– A idź.
O tym, że do KPP zbliża się jakiś transport, powiadomiła radiem toczka, wysunięty posterunek z „Muromca”. Żygunow wstał, chwycił AKM.
– No, dzieci – wezwał żołnierzy. – Do roboty. Tak, jak uczyłem. A ty co, Smietannikow, na rybki się wybierasz? Czy na imieniny u cioci? Bronik włożyć! Wszyscy broniki włożyć, a porządnie! Kożemiakin, Tkacz, ze mną na drogę. Jefimczenko, do kaemu. Ruszać się!
Zza zakrętu drogi, lawirując wśród spadłych ze zboczy głazów, nie wyłoniła się jednak oczekiwana burbachajka, czyli czubato wyładowany pasażerami i bagażem tubylczy autobus, źródło oczekiwanego łupu i korzyści. Tym, co się wyłoniło, był poobijany i okropnie odrapany biały pikap.
– Za kierownicą dziadyga w czałmie – zameldował zza lornetki Smietannikow. – Obok jakieś babsko. Na kipie dwie… Nie, trzy baby w parandżach. Żadnych dużych bagaży.
– Niefart – splunął Żygunow. – Nie będzie z nich korzyści nijakiej. Nie będą mieli niczego, co wziąć warto.
– Tedy jak? – spytał Tkacz, wiercąc się pod ciężarem kamizelki. – Puścimy ich?
– Po kontroli. Mamy tu kontrolować, zapomnieliście? Osłaniaj nas, Jefimczenko. Hej, tam! Stać! Kontrola!
Pikap, który do tej pory ledwie się wlókł, wyrwał nagle do przodu w obłoku spalin, kierujący starzec z brodą jak u kozła zgarbił się nad kierownicą. Siedząca obok kobieta wystawiła przez okno lufę kałasznikowa i serią wygarnęła po wartownikach. Tkacz zawył i upadł. Żygunow i Kożemiakin zanurkowali za worki z piaskiem.
– Wal w nich, Wowa! – zaryczał Żygunow. – Wal! Ognia!
Jefimczenko nie zdążył. Nie miał wprawy, ręce mu dygotały, palce dwukrotnie omsknęły się na pekaemie. Baby na pace pikapa miały więcej wprawy. Bo wcale nie były babami, lecz przebranymi w parandże duchami. Jeden miał bazookę, amerykańską M-72, drugi RPG-7, obaj wypalili w bunkier kalitki. Trzeci rzucił trzy związane drutem granaty. Kobieta wystrzelała cały magazynek. Po czym pikap uciekł, rwąc pełnym gazem. Kożemiakin, wyskoczywszy z ukrycia, ścigał go ogniem z RPK, ale umknął między głazy, gdy mudżahedini sypnęli z paki gradem pożegnalnych kul.
Odsiecz nadbiegła, ale zbyt późno, by móc choć zobaczyć wielkie litery: TOYOTA na tyle pikapa. Nadbiegł Jakor, Guszczyn i żołnierze z „Rusłana”, nadbiegli z „Muromca” Barmalej i Zacharycz. Nadbiegli Lewart i Łomonosow.
Miron Tkacz, ranny w obie nogi, tarzał się i wył na drodze. Boria Kożemiakin, ten, który z początku na zastawie płakał, udzielał mu pierwszej pomocy. A wewnątrz rozwalonego bunkra KPP, wśród tlących się szmat i skrzyń, siedział z błędnym wzrokiem Wołodia Jefimczenko, niańcząc swój PKM. Obok, pokrwawiony i osmalony, poraniony, ale raczej niezbyt poważnie, kurczył się, szlochając, Fiedia Smietannikow. Jego lewe ucho, urwane i rozszarpane, zwisało, skręcone jak obierzyna jabłka, sięgając pagonu. Ale Smietannikow nie interesował się stanem swego ucha. Zapatrzony był w leżącego dwa metry dalej sierżanta Żygunowa.
– Sanitariusz! – wrzasnął Barmalej. – Sanitaaariuusz!
Żygunow żył. Dzięki kamizelce kuloodpornej nie zginął na miejscu. Miał jednak mocno poparzoną i zniekształconą twarz, obie nogi, od ud w dół, popalone i poszarpane. Ale najbardziej dostało się lewej ręce. Odłamki posiekały ramię i wydarły całe kawały bicepsu, w wielu miejscach odsłaniając kość.
– Trzymaj się, Wasia – wykrztusił, klękając obok, Lewart. – Radi Boga, trzymaj się… Bratan…
Wyrwał z rąk sanitariusza strzykawkę z promedolem, syntetyczną morfiną, sam zrobił zastrzyk, zaraz potem ręce zaczęły mu się trząść. Barmalej odciągnął go. Sanitariusz wstrzyknął Żygunowowi jeszcze jeden promedol, po czym zaczął opatrywać rękę sierżanta, bandażując ją wraz z nadpalonymi strzępami rękawa. Żygunow wyprężył się i zakrzyczał. Spomiędzy jego nóg zatętniła nagle ciemnoczerwona krew.
– Chcę do… do… mu… – wydusił z siebie poprzez pękające na wargach bańki.
I umarł.
Wszyscy stali nieruchomo. Tkacza zabrano na noszach, jego też ocalił bronik, rany postrzałowe nóg były mniej poważne, niż wskazywałyby na to jego paniczne wrzaski.
– Meldują z toczki – przerwał nagle ciszę Jakor. – Jedzie kolejny samochód. Duży.
Barmalej delikatnie wyjął z objęć Jefimczenki PKM, zważył w dłoniach, przeładował.
Gdy szedł na drogę, dołączyli doń Jakor i Lewart z akaesami. I blady jak śmierć Kożemiakin z RPK.
Lewart wiedział, co tym razem wychynie zza zakrętu drogi, na podjeździe sapiąc, smrodząc, rzężąc i kołysząc się na wybojach. Jeszcze nim pojazd się pojawił, Lewart miał już przed oczami afgańską burbachajkę, będący lokalnym środkiem lokomocji wysoki autobus, fantastycznie wymalowany w różnokolorowe graffiti i jaskrawe esy-floresy arabskiego pisma, będące, jak sądzono, cytatami z Koranu, magicznymi zaklęciami i życzeniami szczęśliwej podróży. Nim autobus się pokazał, Lewart widział już dekorujące go sznurkowe girlandy, słyszał miękkie pobrzękiwanie dzwoneczków, którymi obwieszona była szoferka.
Barmalej wyszedł na środek drogi.
Burbachajka wyjechała zza zakrętu. Dokładnie taka, jaką wcześniej widział Lewart. Nawet chyba jeszcze bardziej udekorowana i barwna niż ta z jego wizji. Rozkołysana, ociężała pod upiętrzoną na dachu piramidą tobołów, waliz i innych bagaży. Kierował młody chłopak w pakolu, Lewart widział, jak na widok Barmaleja szczerzy w uśmiechu białe zęby zza pomazanej i nadpękniętej szyby przedniej. Widział stłoczonych wewnątrz pasażerów, głównie niewiasty. Widział dzieci w haftowanych tiubietiejkach, przyklejone do okien, widział rozpłaszczone na szybach wielkookie twarzyczki.
Syknęły otwierane drzwi, kierowca wyszczerzył zęby. Barmalej uniósł PKM.
– As-salaamu alajk…
Barmalej rozwalił go serią. Krew zbryzgała szybę szoferki.
Jako drugi otworzył ogień Kożemiakin, prosto w okna autobusu. Po nim zaczęli strzelać Jakor i Lewart. Potem reszta.
Autobus dygotał. Autobus dymił. Autobus krzyczał.
Z hukiem i świstem uszło powietrze z podziurawionych opon, burbachajka ciężko osiadła na osiach. Szklaną kaszą sypały się okna, tłoczyli się w nich wrzeszczący ludzie. Jakor i Kożemiakin siekli ich ciągłym huraganowym ogniem. Usiłującą wydostać się przez drzwi ciżbę kosił z pekaemu Barmalej, wylewające się trupy w okamgnieniu zatarasowały wyjście. Zacharycz i inni pruli kulami burty, dziurawili je jak sito. Pasażerowie wyskakiwali przez wypchnięte okna po drugiej stronie, po to, by wpadać pod kule Guszczyna i chłopaków z „Rusłana”.