie adwokatce, która od chwili wejścia do jej gabinetu już po raz trzeci upuściła pióro. Jak na gwiazdę wielkomiejskiej palestry, Ellie Hathaway robiła wrażenie wystraszonej niczym nowicjuszka brnąca z wysiłkiem przez swoją pierwszą rozprawę – co było o tyle dziwniejsze, że nie dalej jak wczoraj emanowała aurą kompetencji oraz pewności siebie.
– Pani mecenas – odezwała się sędzina – zebrała nas pani tutaj celem omówienia jakiejś sprawy?
– Tak, wysoki sądzie. Zaszła potrzeba odbycia jeszcze jednej dyskusji, zanim rozpocznie się rozprawa, wyszły bowiem na jaw pewne… okoliczności.
George Callahan, siedzący po jej prawej stronie, parsknął.
– W ciągu ostatnich dziesięciu godzin?
Sędzina Ledbetter puściła jego uwagę mimo uszu. Sama też nie była zbytnio szczęśliwa, że wezwano ją w tak krótkim terminie, zmuszając do wywrócenia do góry nogami harmonogramu zajęć.
– Zechce nas pani wtajemniczyć w szczegóły, pani Hathaway? Ellie przełknęła ślinę.
– Po pierwsze, chcę zaznaczyć, że zwykle nie robię takich rzeczy, ale nie dano mi wyboru. Ze względu na tajemnicę zawodową nie mogę zdradzić wszystkiego, ale moja klientka uważa… to znaczy, ja uważam, że… – Urwała, odchrząknęła. – Muszę wycofać się z linii obrony opartej na założeniu „winna, lecz chora umysłowo”.