Выбрать главу

Co, Masłoska, nie jest tak? Teraz jesteś taka mądra, siedzisz sobie i patrzysz, może ci tu jeszcze słońce przynieść i podwiesić pod sufit, i drink z wisienką w rękę? Patrzysz sobie niby, a jak tylko coś, to we wrzask. Mamo, mamo, przynieś łapkę, to się rusza.

A może właśnie jest inaczej? Może to, co tu leży w łóżku, to jest tylko mój przedstawiciel na Polskę, może to tylko taka moja demówka? Może ja też coś czuję, a jak ty sobie nawet nie umiesz tego pojąć, skocz do kiosku po trójwymiarowe okulary i wtedy przyjdź, bo pod plecami ciągnie mi się kilometrami w głąb ziemi zaplecze, kłęby kabli i tranzystorów, nie patrz, bo się utopisz, nie dotykaj, bo zgubisz rękę. Serialnie, gdzie ty żyjesz, dziewczyno, nic nie kumasz, jak chcesz zdać ten cały interes, to weź lepiej kup sobie opracowanie do rzeczywistości plus ściąga do wycinania gratis i wtedy możemy gadać. Wpadniesz tu do mnie, mogę cię nawet odpytać, pytania kontrolne z kserokopią dowodu osobistego. Uważaj, bo pytania są podchwytliwe: tło społeczno-polityczne? Czy wojna polsko-ruska to tylko udokumentowany fakt historyczny czy też zestaw okolicznościowych uprzedzeń? Jak ewoluuje zbiorowa halucynacja względem walk z wyimaginowanym wrogiem – naszkicuj odpowiedni wykres funkcji. Czy to, co trzymasz, to jedynie zwykły długopis? (wytłumacz głośno pojęcie: symbol falliczny). Jaka jest wymowa umieszczonego na nim napisu „Zdzisław Sztorm”? (ustnie wyjaśnij termin: kapitalizm, reklama, spółka akcyjna). Postawy bohaterów na tle ich drogi życiowej, wymień ich cechy charakteru i wyglądu, na czym polega animalizacja postaci? W jakim celu nakreślona wizja śmierci głównego bohatera ziszcza się? (wymień założenia filozofii New Agę, zdefiniuj zwrot: kompozycja klamrowo-cylindryczna). Zadanie na ocenę celującą: przedstaw w postaci wykresu teorię podwójnego dna. A czy i ty masz podwójne dno? Swój sąd uzasadnij. W lokalnej dyskotece spotykasz szatana – co mówisz? Zareaguj spontanicznie na zadaną sytuację.

A teraz cię zatkało, Masłoska. Teraz już jest kurs dla zaawansowanych, a ty zamiast odpowiadać, gapisz się w radar, może język ci wyrwali, nareszcie. Włóż go w pudełko po zapałkach i zakop tu zaraz obok mego łóżka w podłodze, bardzo to przykre, lecz dla mnie jak najbardziej, teraz najwyżej możesz Ruskim pokazać me dane osobowe na migi. Tak bardzo ci współczuję, załóż stowarzyszenie, niech inne takie wariatki też bez języków walczą przeciwko mnie alfabetem Morse'a, jak chcesz to dam ci numer do Andżeli, ona na to pójdzie, ona wskoczy we wrotki i tu będzie w pięć minut.

Masłoska, co ty tak? Co ty taki masz wyraz, co? No nie musisz być chyba od razu na mnie taka ostatecznie zła, no. Nie musisz robić te swoje miny, jak gdyby to była śmiertelna powaga oraz życie i śmierć oddzielone po dwóch stronach talerzyka i wyżęta torebka od herbaty. Ej. Chyba możemy to wszystko pokojowo, nie? Ja będę się nudzić, ty będziesz ziewać, ja założę koszulę, a ty zapniesz spinki, wzajemne ONZ, a nie że od razu wojna i podcinanie sobie żył jedno przez drugie, co? A jak będę umierał, to ci dam cynk, czy pani też umiera? – tak pomyślę żartobliwie, a ty odczytasz to sobie z radaru, co stoi na półce lub po gestach mych dłoni, zobaczysz, jak to będzie fajnie. Jak ci zrobiłem przykrość, to to był tylko żart, a nie, że ty od razu.

Lecz tyle co potem widzę, iż ona patrząc mi się bezczelnie w oczy sięga ręką ku wtyczce. O nie, Masłoska, zostaw to, poparzysz się, to nie są żarty, prąd nie służy do zabawy, prąd plus dziecko równa się nie ma dziecka i dziura po dziecku, no przestań, ja wiem, że to tylko takie foto z wakacji, taki slajd, ja z tobą w muzeum kabli, jesteśmy tak uśmiechnięci, tak razem szczęśliwi, ty ciągniesz za jakąś rurkę, to są fantastyczne wakacje, zaraz nie wytrzymam, zaraz pójdę się z tobą ożenić, bez kitu. Lecz tego już na zdjęciu nie widać, gdyż pada flesz i raptem robi się ciemno.

Właśnie mówimy o śmierci, machając nogą, jedząc orzeszki, chociaż nie mówi się o nieobecnych. To są zaledwie siniaki i zadrapania, które zrobiłyśmy sobie, jeżdżąc na rowerze, ale na naszych nogach wyglądają jak rozlewiska, jak fioletowe morza i zaciekle mówimy o śmierci. I wyobrażamy sobie swój pogrzeb, na którym jesteśmy obecne, stoimy z kwiatami, podsłuchujemy rozmowy i bardziej niż wszyscy płaczemy, nasze mamy trzymamy pod rękę, na pustą trumnę rzucamy ziemię, bo tak naprawdę śmierć nas nie dotyczy, my jesteśmy inne, my kiedy indziej umrzemy albo wcale nie umrzemy. Jesteśmy śmiertelnie poważne, palimy papierosy, zaciągając się tak, że echo odpowiada w całym domu i strzepujemy popiół do pustego pudełka po akwarelkach.

Tymczasem knujemy, na ścianie wydrapujemy wielki plan ucieczki do wnętrza ziemi. I zaczynamy robić przygotowania, ścieramy odciski palców, czyścimy z włosów grzebienie, pakujemy ubrania. Wszystko tak, żeby światu wyrósł na dłoni szósty, martwy palec, żeby mu się pomyliło, pogubił się w rachunkach, żeby zdawało mu się, że nigdy nas nie było. Żeby się powiesić do szafy na wieszaku, wyciągnąć z kieszeni wszystkie monety, zapałki i papierki, i wyjąć się z powrotem dopiero, kiedy będzie już po wszystkim. W międzyczasie nosić inne rzeczy, ciała starych dziewczynek zasuszonych między kartkami książki, twarze anemicznych dzieci.

Wieczko zostało podważone, zawartość napoczęta i wystawiona na to powszechne, mordercze słońce. I staramy się zaciskać powieki, ale skóra zrobiła się przezroczysta i wszystko wyraźnie widzimy, porzucone, pozbawione zawartości ubrania, kilkudniowy zarost pokrywający pokój, wydęte przez wiatr spodnie, puste opakowanie po nas, po nas, która zostałyśmy z niego wyjedzona.

Mówimy kokieteryjnie: proszę, ale zamiast podkopów w podłodze kilka mizernych, bezsilnych zadrapań zrobionych spinką na rękach. Usiadły na nas ćmy i złożyły na rękawie jaja. i teraz jesteśmy chore, opatrunki odchodzą ze skórą, rajstopy odchodzą ze skórą, skóra odchodzi z płaszczem. Jest coraz gorzej, wyplułam mały, czarny pęcherzyk, który Wanda złapała w locie i mamy teraz nagłą wada wzroku, bo wszystko widzimy oblepione naftą, powieszone na drzewach za nogi, cały świat w kołyszących się smętnie na wietrze ozdobach choinkowych.

Zrób coś, już tak nie mogę, wszystko ma kolce, powietrze ma kolce, deszcz wymierza policzki. Włosy wplątały się w szprychy roweru, odchodzą razem z głową, zrób coś, zabierz mnie stąd.

A przez noc wybudowano na nas miasto, wstrętne miasto, wielki śmietnik, śmieciarze stoją i opierając się o kubły, czytają stare, rozpadające się gazety. Mosty, linie kolejowe i telefoniczne, samochody i ciągnące się w nieskończoność ulice, po których krążą śmieciarki, wydzierając ludziom z rąk niedopałki, papierki i chusteczki higieniczne. Obleźli mnie ludzie, podarły im się siatki, chodnikami potoczyły się ziemniaki, jabłka, potłukły się butelki, słońce zachodzi za odłamki szkła i szklarnie.

Był szum, bębny i piszczałki, szepty jak gniecione w dłoniach papiery. Kiedy poruszyłyśmy ręką, wszystko się rozpadło, na twarzy został tylko jeden długi ślad po czyichś sankach. Myślałam, że to już, że już jestem umarła, ale zamiast swojego ciała znalazłam okruszki w załamaniach pościeli.

Mamy tu mnóstwo pamiątek: pocztówki z widokiem na dworzec i paznokcie obgryzione do krwi i mama mówi: nie wiem, czym kierowałaś się, jedząc własne paznokcie, zapasy kończą się, zostały już tylko palce i ręce. Zobaczysz, wyrosną ci niedługo twoje własne dłonie w żołądku, będą cię drapać i ściskać od środka, sama sobie wyrośniesz w żołądku. Jedna dziewczynka jadła swoje włosy i w żołądku wyrósł jej włosowy potwór. Jeden chłopiec zjadł pestkę i całe drzewo w nim wyrosło, przez uszy i przez nos wychodziły mu gałęzie. Jeden chłopiec zjadł czereśnie, popił oranżadą i umarł. A potem: ta siatka nie służy do zabawy. Tyle razy powtarzałam ci: nie wkładaj głowy do siatki! Jedna dziewczynka włożyła głowę do siatki, nie mogła jej wyjąć i się udusiła. Zakaz. ZAKAZ. Zakaz picia alkoholu i uderzania piłką o ścianę szczytową. Zakaz gier i zabaw