Uśmiechamy się do siebie porozumiewawczo: uwaga uwaga uwaga uwaga! szepczemy szyderczo, wszystko grozi wszystkim, życie grozi śmiercią, siedź tu, siedź na dywaniku i nigdzie nie wychodź.
A my, jedząc orzeszki, jesteśmy bardzo poważne, każdego dnia wymierzamy w siebie widelec i umieramy, i każdego ranka jest Mała Niedziela, pełne zawodu zmartwychwstanie. Zacieramy dłonie i rzucamy lśniącą norkę mamy, norkę o smutnych, plastikowych oczkach, kotom na pożarcie, mówiąc: bawcie się razem, no, bawcie się ładnie. Żywi i martwi przekroczyli linię demarkacyjną i zlali się nam w jeden szemrzący tłum, przechodzący w kolumnach i rzędach koło naszych łóżek, patrzymy na wszystkich z zadumą, kiwamy głowami i poprawiamy się na poduszkach. Ale teraz chyba zachorowałyśmy naprawdę, wszystko rozmyło się, fotografie, na których bierzemy do ust cały świat, zostały zalane czarną herbatą. Jest ciągle ten sam, nie kończący się dzień z bielmem na oku. Kurtyna spada co jakiś czas i pomarańczowi robotnicy zmieniają pospiesznie scenografię, gaszą światło, zmieniają pogodę, wpuszczają w niebo atrament. Zdążamy zamknąć oczy i już ustawiają orkiestrę, która tłucze talerze i zgrzyta zębami.
W mętnym świetle wszystko jest coraz bardziej takie samo, kobiety, mężczyźni, dzieci, zwierzęta, zlani w jednolitą masę. I w tej ciemności, w czarnej, gęstej herbacie przestajemy rozróżniać siebie nawzajem, tracimy kształty i coraz bardziej przypominamy ptaki: i babcia wsadza nam palec między żebra albo klepie nas po tyłkach, sprawdza, czy można zrobić na nas rosół albo zabrać nas i sprzedać na rynku. Czyni już pierwsze przygotowania i po cichu nocą opala nam brwi i rzęsy.
Łyżeczka włożona do szklanki, czarna herbata zaczyna wirować, wirować wokół nas, najpierw cichutko i powoli, a potem coraz gwałtowniej, coraz głośniej, zęby szczękają o łyżkę. Światła sypią się na nas jak kryształki pomarańczowego cukru, mały księżyc jest do krwi obgryzionym paznokciem, gałęzie tryskają z nadgarstków, wszystko łączy się, kurz, popiół, stłuczka szklana, ludzie zrastają się ze zwierzętami.
Obie patrzymy coraz bardziej do środka, przewody pozrywały się, bezwładne słuchawki kołyszą się na kablach. Wieje wiatr, cały świat jest wiatrem, deszczem tłukących się szklanek i morzem rozlanej herbaty
Kiedy nikt nie patrzy, zaciekle prujemy te nitki. Cały czas wyczekujemy na ten moment, drżące i niepewne, jakby po bloku krążył ksiądz z kolędą i już było słychać złoconych ministrantów, pobrzękujące dzwoneczki. Czekamy, aż dzwonek zadzwoni, odepną się wszystkie guziki i runiemy bezwładne i bezpańskie w miasto, przez chmury, przez drzewa, zaryjemy głowami w lejący się ulicami asfalt. Utoniemy w pieniącej się rzece jak marzanny, z cegłami uwiązanymi przy szyjach, z kieszeniami pełnymi kamieni, z płonącymi włosami.
Szarpiemy nieśmiało, kiedy nikt nie widzi, robimy drobne, nieznaczne zamachy na te wstrętne pępowiny. A kiedy ktoś patrzy, chowamy narzędzia zbrodni za plecami, nożyczki i nożyki, którymi przed chwilą obierałyśmy pomarańcze.
Wychodzę z domu. Dzień skulony z nieszczęścia, krawędzie tak bardzo podwinięte, że właściwie od rana, od samego rana jest noc. Mama mówi gdzie idziesz, nigdzie nie wychodź, są stada bezpańskich psów na ulicach, nie wychodź. A ja proszę bardzo, nawet jeśli mnie zjedzą, to to są przyzwoite psy i zaraz mnie zwrócą wymiętą pod wszyty w połę płaszcza adres. Pod stopami mam płaską, niewzruszoną twarz miasta. Miasto, wielkie pole minowe, rozwałkowane pode mną jak bezludny, asfaltowy kraj.
Idę bardzo niepewnie, nikogo tu nie ma, wszyscy wiedzą o czymś, o czymś, o czym ja nie wiem, skryli się w bramach. Psy skuliły się w podwórkach, koty czmychnęły do piwnic. Przez miasto dzisiaj idzie prąd, każda płyta chodnika pod wysokim napięciem. Dzisiaj w mieście nie ma powietrza, zamiast powietrza puścili gaz albo środek do dezynsekcji. Zakaz wychodzenia z domu, biała czaszka na czarnym tle. Ludzie stoją struchlali za firanką – zatykając usta płaczącym dzieciom, patrzą z przerażeniem, jak naiwnie idę, jak ufnie łopoczę płaszczem,
Niebo dzisiaj ma pęknąć, runąć deszczem pocisków, kamieni, martwych ryb i ptaków, niebo ma dzisiaj pęknąć. Chodnik pełen jest zapadni, robisz jeden krok w złą stronę i nagle jesteś w piekle, smażysz się w czerwonym tłuszczu, szatani jedzą cię nożami i widelcami, wycierając kąciki ust papierową serwetką. Ja mówię: proszę, możecie mnie wziąć, ja już siebie nie chcę.
Oczywiście nic się nie staje, oczywiście nic z tych rzeczy, nie mogliby mi zrobić takiego świństwa, nie w samym środku tego przyjęcia, nie w samym środku tego filmu, trzeba jeszcze co najmniej przez godzinę zająć telewidzów. Spotykam koleżankę i bardzo mi przykro, że nic nie mogę powiedzieć. Pomaga mi trochę, sklejamy wszystkie papierosy razem i nie muszę już każdego osobno podpalać, chodzę po ulicach, ciągnąc za sobą lont.
I kiedy na słupie znajdujemy ogłoszenie „bardzo ładną bielutką sukienkę do I komunii + torebeczkę tanio sprzedam 677 19 09”, to odrywamy i chcemy natychmiast zadzwonić, chociaż nie przeciśniemy jej nawet przez głowę i nie wyrosną nam gałązki mirty na czole. Możemy najwyżej oderwać kawałek szeleszczącej koronki z plamą od wosku i nosić w portfelu w kieszonce na drobne. Tam już są pogaszone światła, tam jest nieczynne, zajęte, zamknięte, możemy tylko patrzeć przez kratę, jak małe, porośnięte sierścią zło bawi się razem ze wszystkimi na trzepaku, pokazuje fuck you do Boga, ma kolekcję plastikowych pistoletów, wkłada ręce do spodni. Za kratą mieszka zło słodkie i dobre, plączące się koło nóg, domalowujące przechodniom wąsy. Tego nie da się stąd ukraść, małe zło ucieka przed nami na skrzypiącym rowerze, pokazując fuck you, pokazując zepsute zęby, małe zło chowa się w maleńkiej studzience, do której nie mieszczą się nasze wielkie, coraz większe ręce. My musimy korzystać z dużego zła, z prawdziwego zła dla dorosłych, pić alkohol, dotykać mężczyzn, palić papierosy.
A potem nagle się rozmyślamy, na chodniku widziałyśmy dwóch przytulonych chłopców, byli malutcy i syjamscy jak wytaczające się z ogniska kartofelki. Byli zrośnięci szczerbami, zrośnięci ramionami z zapałek, pękatymi brzuszkami, trzymali wielką piłkę, mieli czapki, mieli czerwone rączki, różowe płomyki języczków, które ciągnęli za sobą jak flagi, flagi różowego państwa, królestwa kredek i ten większy śpiewał: lubię cię kolego! Zostawili po sobie smugi, a my oddychałyśmy tym różowym powietrzem i wiedziałyśmy, że to się nie dzieje codziennie. Dwa małe bożki spacerujące chodnikiem, szczerbaci państwo młodzi, w tym miejscu powinno się postawić świątynię i wszystkie wzniesione tu modlitwy, złożone podania, wypowiedziane życzenia zostałyby spełnione. Mały, śmiejący się Bóg by je spełnił, bawiąc się wełnianą brodą, popękane usta posmarowałby kremem nivea, naprawiłby wszystkie zadrapania taśmą klejącą i klejem szkolnym.
I to przychodzi gwałtownie jak zapalone światło, jak tłukąca się szklanka, wracając z parku czujemy, jak śmietnik śmierdzi i nagle bierzemy do rąk zapalniczki, podpalamy ten śmietnik i patrzymy na płomienie, co jak wściekłe pomarańczowe kwiaty zaczynają zakwitać wzdłuż ściany, i głośno się śmiejąc, uciekamy.