Выбрать главу

I wtedy ja zaczynam przeczuwać porażkę. Gdyż w całej sytuacji ogarnia mnie bezsilność, wewnętrzny opornik mówi mi stop, czerwone światło, ręce precz od garnka. Nie tykaj, bo się poparzysz, nie tykaj bo się zarazisz. Nie używaj tych samych ręczników, nie siadaj na tej samej desce w kiblu, przed użyciem przeczytaj ulotkę. I gdy ona tak siedzi obok, czyści sobie rąbkiem bluzki typu golf swe okulary, chuchnąwszy pieczołowicie w oba szkła, ja myślę doszczętnie opadły z sił jak się do tego wszystkiego zabrać. Ona siedzi dość blisko i ja powinienem mieć reakcję na to inną, tymczasem ze strony dżordża jest dół, apatia, dżordż nawet nie chce spojrzeć w tamte stronę, udaje, że śpi, a naprawdę wręcz drży i węszy, gdzie by tu uciec przed przeznaczeniem, w którą nogawkę. Przeznaczenie jego natomiast też również jest skutecznie zduszane kurczowo między dwoma udami, nieczynne i pogaszone światła.

Ona natomiast nagle się rozkręca, nie wiadomo dlaczego akurat w moim temacie, czym jestem zamiast być zadowolonym, zniesmaczony.

Co uważasz o polityce, o tej całej wojnie polsko-ruskiej? – ona mówi z bliska patrząc mi w oczy. Zauważam niezwłocznie, iż ma chorowite żółte zęby. Ja nie chcę tak od razu z nią popadać w konflikty zbrojne na tematy narodowe czy nienarodowe, więc przebiegle pytam, co ona w tym temacie sądzi. Ona mówi tak:

Mój tata, który jest bardzo rozważny, zresztą dzięki czemu za komuny zawsze mieliśmy i różne wędliny, duży wybór różnych gatunków mięsa, środków piorących, mówi, iż nie należy w tej sprawie głośno mieć żadnych wiążących opinii. I ma tutaj rację. Ponieważ teraz wszyscy są nagle ważni, demonstracyjnie wypowiadają swoje zdania, a potem już tacy mądrzy nie będą. I tutaj ma rację. Jak więc ktoś cię zapyta, za kim jesteś, dobrze ci radzę, Andrzej, powstrzymaj się od ostentacyjnego uważania czegokolwiek. Bo na tym się można przejechać. Czy ty traktujesz mnie poważnie? – pyta ona nagle patrząc mi na usta.

A czemu pytasz? – mówię nieco przerażony, gdyż chcę, by już zeszła ze mnie, by już wyjść, bez punktów, ale zdrowy na umyśle, tuż za drzwiami otrzepać się z resztek jej piór, włosów, dać Izabeli do wyczyszczenia dżinsy z trocin mokrą gąbką.

Ona na to tak: dlaczego pytam i dlaczego pytam. Przecież wiadomo, że nie dlatego, by się tobie jakoś przypochlebić. Po prostu myślałam, że pojedziemy za kilka dni do mojej siostry do szpitala rejonowego. Ona właśnie urodziła, są już w końcu z Markiem prawie rok po ślubie i weselu, na którym było bardzo przyjemnie, bardzo przyjemna atmosfera. Leży na oddziale, bo Patryczek złapał prawdopodobnie żółtaczkę. Nie wiadomo, do jasnej i ciasnej, skąd. Mama podejrzewa, że to wina lekarzy, którzy są niekompetentni, nie mają dobrej woli względem pacjenta. Czasami nawet przez to ludzie umierają, zabici przez lekarzy, którzy właśnie powinni im. tym pacjentom, najbardziej pomagać, przecież to jakiś absurd, paradoks. Poza tym na powszechną skalę tak zwane łapówkarstwo, lekarze nie mają za grosz lojalności, za grosz motywacji do wykonywania swojego zawodu. Można przeczytać o tym w bieżącej prasie, w tygodnikach, usłyszeć w programach telewizyjnych, po prostu wszędzie.

Ja milczę i postępuję tak, by jak najmniejszą powierzchnią się z nią stykać. Czuję się całoliniowo przegrany, minus dziesięć punktów i dyskretny rzucik z jej śliny na mojej twarzy, gdy do mnie mówiła. Sandał ortopedyczny odbity na mojej twarzy. Ciężkozbrojna armia cofa się w panice do najgłębszego wnętrza spodni. Całkowity odwrót, całkowity popłoch.

Tak więc już wtedy robię się mało rozmowny, gdyż lędźwie dostały już cynk, że nie jest to ten adres, co trzeba i żadnego przedłużania gatunku nie będzie. Dżordż również chce już iść z tej imprezy, bo wie, iż nie będzie ani konkursów, ani gier sprawnościowych. Więc biorę i przesuwam się nieco dalej w kierunku zasłon, co by ona sobie za wiele przypadkiem nie wyobrażała, że chcę z nią zostać przyjaciółmi. Co staram się, by nie była o tę moją emigrację obrażona, a co ona chyba jednak jest. No to od razu staram się całą sytuację jakoś zatuszować, by się nie czuła specjalnie urażona i by nie było, że nie mamy tematów na rozmowę i do siebie ostentacyjnie milczymy. Więc pytam się, czy słyszała jej siostra o takiej chorobie zatrucie ciążowe. Ona mówi, że owszem tak, że jest to dokuczliwa dolegliwość kobiet w stanie ciężarnym.

Wtedy ja wstaję z wersalki. Idę kawałek w stronę okna. Potem idę kawałek w stronę drzwi. Gdyż jestem na skraju wytrzymałości i ostrzegam, iż jeśli za chwilę nie dostanę albo jakiegoś bro, lub też choć kropeczkę spida, lub choćby kostkę Rubikę do pokręcenia, to me nerwy zaczną najpierw puszczać oczka, potem pójdą się jebać i nie odpowiadam za to, co się stanie jeszcze potem. Gdyby ona mi choć włączyła komputer pasjansa pająka lub choćby kalkulator mi dała do ręki, co bym mógł obliczyć te tysiące i setki punktów, o które przez jej niedorzeczność, przez ogólnie zjebany charakter jej osoby, jestem do tyłu. Bo jest to liczba prawdopodobnie nieskończona, której co jak co, ale w pamięci się policzyć nie da. Chwilę myślę o tym, co by teraz było, gdyby Bóg miał choć za grosz przyzwoitości, uczciwości. Bo gdyby tak było, a nie inaczej, gdyby choć odrobinę dobrej woli, choć odrobinę logiki włożył do tego scenariusza, to teraz ja bym miał Magdę, gdyż ona od samego początku została kupiona w prezencie dla mnie. Ale nie. Nawet w pozornie uczciwym Królestwie Bożym korupcja, konfederacja, kopanie leżących, tuszowanie przed policją bagażnika od golfa pełnego spida. Nawet tam prywata, jawne wspieranie dilerstwa i prostytucji, eksportu dziewcząt polskich na Zachód. Sam Bóg pozuje na takiego niby wielkiego lewaka, wszystkim po równo, ani więcej, ani mniej, tyle samo. A jak mnie nie walnie po łapie, oddawaj, Andrzej, Magdę, pobaw się teraz czym innym, teraz damy Magdę Kacperkowi. A potem jeszcze Lewemu, niech się pobawi czymś normalnym, za dużo czasu spędza przecież ten chłopak przed komputerem, przecież to mu szkodzi na postawę, skoliozę. A ty Andrzejek nie martw się, oddadzą ci ją, prawda chłopaki? Słowo Boga trzy palce na sercu. Ty się teraz pobaw Alą, ona jest trochę nie tego, że tak powiem, nieczynna i popsuta, ale to nie znaczy, że nie da się nią pobawić, chcieć znaczy móc.

Fakju, tak to ja się nie bawię – mówię pod nosem i patrzę do góry. Lecz to nie jest nawet żadne niebo, to jest sufit obłażący z tynku, i to nie jest lalka nawet chętna do zabawy, tylko zmarła przedwcześnie prezenterka telewizyjna, co w dodatku ubrała okulary w złotej oprawce i przegląda czasopisma, ślini sobie palec.

By chociaż ona mi ten kalkulator dała, co już podkreślałem. Bym choć przez chwilę miał jakąś rozrywkę, dodawanie, odejmowanie, pierw wszystkie cyfry od lewej do prawej, wtedy od prawej do lewej, a na końcu mnożenie. Wszystko bym obliczył. Odnośnie Magdy. Jej wzrost. Jej wiek. Długość jej włosów. Długość jej domniemanego życia. Kąt nachylenia Kacpra względem niej. Ilość spida we krwi. Procent jej satysfakcji. Zapewne niski. Zapewne ujemny. Szybkość, z jaką przybliża się armia ruska do miasta. Ilość sprzedanej kiełbasy. Wszystko bym policzył, gdyby mi ona dała kalkulator.

Ale ona nie. Ona siedzi, gapi się trochę we mnie, a drugą ręką poprawia sobie coś w zębach. I nawet jej nie przejdzie przez głowę, iż zaraz już nie. Iż oto waży się los jej kończynek przyklejonych na okno, oraz szyb w jej meblościance, iż to zaraz wszystko podpalę włącznie z jej włosami, które zresztą obetnę, oraz sam własnymi nogami podepczę na miazgę. W końcu mówię tak. Gdyż to już nie są przelewki: sratatata, co o mnie sądzisz, Andrzej, czy jestem ładna, czy jestem brzydka, czy ona jest taka jak ja. Gdyż ja jestem z natury dobry, ale chodzący przytułek Caritas też nie jestem, by wysłuchiwać antykoncepcyjnych pogadanek z poradników domowych i nawet nic z tego nie mieć, żadnej przyjemności, tylko melodramat i melorecytaeję, i długie rozmowy o sztuce, poezji i obronie życia poczętego przy zachodzie słońca.