Jasne – ja mówię na koniec w konwencji niby bardziej przyjacielskiej, gdyż generalnie była to dziewczyna miła, uczuciowa, choć na wskroś na wylot chyba pierdolnięta. Póki co jeszcze nic nie jest pewne, czy to nasze solo przeżyję, na razie tu stoję i przykładowo, nim zdążę wyjść, ona mnie może rzucić nożem lub strzałką wyjętą spod biurka. Temu ja nie zadzieram z nią i głośno mówię jej serdeczne życzenia na nową drogę życia, żeby dostała jakieś zupełnie nowe, wypasione literki do maszyny, co dotychczas takie nie istniały.
Czego i ja sobie życzę – wzdycha ona, przekładając papiery – bo już wariuję tutaj. Teraz ostatnio, pomyśl sam, są same sprawy o proruskość, kolaborację z wrogiem, sianie fermentu. Jedna, dosłownie jedna była o usiłowanie wymuszenia amfetaminy, co się ze szczęścia prawie posikałam, że jakieś nowe słowa prócz „proruski”, „antypolski” i „tak” mogę wpisywać. A tak to ciągle jakieś odpiłowanie łańcucha z barierki, jakieś poplamienie flagi, jakiś handel niepolską herbatą, już dostaję dosłownie filmu, że książkę tu o tym piszę.
– No jasne, pisz – mówię jej na koniec – najlepiej wspomnieniową. Pod tytułem „Byłam pierdolnięta”.
I to mówiąc nim ona zdąży mnie za to zabić, co jestem pewien, iż planuje, czmycham z pokoju w trybie fast forward, trzaskam drzwiami. Gdyż muszę się jeszcze wrócić po tą utraconą krótkofalę, co nie popuszczę, a ją odzyskam. Gdyż podobała mi się, fajna to była zabawa.
A jak wybiegam na podwórko przez nikogo nie zatrzymywany, to od razu chcę sprawdzić, czy to, co ona mówiła, to czy aby przypadkiem to nie jest jakaś niby prawda. I ja muszę to sprawdzić, bo inaczej wtem okaże się, iż wszyscy mnie tu ostro chujali. Podbiegam pod mur i wpierw leko w niego pukam puk puk. I istotnie ku memu zszokowaniu rozlega się dźwięk niczym bym nie stukał w mur, tylko bawił się w styropian przy rozpakowywaniu telewizora. Styropian tektura i wata szklana, oto z czego zbudowane jest to miasto, zdawało ci się, Andrzej, mówi moja matka znad kuchenki smażąc kiełbasę, zdawało ci się, że żyjesz, sam się sobie przyśniłeś, miałeś na swój temat sen erotyczny. Przecież nie myślisz chyba, że to się dzieje naprawdę, przecież to miasto jest papierowe, gdyż ja również jestem zrobiona z tektury i jeżdżę do pracy niby samochodem, a jak ty patrzysz przez okno, jak odjeżdżam, to nie kumasz, że to resorak zakupiony w kiosku. Tak tak, Andrzej, łudź się, współpracuj z fotomontażem, co Masłoska wysmażyła na twoje potrzeby, wsadzaj głowę w ten otwór.
A ja już takiego chorego filmu nie zniosę. Nie zniosę. Takiego chamstwa psychicznego, jakie oni na mnie praktykują, nieznani wrogowie zza drugiej strony rzeki, co pociągają w tym całym teatrze za żyłki, przeprowadzają na mnie eksperymenty na zwierzętach, z moich tkanek produkują kremy z elastyną i kolagenem, hodują mnie na buty i torebki. Nie wytrzymam tej niepewności, cały drżę z oburzenia, z rozpaczy. I jak się nie rozpędzę z niejakiej odległości, jak się nie rozbiegnę i nie pierdolnę w tę ścianę, ramieniem, całym ciałem włącznie z głową, jak nie walnę w ten cały interes. A wtedy to już nie wiem, co jest prawda a co jest papier. Znowu rozlega się ciemność.
A dalej już nie było tak lekko, jak to pokazują na animowanych kreskówkach o szmacianym piesku czerwonym w czarną kratkę. Że tralalala, piesek zapierdala po podłodze, pizdnie się w kant szafki i widzi gwiazdki, lajcik, zaraz wstanie, otrzepie się z tego, co mu odpadło i zapieprza dalej, fikając ogonkiem. I że jak on zbije wazon, to spoko, bo wazon zaraz sam się sklei, pan montażysta już zadba, by taśma poleciała do tyłu, wciśnie rev, zanim Ola łamane na Ela wróci ze szkoły i się wkurzy, coś narobił, głuptasku, co za nieporządek, istna stajnia Augiasza, jak mama wróci, to dopiero cię złaja.
Nie ma tak, w tym urządzeniu jest tylko jeden przycisk play, wciśnięty już na wieczność, wrośnięty w obudowę. I film leci. Lecz jednego jestem pewien, ta maszynka się panu popsuła, proszę pana. Jakiś elemencik, jakaś śrubka nie tego, taśma się zerwała i łopocze na wietrze.
Ostatecznie nie chcę być oskarżony, iż jakoby kłamię. Bo każdy powie: tak tak, Silny, do widzenia, idź się leczyć do przychodni rejonowej z mitomanii, a my ci jeszcze założymy kartę stałego pacjenta i za ciebie będziemy składki do ZUS-u płacić. Bo takie rzeczy się nie dzieją, powiedz sam, kto rzyga kamieniami, przez to jest z gruntu niemożliwe. Rozumiem, raz niby Kisiel się napił piwa z kipami, to połknął jeden, a wyrzygał dwa, ale to jest fizycznie możliwe. A natomiast ty tu coś kręcisz, coś ściemniasz grubo, a twój halun jest niewspółwymierny, masz blachy grupo pogięte, halun cynkowski, już nie odróżniasz człowieku, co się dzieje naprawdę od twych omamów. Tak tak, Silny, to wszystko fajnie się opowiada z twojej strony, my cię lubimy, szacunek na osiedlu, ale w to nie wierzymy, co to to nie i bądźmy dorośli.
A ja powiem tak: ja tu nic nikomu udowadniał nie będę. Dupa. Koniec. Przysięgi na flagę biało-czerwoną nie złożę.
Powiem tak wprost: ta noc nieprzebrana zapadła prawdopodobnie uchwałą z dnia 15 sierpień 2002 z okazji mojego zderzenia z murem komendy rejonowej Policji Polskiej Sp. z o. o., co w pełni sobie zdaję z tego sprawę i mówię z góry uczciwie. I to nie są żadne czary mary, palec włożony mi w oko przez dystrybutora krainy Oz na Polskę. To jest utrata przytomności w wersji klasycznej, o czym można przeczytać w każdym poradniku sympatyka PCK. A jeśli jeszcze doliczyć do tego inne naleciałości chemiczne, zatrucie trującym amerykańskim panadolem i niepożądane koreakcje z innymi lekami amfa i nervosol, to logiczne chyba, że nie jest ze mną dobrze, i blacha w mózgu nie tyle pogięta, co złamana na dwie części, i nie żadne tam zwarcie na stykach, Kasia Kowalska bierze spida lecz nie ma spida, tylko ostateczny krach systemu instalacji nerwowych. I biorąc nawet na logikę, to to nie było możliwe, bym po prostu w takich okolicznościach przyrody walnął głową w ten mur i co. Poszedł spać na kilka godzin, obudził się w świetnej formie, rześki i pełen sił na nowy lepszy dzień, i zaczął przestawiać meble.
A powiem jeszcze tak: gdyż zapewne straciłem przytomność, ale to nie jest taka zwykła utrata przytomności, że ciemność, patrzysz w prawo, patrzysz w lewo i nic. Tylko różne sny, haluny ostre i wyraziste, z których nie sposób tak po prostu wyjść, powiedzieć do widzenia i trzasnąć drzwiami. Nie da się. Impreza się kręci, a ty jesteś na tej imprezie, podłączony do sufitu tysiącem kabelków i nie ma odwrotu.
Powiem tylko, że odnośnie tego co powiedziałem wcześniej: był to gruby, naprawdę gruby halun, największy mój halun życia i jeśli wcześniej miewałem złe sny, to nie były one nigdy złe aż w tym stopniu. Zawsze jakieś naczynie połączone z rzeczywistością. A tu słoik pełen haluna zakręcony starannie i UHT.
Więc było tak i mówię to wprost, bez już wielkich teorii, metafor i tłumaczenia trudniejszych wyrazów: fabryka godeł. Facet odkręca orłowi łeb, drugi wyjmuje zawartość, zakręca, trzeci prasuje i dokleja koronę, czwarty przykleja na czerwone tło. Pełna współpraca, wydajność sto godeł na minutę. Odgłosy totalnej rzezi, prasowane orły wrzeszczą ze ścieżki produkcyjnej o pomstę do nieba, zostawcie nas, my się nie zgadzamy. Wtem okazuje się, że to taki film puszczony z rzutnika. Masłoska stoi pod ekranem, macha wskaźnikiem. Jest publiczność. Podwójna, bo odbija się w oknach, więc dwa razy więcej publiczności, coraz to więcej publiczności. Kto to są? – wrzeszczy Masłoska do wzburzonego tłumu, tłukąc wskaźnikiem w ekran. Mor der cy – skanduje rozjuszona publiczność. A co oni robią? Mor du ją. A co czują orły? Gier pie nie. I co jeszcze? Ból!