Выбрать главу
* * *

Dla tych, którzy faktyczne łudzili się nadzieją na rychły koniec wojny i powrót do domu, przywiezione przez Kartera wieści okazały się ciosem. Zadziwiało, że choć nadzieja złudną była wszak bardzo i z pozoru mało kto nią żył, gdy prysła, zabolało, a skutki można było obserwować wszędzie i na każdym kroku. Morale wojska spadło. Ze słyszalnym hukiem. Żołnierze zrobili się nerwowi, źli, opryskliwi, dochodziło do swarów, kłótni, przepychanek, a wreszcie i bójek. Barmalej zareagował natychmiast. Znalazł wojsku zajęcie. Podzieloną na robocze brygady kompanię zagoniono do roboty tyleż ciężkiej, co głupiej – do kopania wielkiego dołu nieopodal lądowiska śmigłowców. Dół, nazwany przez Barmaleja „Bastionem”, w rzeczywistości niczemu nie służył i potrzebny był jak kozie katarynka, ale machanie kilofami i szpadlami wychodziło wojsku na zdrowie. Tym bardziej że Barmalej kazał sierżantom ustalić ostre normy, a dekownikom zagroził disbatem.

Lewart przysiadł się kiedyś do sierżanta Guszczyna, nadzorującego wykopaliska. Nie pogadali, Guszczyn był małomówny i wyraźnie przybity.

– Melduję, że miesiąc jakiś mi do dembela został – wydusił z siebie wreszcie, zapytany wprost i poczęstowany dżointem. – Dni liczę. A im tych dni ubywa, tym strach dziwnie większy… Chciałoby się, praporszczyk, wrócić żywym. Niechby i na inwalidzkim wózku, na kółkach… Ale żywym. Wybaczcie. Rozgadałem się.

– Nie szkodzi, sierżancie. Nie szkodzi.

* * *

Szóstego czerwca odwiedziła zastawę silna broniegrupa. Pięć BMP i pięć czołgów T-62, szarych od pokrywającego je kurzu, złowrogich i płaskich jak skorpiony. Pojazdy z marszu zajęły pozycję na drodze, przy kalitce. I stały, jak martwe, a pancerniacy ignorowali usiłujących zagadywać żołnierzy z „Sołowieja”. Nawet Barmalej, choć waleniem w pancerz udało mu się wywabić z czołgu kapitana w hełmofonie, nie dowiedział się niczego, kapitan zbył go krótko i zamknął właz.

Krótko potem zahuczały wirniki, a zza grani, jak sępy, wychynęły trzy szturmowe Mi-24. W ślad za nimi wyleciał mały Mi-9, a za nim dwie „Pczołki”, śmigłowce Mi-8. Wszystkie siadły, wzbijając tumany pyłu, na lądowisku, dwieście metrów od „Muromca”. Z pokładów zeskoczyli żołnierze w plamiastych kombinezonach.

– Specnaz – odgadł bez trudu Barmalej.

– A z nimi Sawieliew – nie pomylił się Jakor. – Ten cholerny kulawiec. Ależ on znajomości musi mieć, że go jeszcze z tym szpotawym kulasem z armii w odstawkę nie pogonili. Drugą turę, przedstawcie sobie, w Afganie kusztyka. A teraz tu, do nas, czort go przyniósł. Ciekawe, po co? Domyśla się któryś?

Lewart domyślał się. Ale nie zdradził się z tym.

* * *

Major niczym nie wyróżniał się spomiędzy specnazowców, jak oni wszyscy odziany w zwany kombezem kombinezon maskujący i beret nazywany „bałachonem”. Jak zwykle w polu, nosił swój po kowbojsku dyndający u pasa stieczkin i nocną lornetkę BN-2.

– Odwiedziłem cię specjalnie – zaczął bez wstępów, gdy tylko przyprowadzono Lewarta przed jego oblicze. – Mam dla ciebie dwie wiadomości, dobrą i złą. Od której zacząć?

Lewart wzruszył lekko ramionami. Nie spieszył się z odpowiedzią, nazbyt dobrze znał kagebistów i ich żarty. Sawieliew przyglądał mu się bacznie.

– Nie możesz się zdecydować – rzekł ze zrozumieniem. – Boisz się tej złej? Czy też w ogóle nie jesteś ciekaw wieści? Przedkładając wygodę i komfort ignorancji? W to ostatnie trudno mi będzie uwierzyć.

– Dlaczego? – znowu wzruszył ramionami Lewart. – Ignorancja to siła.

– Wolność to niewola, a wojna to pokój – dokończył po chwili milczenia major. – Lubisz cytaty, stwierdzam z uznaniem. Doboru źródeł jednak nie pochwalam. Czytania George’a Orwella w naszym kraju nie zaleca się, choć obecnie za myślozbrodnię to już w zasadzie nie uchodzi. Ale o tym dość, nie mam czasu na dyskusje o literaturze. Skoro się wzdragasz, ja sam wybiorę kolejność wiadomości. Zacznę od złej. Twój druh, ten sierżant, Charitonow, Walentin bodajże Trofimowicz, poległ w boju. Pod Mohammad Agha. Niecałe dwa tygodnie temu.

– Jak? – spytał po chwili milczenia Lewart.

– A mnie skąd to wiedzieć? Poległ i tyle. Śmiercią walecznych, ma się rozumieć. No, a teraz dobra wieść. Odnośnie sprawy zabójstwa starleja Kirylenki. Jesteś czysty i w suchym. Śledztwo wykazało, że strzelał szeregowy Iwan Milukin. Poległy szeregowy Milukin. Sprawa zamknięta. Ciebie, za męstwo przejawione podczas boju na zastawie „Newa”, odznaczono medalem „Za bojewyje zasługi”. Przypną ci, jak tylko kancelaria upora się z robotą papierkową. Opić z kolegami możesz już dziś.

– Na zastawie „Newa” – odchrząknął Lewart – nie przejawiłem niczego, męstwa w szczególności. I niczym się tam nie zasłużyłem.

– Jakaż skromność. Na szczęście nie ty decydujesz. Odznaczenia przyznaje dowództwo, a dowództwo jest nieomylne. Za męstwo nagradza mężnych, za zasługi zasłużonych. I vice versa. Bywaj, mężny i zasłużony Polaczku. Spieszę się, wraz z broniegrupą lecimy na akcję. Jeszcze tylko jedno.

Choć wydawało się to zupełnie nieprawdopodobne, ba, graniczące z cudem, Igor Konstantinowicz Sawieliew, Kulawy Major, w sposób widoczny wahał się. Nie wiedząc, jak zacząć.

– Doniesiono mi… – rzekł wreszcie, unosząc na Lewarta oczy koloru zwiędłych chabrów. – Doniesiono mi, że ze żmijami się tu zabawiasz. Prawda to?

Lewart nie odpowiedział.

– Cóż – major nadal wyglądał na niezdecydowanego – regulaminy nie zabraniają, partia nie potępia… Ta żmija… Jest może złotawej barwy? Ma złote oczy? Nie musisz odpowiadać. Jeśli nie chcesz.

Lewart nie odpowiedział. Nie chciał.

Sawieliew odwrócił się na pięcie. A Lewart jednak się zdecydował.