Выбрать главу

I wtedy ona mówi pochyłą czcionką. Dużo słów, co nie wszystkie jestem w stanie ogarnąć, zrozumieć, czy mają sens oraz rym. Ona mówi do nas tak, patrząc raz to na mnie, raz to na Nataszę: oto epitafium dla zmarniałego człowieka, twoje bezwładne ręce milczą w kieszeniach. Jeśli chcesz wiedzieć, nigdy nas nie było. Jeśli chcesz wiedzieć, teraz też nas nie ma. To jest minuta ciszy po nas. I jeśli nawet się kochamy, to tylko oddzielnie. Jesteś tak bardzo egoistyczny, że sam siebie tylko bierzesz.

Świetne – mówi Natasza i z uznaniem kręci głową, i jeszcze mnie szturcha, bym coś pochwalił od siebie – ale mu żeś napisała, to był pedał zwykły przecież, skurwiały impotent. Jakbym miała taki talent, to też bym tak napisała, taki sam identyczny jak twój wiersz. Lolowi. I bym podpisała inaczej. Blokus Natasza. Nienawidzę cię, trzepiący się dewiancie, nie będę z tobą. Ale do rzeczy. Teraz jakiś sztapel o zwierzętach i w drogę.

O zwierzętach? – mówi z frustracją Andżela i chwilę się zastanawia. O zwierzętach nic nie mam, chyba, że o zlepionym kołtunie skrzydeł, jest to smutne i można to podciągnąć pod kategorię ptaki. Odnośnie tych skrzydeł właśnie zlepionych, jest to bardzo smutne.

Patrzymy z Natasza po sobie niczym komisja do spraw konkursu o zwierzętach, co myślisz, Silny? – mówi ona. Ja myślę tyle, żeby sobie stąd już poszły, bo chce mi się żreć, a te tu siedzą i rozprawiają o literaturze. Ale tego przecież nie mówię, że to myślę. Ja nic nie myślę – wyznaję, wstając. Na mój gust jest dobrze, szczególnie możesz podkreślić, że to do Roberta. To Sztorma powinno do reszty rozkleić w sprawie tej ekologii, bo to jego syn.

Okej, to idziemy – mówi Natasza i chwyta Andżeli torebkę.

Ale gdzie idziemy? – pyta nagle Andżela z przestrachem, spoglądając na swą torebkę i sukienkę czarną w białe kropki. Natasza wtedy widać, iż wytrzymuje resztkami sił.

Do zoo na protestację antypolityczną, wiesz? Oddajcie zwierzęta z powrotem. Zostawcie nasze żubry. Uwolnijcie dozorców.

Poczym łapie Andżelę pod ramię i ciągnie ją do drzwi. Ja drepczę za nimi, bo chce mi się sikać. Stop – odwraca się wtem do mnie Natasza – a ty dokąd? Ja stoję i nie wiem, co na to powiedzieć, bo niby że co, sikać już zabronione?

Ty nigdzie, Silny, nie idziesz – mówi do mnie Natasza – ty już dzisiaj swoje pięć minut zaspidowałeś, ty już masz dość. Początkowo miało być inaczej w planie, ale teraz też jest inaczej, jak widzisz. Andżela ze mną, a ty w domu zostajesz. Opierz się, oczyść z tych jelit, żebyś wyglądał jak przyzwoity człowiek i podczas festynu sobie zarwał jakąś przyzwoitą dupę bez okresu, co ci na spida zarobi. My idziemy, tyle, do widzenia do zobaczenia.

Arleta pijana i ujarana dość, obnośny handel śmiechem. Maszyna do mszczenia dokumentów, cokolwiek do Arlety powiesz, za chwilę w rezultacie wylatuje z niej ustami w postaci śmiechu, w postaci strzępów, papierzysk, śmieci, konfetti i sypie się w powietrze. Automat do gier, zamiast oczu dwa małe neony mrugające spod przerośniętych od jarania powiek, dwie małe lampki rowerowe na dynamo. W kurtce z wężowej skóry, w chmurze z brokatu.

Pyta się mnie, czy chcę od niej jedną fajkę. Mówię, że jak ruskie, to ja dziękuję bardzo, umywam od takiego interesu ręce, bo nie chcę się wtopić w jakąś rusofilię. Ona na to mówi, że ruskich nigdy nie paliła, kto jak kto, owszem Lewy, owszem Barman, ale ona jako Arleta nigdy z Ruskami nie miała wiele wspólnego, praktycznie nic, prócz paru razów dawno i nieprawda, jak była pijana i poza tym kilka lat temu, jak jeszcze nie chujali tak polskiego przemysłu płytowego, nie rozkradali polskiego piasku.

Więc jak mi daje carmeny, to choć bez banderoli, to biorę, bo co mi innego zostało, jak nie zapalić.

Wtedy palimy, nic nie mówimy. Dzień Bez Ruska, festyn, szczęk i skurcz w mikrofonach, tańczy zespół Biedronki i bardziej młodzieżowy Fantastic Dance. Dym z grilla doszczętnie pokrył miasto, ofiara z kiełbasy, żeberek i chrzęści zwierzęcych złożona bogom w imię zwycięstwa z zaborcami. Swąd pełznie ulicami wokół amfiteatru miejskiego i brudzi na tę część budynków, co miała niby być biała. Co więc teraz jesteśmy państwem flagi szaro-czerwonej, brudny orzeł na czerwonym tle w okopconej koronie. Andżeli by się nie spodobało, choć nie wiem, gdzie ona teraz jest, pewnie zdejmuje majtki. Definitywny wzrost zawartości czadu w powietrzu naturalnym, kiełbasa matka jej zwyczajna poddana całopaleniu, wszędzie śmierć, wszędzie zbrodnia, poćwiartowane zwierzęta, gdyby mogły, to by krzyczały, ale już nie mogą, już im usta skonfiskowano i zapakowano w inną paczkę. Krtań cielęca, ucho, oko, zmielone, zapakowane w paczki po dwadzieścia deka, następnej zimy wyrosną czarne przebiśniegi, następnej zimy w całym mieście pogasną światła i wszystko po ciemku. Popkultura sadzi na scenie swe fałszywe rośliny, sztuczne gerbery, sztuczne palmy, atrapy kwiatów doniczkowych bezpośrednio w nieurodzajnej blasze, w wacie szklanej. Lecą fajerwerki, lecą papierki od cukierków, lecą ulotki, pękają bańki mydlane, przewracają się pokale na stołach.

I niebo jest jak w dzień ostatecznej apokalipsy, ciemne, obwisłe, że gdyby chciało mi się wyciągnąć rękę do góry, to bym to wszystko rozwalił, szwy by poszły i cała konstrukcja by zjebała się na miasto, łącznie ze wszystkimi filiami. Z czyścem i całym zapleczem produkcyjnym. Taką mam myśl. A parasole opatrzone informacją „Coca-Cola” są niczym biało-czerwone rośliny liściaste wołające o pomstę do nieba, wywinięte na lewą stronę. I plastikowe sztućce plastikowe talerze frunące przez amfiteatr miejski w tym samym kierunku co dym, niczym osobny wiatr.

Wtem Arleta mówi do mnie tak. Że jak jej postawię dużą kole i frytki, to mi coś powie, co wie na pewno na sto procent. Ja zastanawiam się, czy się opłaca robić z taką degeneratką interes. Mówię jej, że co najwyżej mała koła i to na samo, że tyle mogę jej postawić. Ona mówi na to, że to jest informacja za kilo spida i kurczaka z rożna, ale ona mi spuszcza, bo jestem jej dobrym kolegą, przyjacielem, dawnym chłopakiem jej przyjaciółki, dawniejszym również jej samej chłopakiem, co wiadomo całą sytuację zmienia i ona mi to powie po znajomości za kole i frytki. To ja mówię, żeby ona mi powiedziała, a wtedy ja wycenie, ile ta informacja była rzeczywiście warta. No to ona mówi, że okej, ale żebym się nie zdziwił i nabrał dużo świeżego powietrza, co bym się nie podusił. Otóż dzisiejsze wybory najsympatyczniejszej dziewczyny Dnia Bez Ruska o osiemnastej wygra Magda.

Ja spokój. Niewzruszenie całkowite. Że niby co z tego, że Magda. Kto to jest w ogóle ta Magda? Może ją kiedyś znałem, a może nie znałem jej wcale. Może miałem z nią kiedyś jakieś punkty zbieżne, a teraz już nie mam, bo wszystko skreślone, z tą suką, jebniętą miss, co ją nieraz widziałem w takich sytuacjach, w samych rajstopach, w połamanych paznokciach, jak wylizuje me kieszenie ze śladów po woreczkach spida, jak podciąga majtki, jak ogląda telewizję, rzygając sobie w suknię, bo program z typu reality show tak ją wciągnął, że nie może się oderwać i iść po miskę. Że gdyby mieli teraz to pokazać na projektorze, to to by był super-brutalny film tylko dla szczególnie dorosłych o szególnie mocnych nerwach, bo co słabszym mogłyby doszczętnie popękać do krwi i kości.

I co z tego? – pytam niby, że obojętnie, żeby nie pokazać żadnego wrażenia po sobie i jak najmniej jej postawić z czystej złośliwości. Bo to jest Arleta i jak jej kupię kole, to potem zjawi się zaraz Magda i powie: daj popić. A to się jej przecież tak stać nie może, gdyż to jest koła ode mnie. Gdyż to jest zatruta fałszywa, czarna koła za pieniądze moje i mej matki, i jak Magda przyjdzie i powie: daj łyka, to to ją otruje, to jej zaszkodzi, tą koła szemraną śmierdzącą moimi pieniędzmi ona się zakrztusi, zachłyśnie i zaplami sobie suknię swe piękną i nikt jej na żadną miss nie weźmie. I na Zachód robić kariery sekretarki, robić kariery aktorki nie pojedzie, gdyż takich kaszlących nikt przez granicę nie przepuszcza, bo roznoszą zarazki, choróbska, które w Unii Europejskiej nie mają prawa bytu.