– Zrobi mi pani przysługę? – zapytała Joanna. – Jesteśmy poważnymi reflektantami, a jutro będę wiedziała na pewno. Mogłaby się pani dowiedzieć, jaka jest ostateczna cena i dać mi natychmiast znać.
– Wkrótce się do pani zgłoszę – powiedziała pani Kirgassa. – Nie wie pani, czy pani Markowe już coś znalazła? Umówiła się ze mną na dzisiaj i nie przyjechała.
– Zmieniła zdanie, nie przeprowadza się. Ale ja tak.
Zadzwoniła do Bucka Raymonda, pośrednika sprzedaży nieruchomości, który pomógł im znaleźć dom w Stepford.
– Gdybyśmy na przykład jutro wystawili dom na sprzedaż, czy szybko byśmy znaleźli nabywcę? – zapytała.
– Bez wątpienia tak – powiedział Buck. – TU jest stałe zapotrzebowanie na domy i jestem pewien, że mogą państwo dostać za niego cenę, jaką zapłacili, a może nawet więcej. Nie jest w nim pani szczęśliwa?
– Nie – odpowiedziała.
– Przykro mi to słyszeć. Mam go wystawić na sprzedaż? Jest tu małżeństwo, które by…
– Nie, jeszcze nie teraz – powiedziała. – Dam panu znać jutro.
– Chwileczkę, zaczekaj – powiedział Walter, gestykulując uspokajająco rękami.
– Nie – powiedziała kręcąc głową. – Nie. Cokolwiek to jest, zaczyna działać po czterech miesiącach. To znaczy, że mam tylko miesiąc albo i mniej. Sprowadziliśmy się tu czwartego września.
– Na miłość Boską, Joanno…
– Charmaine sprowadziła się tu w lipcu. Zmieniła się w listopadzie. Bobbie przyjechała w sierpniu, a teraz mamy grudzień.
Odwróciła się i odeszła od niego. Kran nad zlewem był nieszczelny. Uderzyła go mocno i przestało kapać.
– Dostałaś przecież list z Departamentu Zdrowia – powiedział Walter.
– Bzdura, jak mówi Bobbie. – spojrzała mu prosto w twarz. – Coś tu jest, musi być. Pójdź i sam zobacz, dobrze? – powiedziała. – Biust ma wypięty aż dotąd, biodra tak ściśnięte pasem, jakby ich w ogóle nie miała! A dom jest jak w reklamach, taki jak domy Carol, Donny i Kit Sundersen!
– Musiała go tak czy inaczej posprzątać. Było tam jak w chlewie.
– Ona się zmieniła! Już nawet nie mówi tak jak kiedyś, nie myśli tak samo. A ja nie zamierzam czekać na swoją kolej!
– Nie będziemy…
Kim weszła z patia z zaczerwienioną buzią, w kapturze obszytym futerkiem.
– Wracaj na dwór, Kim – powiedział Walter.
– Potrzebujemy coś do jedzenia – powiedziała Kim. – Idziemy na wycieczkę.
Joanna podeszła do słoja z ciasteczkami, otworzyła go i wyciągnęła kilka.
– Masz – powiedziała, wkładając ciasteczka do rączek w rękawiczkach. – Nie odchodźcie daleko, robi się ciemno.
– A możemy dostać Oreosy?
– Nie ma już! No, idź.
Kim wyszła, a Walter zamknął drzwi.
Joanna strząsnęła z dłoni okruszki po ciastkach.
– Tamten dom jest ładniejszy od tego – powiedziała. – I możemy go kupić za cenę tego. Tak powiedział Buck Raymond.
– r- Nigdzie się nie przeprowadzamy – powiedział Walter.
– Przecież zgodziłeś się!
– W lecie, nie…
– W lecie nie będę już sobą!
– Joanno…
– Czy ty tego nie rozumiesz? To się stanie w styczniu!
– Nic ci się nie stanie!
– To samo powiedziałam Bobbie! Śmiałam się, że pije wodę z butelek. Podszedł bliżej do niej.
– Nie ma nic w wodzie ani też w powietrzu – powiedział. – Zmieniły się dokładnie z tych powodów, jakie ci podały: zdały sobie sprawę z tego, jakie były nieporządne i leniwe. Najwyższy czas, żeby Bobbie zaczęła dbać o swój wygląd. Ty też mogłabyś od czasu do czasu zajrzeć do lustra.
Spojrzała na niego, a on odwrócił wzrok, czerwieniąc się i znów na nią spojrzał.
– Naprawdę – powiedział. – Jesteś bardzo ładną kobietą, ale nie dbasz o siebie, chyba że jest jakaś specjalna okazja.
Odwrócił się od niej, podszedł do kuchenki i zaczaj kręcić kurkiem raz w jedną, raz w drugą stronę.
Spojrzała na niego.
– Wiesz, co zrobimy? – powiedział.
– Chcesz, żebym się zmieniła? – zapytała.
– Oczywiście, że nie, nie wygłupiaj się – odwrócił się.
– Czy tego chcesz? Chcesz mieć wyfiokowaną, szczebioczącą kurę domową?
– Powiedziałem tylko, że…
– To dlatego przeprowadziliśmy się tu, a nie gdzie indziej? Czy ktoś dał ci cynk, że jeżeli tu przywieziesz żonę, to w ciągu czterech miesięcy się zmieni, bo tu jest coś w powietrzu?
– W powietrzu nic nie ma, a jedyny cynk, jaki dostałem, to taki, że są tu dobre szkoły i niskie podatki. Poczekaj, spróbuję spojrzeć na wszystko z twojego punktu widzenia i postaram się to jakoś ocenić. Chcesz się wyprowadzać, bo boisz się, że możesz się “zmienić". Wydaje mi się, że trochę przesadzasz i histeryzujesz. W obecnej sytuacji przeprowadzka byłaby niepotrzebnym obciążeniem dla wszystkich, a w szczególności dla dzieci. – Zatrzymał się, by złapać oddech.
– Dobrze, zróbmy w ten sposób – powiedział. – Rozmawiaj z Alanem Hollingsworthem, a jeśli powie, że jesteś…
– Z kim?
– Alanem Hollingsworthem – powiedział, unikając jej wzroku. – Jest psychiatrą. No, wiesz… – Znów spojrzał na nią. – Jeśli nie powie, że przechodzisz przez jakiś…
– Nie potrzebuję psychiatry. A nawet jeżeli, to z pewnością nie zechcę Alana Hollignswortha. Widziałam jego żonę na spotkaniu Komitetu Rodzicielskiego. Jest jedną z nich. Na pewno powie, że jestem niezrównoważona psychicznie.
– To znajdź kogoś innego. Kogo zechcesz. Jeśli nie przechodzisz jakiegoś… Jeśli nie masz jakichś urojeń czy czegoś w tym stylu, przeprowadzimy się, jak tylko będzie można. Zobaczę jutro ten dom, a nawet może dam zadatek.
– Nie potrzebują psychiatry – powiedziała. – Chcę wyjechać ze Stepford.
– Uspokój się, Joanno. Wydaje mi się, że jestem sprawiedliwy. Każesz nam przechodzić przez kolejny poważny przewrót w życiu, a wydaje mi się, że jesteś nam wszystkim, a głównie sobie, winna logiczne rozpatrzenie i przemyślenie sprawy.
Spojrzała na niego.
– No i co? – spytał.
Nie odezwała się. Spojrzała na niego.
– No i co? – powtórzył. – Czy nie mówię rozsądnie?
– Bobbie zmieniła się, kiedy była sama z Da-ve'em, a Charmaine zmieniła się, kiedy była sama z Edem.
Odwrócił wzrok, kręcąc głową.
– Czy taki sam los spotka mnie? Kiedy zrobimy sobie ten weekend tylko we dwoje?
– To był twój pomysł – powiedział.
– A gdybym nie zaproponowała, to czy ty byś zaproponował?
– Czy zdajesz sobie sprawę, co mówisz? Chcę, żebyś przemyślała to, co ci powiedziałem. Nie możesz tak bez namysłu rozbijać naszego życia. To nierozsądne. – Odwrócił się i wyszedł z kuchni.
Stała z ręką przy czole i zamkniętymi oczyma. Pozostała tak przez chwilę, a potem opuściła rękę, otworzyła oczy i potrząsnęła głową. Podeszła do lodówki, otworzyła i wyciągnęła przykrytą miskę i mięso w folii.
Siedział przy biurku, pisząc coś w żółtym bloczku. Z popielniczki unosiła się w kierunku lampy smużka dymu. Spojrzał na nią i zdjął okulary.
– W porządku – powiedziała. – Porozmawiam z kimś, ale będzie to kobieta.
– Dobrze. To dobry pomysł.
– A ty jutro wpłacisz zadatek na dom?
– Tak, chyba, żeby coś z nim było nie w porządku.
– Nie będzie. To dobry dom, ma tylko sześć lat i czystą hipotekę.
– Dobrze – powiedział. Stała przyglądając mu się.
– Czy chciałbyś, żebym się zmieniła?
– Nie. Chciałbym tylko, żebyś od czasu do czasu używała szminki. To niewielka zmiana. A i ja chciałbym się zmienić, na przykład stracić parę kilogramów.