Wtedy ona popłakuje, siorbie nosem, pyta, czy mam chusteczki.
Nie płacz, masz tak piękne oczy, ja na to mówię. Lecz gdy ona je podnosi raptem znad biurka, wtem error, zwarcie, nie te hasło, nie te napięcie, wybuch, porwane instalacje. Gdyż wtem nagle dochodzi do mnie w przerażeniu, iż choćbym nawet bardzo chciał, to bym jej nigdy nie mógł puknąć, całkowity zakaz, czerwone światło plus wibrujący brzęczyk, kontakt grozi śmiercią. Lecz dlaczego. Gdyż wtem jest to odczucie rodem z mego snu dawnego, co dobrze pamiętam, ale tu nie będę mówił, powiem tylko, iż w rolach głównych ja i mój bracki, lecz w tym miejscu twarze są zamazane i głosy komputerowo zmodyfikowane, gdyż to grubsza czysto psychiatryczna iberacja od normy, zboczenie nie w tę stronę co trzeba, jakieś chore filmy dżordża lecące ze złej jakości taśmy, jakiś podświadomy hard porno thriller odwijający się przez sen ze szpulek. Jednym słowem kazirodcza perwercha zaczyniona we wzajemnym łonie rodzinnym na rodzinnym tapczanie. Zbudziłem się wtedy w przerażeniu, w rozpaczy i cały dzień z niesmaku na mego brackiego nie mogłem spojrzeć, iż ja i on, wiadomo. I zarówno właśnie teraz mam podobne odczucie przerażenia i chęci ucieczki przed tą dziewczyną, gdyż gwałtem nabieram przekonania, że ona jestem moją jakąś genetyczną być może siostrą lub matką, choć raptem może jej nigdy nawet nie spotkałem. Bo co jak co, lubię różne kobiety i dziewczyny, ale totalnie tak zboczony nie jestem, by postulować współżycie wewnątrzrodzinne. A już szczególnie, biorąc pod uwagę jej wygląd, pedofilię.
A ona również wygląda na tym wystraszoną. Weź mi daj spokój, Silny – mówi zniesmaczona, poczym zaraz się poprawia – to znaczy Andrzej.
Lecz ja już wszystko słyszałem, co powiedziała, powiedziała „Silny”, co pogłębia moją paranoję. Gdyż jeśli to są jakieś utajone tortury, mające wydobyć ze mnie skryte proruskie kompleksy Edypa, to ja się poddaję i ona, jak chce, może z góry wszędzie wpisać: tak, tak, tak, byleby tylko już mnie zostawiła, możesz już iść, Robakoski, ja tu wszystko za ciebie wpiszę sama, jak mi pasuje, ale za to ty jesteś zwolniony, koniec z wkręcaniem ci tego chorego filmu i drożdżówka na drogę.
Lecz ona nie.
Ostatecznie nie jest mi tu aż tak źle – ona wzdycha, wolną ręką wskazując na swe zrujnowane księstwo zaciągniętych żaluzji i pozdychanych kwiatów, księstwo praktycznie bez okien, w którym jest jedna pora dnia: noc, i jedna pora roku: listopad, a dziwne, iż z sufitu się nie sypie brzydka pogoda, grad ze śniegiem i że ona tu nie siedzi w płaszczu zaciągniętym na twarz. Wiesz, nie jest źle, mam od niedawna własne krzesło – ona mówi – własną maszynę do pisania…
Co jest pewnie dalszy ciąg niby to zwierzeń, ale mających ujawnić moje proruskie zapatrywania nienarodowe antypatriotyczne
Bo ja niby miałam iść na studia – ona ciągnie. Na polonistykę, bo wiesz, zawsze byłam dobra z polskiego, z gramatyki. Najbardziej lubiłam rozbiór gramatyczny zdania. Poza tym pisałam wiersze, różne utwory. Niektórzy nawet moi przyjaciele i znajomi twierdzili, że ładne, że mogłabym nawet z nimi wygrać niejeden konkurs. Bo wiesz. Miałam talent, umiałam i użyć odpowiednio podmiotu lirycznego, i epitetu gdzie trzeba. I im się to niby podobało, ale jednocześnie słyszałam opinie, że widać wpływ frazy Świetlickiego przetworzonej przez Dąbroskiego…, sam rozumiesz, jak to wtedy przeżyłam, ja myślałam, że piszę o swych odczuciach, a okazało się, że piszę o odczuciach, które Świetlicki i Dąbroski już mieli. I tak to wygląda, co tu dużo opowiadać. Wtedy nie zdałam matury i wszystko runęło, mama mi tu załatwiła po znajomości posadę. Tak to wszystko wygląda.
Ty mi tu za dużo nie pierdol – ja mówię, bo ja powoli tracę cierpliwość dla tych jej dwulicowych zwierzeń, dla tych jej fałszywych, pośpiesznie składanych mi na pohybel zeznań, co je zmyśla na poczekaniu, bym być może też coś od siebie powiedział „nie martw się, Dorotka, moje życie też nie jest łatwe, odeszłem od dziewczyny, wdałem się w rozboje, grubsze kłopoty z sukami, bo w głębi duszy to mam na domu położone ruskie panele, a mój bracki diluje amfą, nie mówiąc nic o matce, co mówiąc między nami robi przekręty na imporcie kafelków” i tak dalej, od słowa do słowa, ta suka by sobie niby nigdy nic klepała w tą swą maszynę, butem przyduszała pedał, a w rezultacie by wyszło na jaw, że jestem ugotowany na wyrok pięć lat w zawiasach na dożywocie i zsyłkę. Choć taka niby miła, otwarta, z wyglądu trzynaście lat, a będzie jaz tylko młodsza, aż zniknie. Niby by nawet pozbierała okruchy ze stołu i mi dała, niby by mi nawet powróżyła przyszłość z fusów od zgnitej herbaty, gdzie hoduje zwierzęta niewidzialne, ale skuteczne. Taką ona udaje moją wielką przyjaciółkę, od razu jesteśmy na ty, mimo iż ona ma maks trzynaście lat, to od razu jesteśmy na ty, od razu ona nie wiadomo skąd zna moją ksywę.
A nawet, jeśli tak nie jest, jak myślę i ona mnie tak po chamsku nie zrobi i mnie nie zakapuje, to zawsze ona może wziąć i mnie opisać w jakimś swoim utworze, a co jej zależy, z użyciem prawdziwego mego nazwiska i danych osobowych, niech nie wychodzi ten prorusek z domu na miasto do końca życia ze wstydu.
Teraz tak – ja mówię fuli powaga, bo dowcipy i żarty się skończyły, więc popycham nawet oburęcznie biurko dla wywołania u widzów grozy. Skąd znasz mą ksywę? Tylko bez żadnej ścierny.
Na to ona trochę się miesza, trochę nie wie, co powiedzieć. Rozgląda się, gdzie by się tu schować przed moim gniewem, może do szuflady, proszę bardzo, ja i tak ją stamtąd wywlekę ze włosy, jak się dosyć tyle podkurwię. Wtem ona mówi tak.
Skąd znam twoją ksywę? No znam, to się nie da ukryć. I wtedy wyjmuje jakieś teczki, akta, cały burdel, całą swą hodowlę papierzysk, białych ptaszysk gruntownie rozprasowanych na płask, pospinanych w pliki. I zaczyna mi czytać, co ma opanowane biegle mimo wieku ewidentnie dziecięcego. „Andrzej Robakoski, pseudonim „Silny”, nazwisko panieńskie matki Maciak Izabela rozwódka zatrudniona oficjalnie przy promocji artykułów higienicznych Zepter przez Zdzisława Sztorma numer pesel, to nieważne. Widziany w dniu dzisiejszym 15 sierpień 2002 na festynie w amfiteatrze miejskim pod hasłem „Dzień Bez Ruska” z niejaką Arletą Adamek pseudonim „Arleta”, skazaną w zawieszeniu za współudział w pobiciu paragraf numer, to nieważne, w rozprawie z dnia 22 luty 1998, numer seryjny rozprawy jeden trzy osiem trzy jeden jeden, numer seryjny pobicia tysiąc siedemdziesiąt osiem, numer seryjny oskarżenia jaki, to już nieważne. Podejrzewany o doprowadzenie do upadku mieszkańca miasta Adama Witkowskiego i przewrócenie go w błoto, jak również prowokacyjnego zniszczenie jego mienia w postaci kiełbasy zwyczajnej w barwach manifestujących sympatie pronarodowe. Poszkodowany Adam Witkowski zeznaje…”
Dość – mówię, gdyż zaczyna mi się kręcić w głowie. Gdyż również może i w wannie, i nawet moje sny są być może permanentnie inwigilowane. Masz tego więcej? – dodaję słabo.
Wtedy ona wzrusza ramionami, odsuwa jakąś szufladę i wtem ja mówię: ja pierdolę, bo ujawnia się moim oczom jakieś całe wypasione archiwum kagiebe rodem z filmów sensacyjnych USA, gdzie niczym osobne zwierzęta, poprasowane i pospinane, są akta, istne laboratorium, gdzie na masową skalę kwitnie inwigilacja i mentalne ocieractwo.
Lecz nim ona to zdąży zamknąć, to już wchodzi jeden jakiś suk i mówi tak: Masłoska, streszczaj się i do komendanta, on czeka na ciebie, ma zero towarzystwa, jest całkiem o to rozkurwiony. To po pierwsze. Kazał, żebyś się przedtem przyzwoicie uczesała, a ogólnie narzekał na twoje odrosty. A po drugie teraz zostaw tego buca na moment, bo jest taka sprawa, którą komendant nakazał w trybie ściśle pilnym. Podobno jacyś kazachstańscy szpiedzy, co przyjechali na wycieczkę, dostali po pyskach od wracających z festynu – tłumaczy ten suk – lecz dowodów nie ma i zero świadków.