– Czy twoja siostra wie, że masz te listy? Potrząsnął głową.
– Chciałem powiedzieć jej wczoraj, ale i tak już była okropnie struta, rozprawa zbliża się wielkimi krokami… Nie chciałem dodawać jej zmartwień. – Skrzywił się, zaciskając palce na krawędzi stołu. – Chyba jednak powinienem zrobić to dzisiaj.
Ellie spojrzała na nazwisko siostry Jacoba, wypisywane na listach wyraźnymi, drukowanymi literami. Na cienką, błękitną kopertę poczty lotniczej, pozaginaną, opieczętowaną, zaklejoną.
– Niekoniecznie – powiedziała.
Z formalnego punktu widzenia, wybierając się do Filadelfii, Ellie powinna była zabrać Katie ze sobą, ale jako że cała sprawa zdążyła się i tak dostatecznie pochrzanić z jej własnej winy, nie bała się co nieco nagiąć warunków zwolnienia za kaucją; większych kłopotów nie mogła już sobie narobić. Dlaczego jednak wsiadła do samochodu i wypuściła się do miasta – na to pytanie nie potrafiła sobie odpowiedzieć, dopóki nie stanęła na parkingu pod centrum medycznym, gdzie Coop miał swój gabinet.
Znała ten adres, ale nigdy jeszcze tutaj nie była. Weszła do hallu, stanęła przed listą lekarzy pracujących w budynku i znalazłszy mosiężną tabliczkę w wybitym nazwiskiem „Cooper”, dotknęła jej palcem. Za drzwiami jego gabinetu przywitała ją śliczna młoda sekretarka, pytając uprzejmie, w czym może pomóc; targnęła nią zazdrość, zapierając dech w piersiach.
– Doktor ma pacjenta – poinformowała ją dziewczyna. – Zechce pani poczekać?
– Tak, dziękuję. – Ellie usiadła i zaczęła kartkować jakiś magazyn sprzed pół roku, ale nie widziała w nim niczego, ani jednej strony.
Kilka minut później odezwał się brzęczyk interkomu na biurku sekretarki. Ellie usłyszała krótką, stłumioną rozmowę, a po chwili w drzwiach swojej świątyni pracy stanął Coop.
– Cześć – omiótł Ellie spojrzeniem od stóp do głów. – Podobno zgłosiłaś się do lekarza z nagłym przypadkiem.
– Zgadza się – odpowiedziała; od czasu, jak Katie wywróciła jej życie do góry nogami, nie czuła się lepiej. Weszła do gabinetu, a on zamknął drzwi i wziął ją w ramiona.
– Jestem psychiatrą, wiesz o tym. Leczę tylko umysł.
– Lecz wszystko, jak leci – poleciła. – Trzeba się szanować.
Pocałował ją, a ona przytuliła twarz do jego piersi, ocierając policzkiem o szorstką, wyprasowaną koszulę. Coop opadł na jeden z miękkich foteli, sadzając sobie Ellie na kolanach.
– A co by na to powiedział doktor Freud? – mruknęła cicho. Poruszył się, przesuwając po spodzie jej ud twardą wypukłością, która wyrosła mu w spodniach.
– Że każde cygaro ma dwa końce. – Jęknął gardłowo i wstał, sadzając Ellie na stojącym obok krześle. Sam zaczął chodzić po gabinecie. – Następnego pacjenta mam za dziesięć minut i wolałbym nie kusić losu – wyjaśnił, wpychając ręce do kieszeni. – Czemu zawdzięczam tę wizytę?
– Liczyłam na jakąś promocję – przyznała się szczerze.
– Z przyjemnością służę po godzinach…
– Chodzi o poradę medyczną, Coop. Mam w głowie totalny mętlik. – Schowała twarz w dłoniach. – Wycofałam ustaloną linię obrony. Nie będę powoływać się na brak poczytalności Katie.
– Dlaczego?
– Bo to się kłóci z jej kodeksem moralnym – odparła sarkastycznym tonem. – Ale mnie szczęście kopnęło: będę bronić pierwszej w historii sądownictwa domniemanej morderczyni, która może się pochwalić kryształową postawą etyczną. – Wstała z krzesła, podeszła do okna. – Katie powiedziała mi, kim był ojciec dziecka. To znajomy Jacoba, wykładowca z uczelni. Nie wiedział o jej ciąży. Katie postawiła na szczerość, uczciwie wyznała przede mną całą prawdę, a potem powiedziała, że nie wolno mi wmawiać przysięgłym, że zabiła dziecko w stanie dysocjacji, kiedy ona może przysiąc, że to nieprawda.
Coop gwizdnął cicho.
– Nie dałaś rady jej przekonać…
– Nie mogłam w ogóle niczego powiedzieć. Moja klientka nie ma pojęcia, jak działają sądy. Wierzy całym sercem, że jeżeli szczerze wyzna to, co wie, dostąpi darowania win. I w sumie czemu się dziwić? W jej kościele właśnie tak jest.
– Załóżmy zatem, że to prawda, że nie zabiła tego dziecka – zaproponował Coop.
– Ale prawdą jest również to, że dziecko urodziło się żywe, a nie wiadomo jakim sposobem znaleziono je martwe i celowo ukryte. Nie sposób tego pominąć.
– No dobrze. Co ci w takim razie pozostaje? Ellie westchnęła.
– Zabił je ktoś inny. Ale, jak doszliśmy do wniosku już wcześniej, obrona oparta na takim argumencie graniczy z niemożliwością.
– Druga możliwość jest taka, że dziecko umarło samo.
– A od razu po porodzie wyszło z zagrody, poraczkowało do komórki i ukryło pod stosem końskich derek?
Coop uśmiechnął się blado.
– Mogło być tak, że Katie naprawdę chciała zatrzymać przy sobie to dziecko, ale po przebudzeniu znalazła je martwe. Może to właśnie wtedy straciła kontakt z rzeczywistością. Może kiedy ukrywała zwłoki, trwał stan dysocjacji i dlatego teraz nie może sobie tego przypomnieć.
– Zatajenie śmierci to też jest przestępstwo, Coop.
– Ale daleko mniejszego kalibru – przypomniał jej. – Świadome zaprzeczanie śmierci osoby kochanej jest nacechowane głębokim tragizmem, o którym nie może być mowy w wypadku, kiedy ktoś sam spowodował tę śmierć. – Wzruszył ramionami. – Nie jestem prawnikiem, ale dla mnie wygląda to tak, że masz jedno wyjście: dziecko umarło samo i to właśnie jest wspomnienie, które umysł Katie próbował zataić. Musisz teraz postarać się o jakiegoś specjalistę, który zamiesza w protokole z autopsji, dobrze myślę? Bo przecież w końcu Katie urodziła wcześniaka, a bez inkubatora i intensywnej opieki medycznej żaden wcześniak nie ma szans.
Ellie zaczęła analizować tę linię obrony, ale wciąż powracała myślami do jednego szczegółu, jakby to była ostra, uparta drzazga, o którą nie można się nie zaczepić. Od momentu spisania protokołu z autopsji przyjęto, że Katie urodziła w trzydziestym drugim tygodniu ciąży i nikt – włączając samą Ellie – nie próbował podważyć tego faktu.
– Jak to się stało? – zapytała teraz na głos.
– Co takiego?
– Jak to się stało, że Katie, zdrowa osiemnastolatka w lepszej kondycji fizycznej niż większość dziewczyn w jej wieku, urodziła przedwcześnie?
Doktor Owen Zeigler podniósł wzrok na Ellie Hathaway, po raz dziesiąty gubiąc wątek, zdekoncentrowany niesamowicie głośnym trzaskiem chrupanej skórki z porcji wieprzowiny.
– Gdybyś wiedziała, co takie żarcie robi z twoim ciałem, nie wzięłabyś go do ust – oznajmił.
– A gdybyś ty wiedział, kiedy ostatni raz miałam coś takiego w ustach, to nie zawracałbyś mi głowy – odparowała Ellie. Owen zgarbił się z powrotem nad protokołem z autopsji. – No i co? – zapytała.
– No właśnie. To, że dziecko było wcześniakiem, samo w sobie nie ulega kwestii. Niedonoszone ciąże to w sumie żadna rzadkość, a położnicy rzadko kiedy potrafią dojść przyczyny przedwczesnego porodu. Ale w wypadku twojej klientki daje się jednak stwierdzić, że najprawdopodobniej było to zapalenie błon płodowych. – Ellie popatrzyła na niego jak cielę na malowane wrota. – To jest diagnoza patologiczna, nie bakteriologiczna. W skrócie: wyniki wyraźnie wskazują na to, że doszło do ostrego zapalenia owodni i kosmówki.