– Jasne, Pete i Kim będą szczęśliwi. A dlaczego mam wziąć?
– Dave miał wspaniały pomysł. Spędzimy sobie ten weekend całkiem sami. Drugi miesiąc miodowy.
Jakby to już gdzieś słyszała: deja vu. Ale odsunęła tę myśl. – To świetnie – powiedziała.
– Jonny’ego i Kenn’ego już mamy gdzie ulokować, ale pomyślałam, że Adam lepiej się będzie czuł u was.
– Dobrze. Dzięki temu Pete i Kim przestaną się na jakiś czas kłócić. A co robicie? Wyjeżdżacie gdzieś?
– Nie, zostajemy tu i pozwolimy się całkowicie zasypać śniegiem. Przywiozę go do was jutro po szkole, dobrze? A zabierzemy w niedzielę po południu.
– Dobra. A jak tam poszukiwania domu?
– Nie najlepiej. Dziś rano widziałam w Norwood prawdziwe cacko, ale właściciele wyprowadzają się dopiero pierwszego kwietnia.
– Pilnuj wiec tego.
– Nie, dzięki. Spotkamy się?
– Nie mogę. Naprawdę muszę posprzątać.
– Widzisz? Zmieniasz się. Te czary w Stepford zaczynają działać.
Murzynka w pomarańczowym szaliku i sztucznym, pasiastym futrze stała w bibliotece przy stoliku z palcem na książkach. Spojrzała na Joannę i kiwnęła głową niemalże z uśmiechem. Joanna zrewanżowała się kiwnięciem i również niemalże się uśmiechnęła. Murzynka odwróciła wzrok w kierunku pustego krzesła za biurkiem bibliotekarki i półek z książkami za nim. Była wysoka, o czekoladowej cerze, krótko ostrzyżonych, kruczoczarnych włosach i wielkich, ciemnych oczach, trochę egzotycznych. Miała około trzydziestki.
Joanna w drodze do biurka zdjęła rękawiczki i wyciągnęła z kieszeni kartę biblioteczną. Spojrzała na nazwisko pani Austrian, stojące na biurku, a następnie na długie, szczupłe palce Murzynki, stojącej parę metrów dalej. Pod palcami leżały książki: Ścięta głowa Iris Murdoch, a pod spodem jeszcze dwie, łącznie z Magiem, Joanna spojrzała na kartę. Mają odłożyć dla niej Poza wolnością i dumą aż do 11 grudnia. Chciała powiedzieć coś miłego i przyjaznego. Ta kobieta jest zapewne żoną albo córką w tej murzyńskiej rodzinie, w której wspomniała Mistrzyni Ceremonii Powitalnej. Joanna nie chciała uchodzić za zbyt liberalną. Czy powiedziałaby coś, gdyby to nie była Murzynka? Zapewne tak, w takiej sytuacji jak ta.
– Mogłybyśmy stąd wynieść wszystkie książki, gdybyśmy tylko chciały – powiedziała Murzynka. Joanna uśmiechnęła się.
– Chyba tak powinnyśmy zrobić, żeby nauczyć ją pilnowania miejsca – powiedziała, kiwając głową w stronę biurka.
– Czy zawsze tu tak pusto?
– Jeszcze w takim stanie tego miejsca nie widziałam – odpowiedziała Joanna. – Tyle, że przychodzę tu zwykle w soboty i popołudniami.
– Jest pani w Stepford nowa?
– Mieszkam tu od trzech miesięcy.
– A ja od trzech dni – powiedziała Murzynka.
– Mam nadzieję, że spodoba się tu pani.
– Z pewnością. Joanna wyciągnęła rękę.
– Nazywam się Joanna Eberhart – powiedziała z uśmiechem.
– Ruthanne Hendry.
Joanna przechyliła głowę, mrużąc oczy.
– Znam skądś to nazwisko, gdzieś je widziałam. Kobieta uśmiechnęła się. – Ma pani jakieś małe dzieci? – spytała.
Joanna skinęła zmieszana.
– Napisałam książeczkę dla dzieci, Penny na plan – powiedziała. – Mają ją tu, sprawdziłam w katalogu.
– Oczywiście, wypożyczyłam ją dla Kim dwa tygodnie temu! Bardzo jej się podobała! Mnie też. Dobrze znaleźć książkę, w której dziewczynka oprócz herbatki dla lalek rzeczywiście coś robi.
– Dyskretna propaganda – powiedziała z uśmiechem Ruthanne Handry.
– I sama pani robiła do niej ilustracje. Są świetne!
– Dziękuję.
– Pisze pani następną? Ruthanne Hendry kiwnęła głową.
– Mam już pomysł, ale zacznę nad nią pracować, jak się tu zadomowimy.
– Przepraszam bardzo – powiedziała pani Austrian, która właśnie wyszła kulejąc z małego pokoiku.
– Jest tu tak cicho z rana, że… – zatrzymała się, zamrugała oczami i dalej szła utykając -…pracuję w biurze. Będę musiała zainstalować tu wreszcie jeden z dzwonków, które klient może przycisnąć, by mnie wezwać. Witam, pani Eberhart.- Uśmiechnęła się do Joanny i do Ruthanne Handry.
– Dzień dobry – odpowiedziała Joanna. – A tu ma pani jedną ze swoich autorek książek dla dzieci. Jest autorką książeczki Penny ma plan. To Ruthanne Hendry.
– Ach tak? – pani Austrian ciężko usiadła na krześle, przytrzymując je tłustymi, różowymi rękami.
– To bardzo popularna książeczka – powiedziała. – Mamy dwa egzemplarze i oba są ciągle w czytaniu.
– Podoba mi się ta biblioteka – powiedziała Ruthanne Hendry. – Mogę się do niej zapisać?
– A mieszka pani w Stepford?
– Tak, właśnie się tu przeprowadziłam.
– A więc witamy – powiedziała pani Austrian. Otworzyła szufladę, wyciągnęła białą kartę i położyła obok sterty książek.
W Centrum Handlowym, przy prawie pustym barku, Ruthanne mieszała kawę i patrząc na Joannę powiedziała:
– Powiedz mi coś, ale szczerze: czy był duży sprzeciw, gdy kupowaliśmy tu dom?
– Nic o tym nie słyszałam – odparła Joanna.
– To nie jest miasto, w którym ludzie się buntują czy sprzeciwiają. Nie ma tu nawet miejsca, w którym można by się spotkać, poza Stowarzyszeniem Mężczyzn.
– Oni są w porządku. – powiedziała Ruthanne.
– Royal tam jutro wstępuje. Ale chodzi mi o tutejsze kobiety.
– To nie ma nic wspólnego z kolorem skóry, uwierz mi. One są takie dla każdego. Nie mają czasu nawet na kawę, zgadza się? Przykute do pracy domowej.
Ruthanne kiwnęła głową.
– Jeśli chodzi o mnie, to mi nie przeszkadza, jestem samowystarczalna, inaczej w ogóle bym się nie przeprowadzała, ale…
Joanna opowiedziała jej o kobietach, żyjących w Stepford i o tym, jak Bobbie zamierzała wyprowadzić się stąd, by nie upodobnić się do nich.
Ruthanne uśmiechnęła się.
– Nic nie jest w stanie uczynić ze mnie kury domowej – powiedziała. – A jeśli one takie są, to dobrze, martwiłam się tylko o te dziewczynki.
Miała dwie córeczki w wieku czterech i sześciu lat. Jej mąż, Royal, był kierownikiem Wydziału Socjologii w jednym z uniwersytetów w mieście. Joanna opowiedziała jej o Walterze, Pete i Kim oraz o fotografowaniu. Wymieniły numery telefonów.
– Odkąd pracuję nad nową książeczką, prowadzę pustelniczy tryb życia, ale zadzwonię do ciebie za jakiś czas.
– Ja zadzwonię do ciebie – powiedziała Joanna. – Jeśli będziesz zajęta, to mi po prostu powiesz. Chcę, żebyś poznała Bobbie. Jestem pewna, że się polubicie.
Kiedy szły do swoich samochodów, a zostawiły je przed biblioteką, Joanna zauważyła Dale'a Cobę, który patrzył na nią z daleka. Stał, trzymając na rękach baranka, obok mężczyzn ustawiających szopkę wigilijną w pobliżu willi Towarzystwa Historycznego. Kiwnęła mu głową, a on trzymając baranka, który wyglądał całkiem naturalnie, odkłonił się z uśmiechem.
Powiedziała Ruthanne, kim był i zapytała, czy wiedziała, że Ike Mazzard mieszka w Stepford.
– Kto?
– Ike Mazzard. Ilustrator czasopism.
Ruthanne nigdy o nim nie słyszała, a Joanna poczuła się już stara albo za bardzo biała.
Ib, że Adam spędzał u nich weekend, miało swoje dobre i złe strony. W sobotę trójka dzieci grzecznie się bawiła w domu i na dworze. W niedzielę, kiedy Walter zarezerwował sobie cały salon na oglądanie meczu (po tym jak tydzień wcześniej poszedł z dziećmi na sanki), a na dworze był duży mróz, chłopcy bawili się w żołnierzy w fortecy zrobionej z przykrytego kocem stołu, potem byli odkrywcami w piwnicy (Joanna przeganiała ich z ciemni), w końcu – załogą ze “Star Treku" w pokoju Pete'a. I tak się dziwnie składało, że za każdym razem mieli wspólnego wroga, którego nazwali Kim-Jest-Głupia.