I już się robi dość gorąco, gdyż kilka osób potraciło od mojego ciosu swe kupione świeżo jedzenie, co pieni się teraz w błocie, parując. I teraz Arletko, choć patrzysz na nie łakomie, nie będzie, nie będzie jedzenia, teraz zaraz oni wezmą i cię zabiją, i nie dość, że zero koli i frytek, nie dość, że nic ci nie dadzą, to jeszcze w ramach rekompensaty wywleką ci ze środka resztki tego, co tam zjadłaś, tę frytkę wygrzebaną zmiędzy szczebli. Bo ja ci mówię do widzenia, choć się już pewnie teraz nie zobaczymy więcej, przynajmniej z twojej strony.
I idę spokojnie. W kierunku tam, gdzie myślę ją znaleźć. Rozglądam się. Biało-czerwone lody kręcone. Polskie lalki w strojach narodowych mazurskich i innych. Dziesięć zeta – dziesięć strzałów z wiatrówki do wyciętego z bristolu Ruska. Gdyby były strzały do Magdy, to bym zapłacił. Pizd – i odpada jej but. Pizd – i odpada jej noga. Pizd – i odpada jej dupka. I tyle mi starczy, niech tak zostanie, Magda bez dupki nie może nikomu dawać, i tak niech zostanie, więcej się nad nią bym nie znęcał, nawet może bym ją taką właśnie przygarnął, przyjął do siebie.
Idę. Całkowicie spokojnie. Krok za krokiem. Pierw muszę popychać motłoch, a później już on sam wie, gdzie jego miejsce i w popłochu kuli się pod bandami przede mną, ustępuje z drogi. Piski tratowanych, sukienki darte o płot, przewracające się bandy, kiełbasa lecąca w błoto. Twarze zupełnie zaskoczone gapiące się we mnie. Ja idę. Spokojnie. Bo wiem, co mam robić i nikt mi teraz nie przyjdzie i nie powie, Silny, Silny, uspokój się, wszystko będzie dobrze. Nikt mi nie zatknie papierosa w usta i powie: zapal, zapal, Silny, to ci przejdzie, nie przejmuj się Magdą, ona taka jest. Sam wyjmuję papierosa, podpalam, chociaż jest wiatr. A jak wyjmuję zapałki, to odsuwają się jeszcze dalej, wstrzymują oddech, bo się boją, że im to wszystko podpalę. Że im podpalę te kobiety w ciąży, ich wydęte przez wiatr błoniaste spódnice, te garnitury wymięte, wózki pełne dzieci niczym jakiegoś produktu ubocznego, ich watę cukrową na patykach. Lecz ja tego nie robię, bo mi się nie chce. Sam wiem, co mam robić.
I kiedy tak idę i już wyczajam, gdzie są kulisy, garderoby, napotykam Kacpra. Kacpra. Co jest zupełnie nie na miejscu, gdyż od kilku dni go nie widziałem. W dodatku jest z jakąś dziewczyną, co jej wcześniej nie widziałem.
Kacper ma oczy wydęte na wierzch od amfy, wypolerowane i błyszczące się jak gałki od meblościanki, wykonując nadprogramową ilość ruchów. Mówię, czy nie przedstawi mi swej koleżanki, bo gdzieś ją już chyba widziałem. Ona wtedy mówi: Ala i podaje rękę ze złotym pierścionkiem, co od razu zauważam. Studiuje ekonomię – mówi Kacper i kładzie jej rękę na tyłku, co dziwię się, że się nie spuścił z satysfakcji. Ona łagodnie, lecz stanowczo zdejmuje jego rękę i mówi: ale jednocześnie kończę kurs dla sekretarek z językiem niemieckim. Po tym kursie będę mogła pracować wszędzie, w kancelariach, w sekretariatach.
Wtedy nie mam czasu nawet przyjrzeć jej się dokładniej, bo Kacper mówi do mnie, że gdzie niby idę. Ja mówię, niby obojętnie, że tak sobie idę, po Magdę. Wtedy widzę, że on się trochę nagle denerwuje, patrzy na wszystkie strony, wyjmuje papierosa. Na co ona, ta Ala, kładzie mu rękę na paczce i patrzy mu w oczy jakby przybyła tu z odległego Monaru ratować moralnie ofiary nikotyny. Wtedy on, widać, że zupełnie wkurwiony, ale gestem psa chowa tą paczkę do kieszeni i mówi:
Chodź, Silny, gdzieś z nami, napijemy się czegoś, to pogadamy o tym i owym, powiem ci, jak jest z Magdą.
Ta panienka wtedy od razu staje na baczność jak popieszczona prądem i mówi: co to, to nie, Kacper, w takim wypadku ja wracam do domu. I jest jakby występowała w akademii szkolnej odnośnie zgubnego wpływu alkoholu i papierosów na kondycję i uprawianie sportu.
Wtedy Kacper jak gdyby mięknie, rozkleja się, ale robi dobrą minę, że niby wszystko w porządku i że on też niby występuje w tej akademii.
Ja mówię wypijemy, to nie mówię: najebiemy się, to znaczy upijemy się, tylko mówię jedno piwo w szklance zero koma dwa.
A ta dziewczyna na to zastanawia się, co teraz miała powiedzieć, co teraz było w scenariuszu i wreszcie przypomina sobie i mówi: ale Kacper, wiesz przecież, że tak się zawsze mówi, że to jest oszukiwanie samego siebie, moralna zasłona dymna. Wiesz, jaka jest między nami umowa i jeśli traktujesz mnie poważnie, to powinieneś ją respektować.
Kacper patrzy na mnie przepraszająco i mówi z udręką:
Silny chodź na kole – poczym gdy dziewczyna odwraca głowę za jakimś lecącym ptakiem czy balonem, on czyni do mnie dramatyczne gesty rąk i oczu, istny teatrzyk, z którego przesłania wynika, że dziewczyna jest niedawalska i ogólnie oporna. Ale kiedy już zwracamy się w stronę sprzedaży napojów, to ona pozwala mu się chwycić za mały palec u ręki i Kacper pokazuje mi oczami, że może jeszcze będą z niej normalni ludzie, z tej Ali, że może coś się z niej uda wydusić, jakieś przyjemności.
No to idziemy. Jest to pozornie wbrew memu planowi, wbrew moim ówczesnym zamiarom, ale myślę, że jak trochę się napiję, to cały ten mój plan nabierze jakby wyrazistszych linii, które wszystkie zmierzają do garderoby, za kulisy. Okej. Kacper kupuje dla siebie małą kole, dla tej niby Ali małą wodę mineralną, a dla mnie bro. Okej. Siedzimy. On cały chodzi, jakby wciągnął choćby jedną kropeczkę spida więcej, to by wybuchł na kawałeczki. Szyje nogą. Spogląda raz na Alę, raz to na mnie. Ala mówi, że musi teraz wyjść do toalety i patrzy wymownie na Kacpra, co by pod jej nieobecność nie wypił całej koli przypadkiem, nie wdał w bójkę. Patrzymy, jak idzie w kierunku kibla. Jest z nią tak: przede wszystkim golf. Włosy szare, myszate, spięte na czubku spinką z napisem zakopane 1999. Na szyi złoty łańcuszek z krzyżem wyciągnięty na golf, co już wcześniej zauważyłem. Potem tak: spodnie od garnituru lub garsonki, zwężane na dół plus sandały ortopedyczne. Jest to dziewczyna typu kura. Posprzątnie, ugotuje, nawróci na katolicyzm. Lecz nie dla Kacpra, tego mi nikt nie wmówi. Ona jeszcze zanim otworzy drzwiczki od toi-toia spogląda z niepokojem, a Kacper do niej macha porozumiewawczo ręką. A jak ona tylko zamyka drzwiczki, to on zaraz zaczyna klepać się po kieszeniach z nadmierną zapalczywością, wywleka woreczek i sypie na oko sobie do szklanki, co rozsypuje połowę, bo mu ręce chodzą. Poczym pije łapczywie do dna, resztki ściera ręką i wylizuje z palców. Poczym zaczyna udawać, że niby, że nic, nic się nie stało, łokcie na stół, ręce na kołdrę, wiatr wiał, ale przestał wiać, deszcz padał, ale przestał padać, luz, spokój, nic się nie zmieniło, końca świata nie było.