I raz dwa ona wszystko ma gotowe, cały plan, ja jestem tu tylko najemnikiem od robienia niższych czynności, nie wymagających umysłu, ja zmywam garki, ja przymykam drzwi od kibla, gdzie Andżela rzyga. Natasza przegląda, co jest w szafach, tę bluzkę, Silny, trzeba wyrzucić, ja nie wiem, co twoja matka ma na ten temat do powiedzenia, ale ja bym w tym do piwnicy nie wyszła. Po czym na wykładzinie znajduje pocztówkę Andżeli od koleżanki ze Szczecina, co Andżela w pośpiechu umykając wczoraj przed moją kurwicą, porzuciła gdzieś koło tapczana i głośno, z trudem czyta. O kurde – mówi – co to za pizda to napisała, świetnie się bawię, przebywam dużo na świeżym powietrzu, ładna pogoda słońce. Ognisko. Ja pierdolę. Silny, ty ją znasz? To jest pewnie jakaś bogata pizda, co do sanatorium pojechała leczyć odciski, nie wiesz, czy by się dało z tego wykręcić jakiś ha je? Rozumiesz? Ale nic na serio brutalnego z krwią. Najlepiej list z pogróżkami. Profesjonalnym szablonem do pogróżek zrobionym. Twój bracki powinien mieć gdzieś u siebie taki szablon. Jeden list o tym, że niedługo zginie. Drugi o tym, że niedługo jej dzieci zginą. A trzeci, że już nie żyje, że już jest w grobie. Chyba, że da pieniądze. Ale kurde wiesz, z czym jest grubszy sztapel? Że ona ze Szczecina jest. To to by dłużej potrwało w czasie, a nam jest ta kąska potrzebna dzisiaj, na Dzień Bez Ruska. Inaczej jesteśmy tu nikim, zero pozycji. To ten Sztorm nam zostaje tylko do wychujania, nie ma przebacz, on wygrał to koło fortuny, już się nie wywinie. A wtedy, Silny, ty i ja, zaprowadzimy w tym mieście taki porządek, że się ani Ruski, ani nasi nie spostrzegą, jak zostaną bez kasy. Zrobimy tu nowy ustrój, jeszcze dzisiaj. Wszystko, co kto ma, telefony komórkowe, portfele, klucze od domów, piloty do samochodów, na środek rynku.
Wtedy ona mnie denerwuje. Obie mnie denerwują. Ciągną mojego spida, robią zamieszki. Jedna rzyga, druga mnie zagaduje, i ja się pytam, co to jest, dwuosobowy związek psychicznej eksterminacji Andrzeja Robakoskiego? Są siebie warte, powinny się nawzajem ożenić i byłby koniec pierdolenia od rzeczy, dwoje żeńsko-żeńskich dzieci wojny, jakaś firma zajmująca się spidem i panadolem, rzyganie kamieniami, Natasza by się zajęła wymuszeniami, Andżela by szyła jak dzień długi czarne makatki. A mój numer na telefon komórkowy niech zapomną.
Weź, Natasza, zamknij pizdę teraz, bo coś chcę ci zaproponować korzystnie, wiesz? – mówię trochę wkurwiony. Uważaj teraz. Jak chcesz, to sprzedam ci Andżelę. Powaga. Na niewolnika. Jest miła. Jest towarzyska. Umie mówić wiersze. Będzie ci z nią dobrze. Będzie ci dupkę podcierać, będzie za ciebie gryźć jedzenie, jak będziesz miała chęć, to wyrzyga ci, czego sobie zażyczysz. Kamień. Spid w woreczku. Kwas. Palenie. Co tylko będziesz chciała, co tylko powiesz. Pozna cię ze Zdzisławem Sztormem. Będzie za ciebie przybijać twą pieczątkę. Będzie twoją sekretarką.
Natasza już nie marzy, patrzy na mnie, jak na głupiego. Nie, dupa, mówi. Chyba całkiem ci odpierdoliło już. Dupa i koniec, nie idę na to. Mnie na taką lewą transakcję nie weźmiesz. Co jak co. Handel żywym trupem handlem żywym trupem. Ale że niby jak ja się z nią urządzę. Z kasą jest krucho, a to jest i karma, i szczepienia, i wychodzenia na spacer, myślisz, że mnie na to skusisz? Sprowadziłeś ją tu sobie z niewiadomokąd, z piekła chyba, to teraz się w to baw, a mnie na żadne takie szemrane interesy nie naciągniesz. Choć powiem ci tak. Z tego by się dało wysępić jakiś hajc, ale bym musiała zagadać z Wargasem. On by może coś pomyślał, lecz to by był grubszy sztapel ze sprowadzaniem jej na Zachód i tak dalej.
Jak chcesz, mówię do Nataszy i idę do ubikacji, bo jednak przyzwyczaiłem się dość do Andżeli, do tego, że ona żyje i jest żywa, a sytuacja tak, że ona by, załóżmy, umarła, jest dla mnie nie do pomyślenia. Więc idę do ubikacji. Andżela żyje. W tradycyjnej pozie wisi przez kibel i zwraca, co tam miała wewnątrz. Po wczoraj musiało tego niewiele zostać. Jest to pozornie organiczne, białe, tylko jeden pojedynczy żwirek pływa w sedesie i poznaję w nim żwirek ze ścieżki przed domem. Reszta – nie wiem co. Wapno do wapnowania, kreda szkolna, farba podpita w chwilach nieuwagi robotnikom.
Już wszystko wporzo? – mówię do niej, szturchając ją nogą. Ona żyje. Patrzy na mnie wzrokiem opalanej nad kuchenką kury. Ja dalej do niej: wiesz co, Andżela? Ty tak masz zawsze? Wiesz, z tym rzyganiem. Bo nie wiem czy wiesz. Ale kiedyś to się może źle skończyć. Ty tu sobie niby wszystko w porządku, spokojnie rzygasz, ale w pewnym momencie okazuje się, że wyrzygałaś swój żołądek. Albo przykładowo wywinęłaś się na podszewkę. Ciebie to kręci?
Andżela obciera sobie usta i patrzy na mnie w ten sposób, że zastanawiam się, czy nie było jeszcze ostrzej i nie zwróciła rdzenia kręgowego wraz z mózgiem. Po czym ostatecznie zamyka oczy. Biorę ją pod pachy. Mogłaby wrócić Izabela i chcąc się załatwić, potknęłaby się o Andżelę, to by od razu był płacz i zgrzytanie zębami o bałagan w domu. Wołam Nataszę. Natasza bierze ją za nogi. Do twojego brackiego do pokoju ją weźmiemy na izbę wytrzeźwień, decyduje. No to niesiemy. Kładziemy na leżankę. Natasza podnosi Andżeli rękę. Kęka opada. Natasza siada jej z całej pety na brzuch. To zaraz jakiś bulgot, ja krzyczę: no uważaj kurwa!, ale na szczęście to tylko biała bańka wylatuje Andżeli z ust i zaraz pęka.
Ja nie wiem, skąd ty ją, Silny, wzięłeś, ale jedno jestem pewna. To jest wadliwy egzemplarz – mówi Natasza. Nawet na Zachód jej nie wezmą, chyba że na części zamienne. I to całe flaki wytną jako uszkodzone, że zysk z tego będzie żaden.
Ja wtedy trochę dostaję nerwów.
Ona zgłupiała do reszty? – krzyczę, bo to już mnie doprowadza do ostateczności, do zupełnej utraty równowagi umysłowej. Zgłupiała całkiem do reszty? Czy ona chce mi koniecznie problemy zrobić? Suki na chatę sprowadzić? Przecież jak czasem, to ten dom skrzypi, taki jest pełen amfy. Przecież on jest wytynkowany amfą. A ta idiotka sobie tu seanse samobójcze urządza, myśli sobie, że tu i teraz można bezpiecznie wyłączyć komputer, proszę uprzejmie, przytułek dla samobójców, dom pobytu dziennego dla denatów, państwo z niedrogą eutanazją sobie znalazła, ona sobie raz wreszcie powinna pomyśleć poważnie i uzmysłowić, jaka jest umowa, że w tym domu może być, owszem, ale tylko żywa najwyżej, a jak chce sobie samobój strzelać, to gdzie indziej. Za furtką, ale ani milimetra bliżej.
Natasza w tym czasie, gdy ja mam to załamanie, tą histerię, ze znudzoną miną przeprowadza na Andżeli eksperymenty naukowe. Zagląda jej do ust, trochę się krzywiąc, maca jej po zębach, co sobie potem rękę wyciera o spodnie. Grzebie jej w kieszeniach spodni, grzebie jej w torebce i wywleka jakieś papiery, szpargały, jakieś kartki.
Weź się uspokój, bo jak dobrze pójdzie, to jeszcze zrobimy na niej jakąś kaskę mówi do mnie. Jedno papierzysko to ksero dyplomu z obozu wędrownego w Bieszczadach za zajęcie drugiego miejsca w biegu na orientację. To Natasza od razu drze, podarte wtyka Andżeli do kieszeni i mówi: jak się ta wymokła księżniczka zbudzi ze swego wiecznego snu, to pomyśli, że ostro się wkurwiła i sama sobie podarła. Wtedy jeszcze wysmarkane dwie chusteczki, co wyciera nimi Andżeli usta z pyłu i tego białego jadu, i również wtyka do kieszeni i na koniec jakiś większy halun, listy jakieś. Myślę tak sobie, co za idiotka z tej Andżeli, żeby najpierw nosić niewysłane listy w torebce, a potem dostawać zgona przy Nataszy, zero instynktu samozachowczego, naprawdę.
Lecz co się już stało, to się już nie odstanie, Natasza rozdziera zębami koperty i leci do dużego, co ja lecę za nią, siadam na tapczanie i zaglądam jej przez ramię. Natasza czyta głośno i z trudem pierwszy list. Tam jest napisane tak. Szanowni państwo, droga dyrekcjo. Głośno i stanowczo wnoszę protest i sprzeciw przeciwko powstawaniu w Polsce ogrodów zoologicznych oraz cyrków. Głośno postuluję uwolnienie z nich zwierząt i ich ekstradycję ojczystym krajom. Głośno postuluję uwolnienie nieletnich dzieci od obowiązku zwiedzania w ramach wycieczek czy to szkolnych, czy niedzielnych, tych miejsc kaźni, okrucieństwa, niezawinionego cierpienia. Moim mottem jest w życiu: chcesz, by twoje dziecko zobaczyło ból, zaprowadź je do cyrku. Jestem uczennicą trzeciej klasy liceum ekonomicznego. Moim hobby są między innymi zwierzęta. Razem z przyjaciółmi założyłam organizację animacji ekologicznej, której jestem przewodniczącą. Nie grozimy, lecz ostrzegamy. Z poważaniem uczennica klasy trzeciej liceum ekonomicznego numer dwa, Andżelika Kosz, łat siedemnaście.