Выбрать главу

Pasza gwałtownie zamknął książkę o kadetach. I rozpłakał się. Pobiegł do kuchni, by o wszystkim powiedzieć mamie i cioci Lizie. Kobiety najpierw skrzyczały go strasznie, zagroziły karą za wymysły i fantazje. Ale gdy nie ustawał w płaczu, pobiegły na milicję.

I wszystko, co powiedział kadet trębacz, okazało się prawdą.

Nadmierna pobudliwość, orzekł lekarz, do którego zaprowadzono Paszeńkę po tym, jak przewidział, że starszy brat złamie rękę na obozie pionierskim. Czy zdarzały się w rodzinie przypadki kiły i czy malec pije, chciał wiedzieć drugi, po tym, jak Paszeńka wyprorokował mężowi cioci Lizy, kolejarzowi, że pójdzie siedzieć za kradzież oleju napędowego. Histeria, zdiagnozował trzeci, po kolejnych wizjach Paszeńki, już w klinice Oddziału Psychiatrii Dziecięcej Państwowego Instytutu Psychoneurologii imienia Bechterewa. Schizofrenia paranoidalna, był zdania czwarty, z tego samego Instytutu. Klasyczna parafrenia, zdyskredytował obu poprzedników piąty, z tytułem profesorskim. Ja to wyleczę, obiecał.

Paszeńka wyszedł z kliniki po półrocznym pobycie, w samą porę, by kompletnie nie ogłupieć od psychotropów. Uznano go za wyleczonego, bo zdołał zadowolić profesora, Wikientija Abramowicza Szyłkina, każącego nazywać się wujkiem Kieszą.

Wujek Kiesza był łysy jak kolano, naszał grube okulary, brudnawy biały fartuch i wyświecony krawat w grochy, iście jak Lenin na większości portretów. Po Instytucie, pamiętał Lewart, krążyły złośliwe plotki, datujące krawat wujka Kieszy na czasy NEP-u, rok mniej więcej 1925. W plotki nie uwierzono. Krawat musiał być starszy. Nawet za NEP-u nie produkowano w ZSRR tak dobrych jakościowo i trwałych krawatów.

Pasza zadowolił wujka Kieszę. Nauczył się nie przyznawać do wizji i zaprzeczać, że jakiekolwiek miał. A wszystkie testy wujka Kieszy zdał, bo jakiś głos podpowiadał mu właściwe odpowiedzi i reakcje. Precyzyjnie takie, jakich wujek Kiesza oczekiwał.

W przeddzień wypisania z kliniki miał wizję. W wizji wujek Kiesza umierał na rozległy zawał. Wśród tłumu, podczas świętowania okrągłej rocznicy Dnia Zwycięstwa, dziewiątego maja 1965. Za cztery dni.

Pasza Lewart, wychodząc, nie powiedział mu tego. Nie mógł.

Był przecież wyleczony.

* * *

Kuracja, jakiej Pawła Lewarta poddano w Instytucie Bechterewa, była skuteczna w jednym, ale za to podstawowym aspekcie: dziesięcioletni Paweł gotów był na wszystko, na absolutnie wszystko, byle tylko nie trafić tam ponownie. Udawanie, wypieranie się wizji i przeczuć, jak i kłamstwa odnośnie ich występowania chłopiec uznał za niewystarczające – w końcu na kłamstwach mógł zostać przyłapany, mógł zdradzić się niechcący, mógł poplątać się w zeznaniach na tyle, by wzbudzić podejrzenia. Paweł Lewart zdecydował się sięgnąć do sedna problemu. Postanowił tłumić prekognicyjne wizje na etapie powstawania, zduszać je podczas wypączkowywania i nie pozwalać im się rozwinąć. Wizje anonsowały swoje pojawianie się. Tuż przed tym, nim coś się dziać miało, Paweł czuł krótkotrwały ucisk w uszach, przechodzący w natrętne owadzie brzęczenie, szybko narastające, jakby pszczół rozgniewanych stukaniem w ul. Na tym etapie, wypraktykował chłopiec, prekognicję można było zatrzymać. Poprzez zadanie sobie bólu. Skutkowało silne uszczypnięcie, a jeszcze lepiej ukłucie, mocne, do krwi. Paweł nauczył się zawsze mieć wpięte w ubrania szpilki lub agrafki, a po kieszeniach regularnie nosił pinezki, które w razie zagrożenia wciskał sobie w opuszek palca. Pomagało. Pszczele brzęczenie ustawało, płoszone bólem wizje ulatywały. By pojawiać się coraz rzadziej i rzadziej. Paweł Lewart przestał widzieć przyszłość, odbierał tylko niejasne alarmy, sygnały o tym, że coś się wydarzy. A i te sygnały stawały się coraz rzadsze i rzadsze.

Z czasem ustały niemal zupełnie.

Wróciły dopiero w Afganistanie.

* * *

Żmija spełzła z głazu, rozwijając się jak wstęga, pełznąc esowato, zbliżyła się do klęczącego Lewarta. Wolno uniosła głowę i nieco więcej niż ćwierć długości korpusu. To wystarczyło, by mogła spojrzeć mu w oczy.

Tym razem szum i brzęk w uszach poprzedziły tętniące w oczach świetliste koncentryczne koła, pojawiające się i gasnące jak kręgi na wodzie. Lewart poczuł, jak ziębną i drętwieją mu palce u rąk. Powietrze, do tej pory tu, w jarze, nieruchome, gorące i stęchłe, pochłodniało nagle i ożyło. Poczuł wiatr, na twarzy i we włosach. Emanujące z oczu żmii kręgi eksplodowały we wzorzystą mozaikę, w migocący i zmieniający się kalejdoskopowo wzór. Z wzoru wyłoniła się skalista pustynia. Zalane oślepiającym słońcem pustkowie.

Wiatr, rozwiewający włosy w pędzie. Wicher, podrywający piasek, ukłucia ziarenek na twarzy. Pod kopytami chrup żwiru i kamieni. W lewym ręku mokry od potu rzemień wodzy, w prawym krótka kawaleryjska sarissa. U lewego kolana kopis, krzywy jednosieczny miecz.

Kary koń odwraca głowę, łypie okiem. Nazywa się Zefios, Wiatr Zachodni. Jeździec z prawej to Bryzos, Trak. Ten z lewej to Stafilos, Frygijczyk. I inni, najemni jeźdźcy z Tracji, Pajonii, Ilirii, z innych stron. Prodromoi, lekka jazda zwiadowcza armii Aleksandra, Wielkiego Króla Macedonii. Licząca pięćdziesiąt koni tetrarchia w składzie trzeciej ile. Mój oddział. Jestem tetrarcha Herpander, syn Pyrrusa. Wiodę oddział doliną rzeki Arachotus, zmierzamy do Gauzaki, a stamtąd do Paropamisady, do garnizonu w Ortospanie, mieście leżącym trzysta trzydzieści stadiów na południe od nowo założonej Aleksandrii Kaukaskiej.

Albowiem sięgające nieba, skrzące się oślepiająco góry na północy zwą się Kaukazem Indyjskim lub Paropamisos. W języku górskich plemion Hindu Kusza.

Obraz pękł jak szkło, wizja znikła. Ale z oczu żmii niemal natychmiast wyemanowała następna.

Wąwóz górski, skały o fantastycznych kształtach, tworzące coś na kształt bramy, wiodącej wprost na przestwór zalanej słońcem pustyni. Bramą przechodzi wojsko. Przodem idzie stępa kawaleria, lansjerzy w turbanach, z trzepoczącymi na wietrze chorągiewkami na lancach. Za nimi artyleria konna, armatki, zaprzęgi, jeźdźcy w szamerowanych kurtkach. Za nimi długa kolumna piechoty w szaroburych mundurach i korkowych kaskach. Piechurzy śpiewają, ich pieśń niesie się raźnie i bojowo.