Выбрать главу

Odkrycia tego dokonał w kilka miesięcy po swym przybyciu na tak zwaną linię palestyńską, obsługiwaną początkowo przez nasz największy transatlantyk "Polonię", na którym był najpierw starszym oficerem, a potem kapitanem. Po jakimś czasie przyszedł z pomocą "Polonii" drugi nasz transatlantyk "Kościuszko" i oba te statki na przemian co tydzień od wielu miesięcy zjawiały się w Pireusie podczas swego dwutygodniowego rejsu - rozpoczynającego się i kończącego w Konstancy - utrzymując regularną komunikację pomiędzy Istambułem, Jaffą, Haifą, Aleksandrią i Pireusem, do którego właśnie zbliżał się "Kościuszko".

Na sześć rumbów w prawo od kursu widoczna już była stacja pilotowa, za nią pyłem okryte olbrzymie agawy, w których na próżno chciano by się doszukać zieleni. Podobnie było z "wieczną zielenią" wysp Cyklad i Dodekanezu, opisywaną przez starożytnych historyków, a latem w roku 1936 zieleń ta była jeszcze bardziej płowa niż w latach poprzednich. "Kościuszko" zatrzymał się przed stacją pilotową. Po sztormtrapie wdrapał się na pokład pilot.

Od wejścia do portu aż do miejsca, gdzie należało rzucić kotwicę, był szmat drogi. Duże statki pasażerskie przebywały ją w takt marszów wojskowych granych przez rozgłośnię okrętową, z załogami pokładowymi na stacjach manewrowych na dziobie i na rufie. Po dojściu do wyznaczonego miejsca rzucano kotwicę, po czym statek posuwał się wolno wstecz i z rufy podawał liny na nabrzeże. Do komunikacji z lądem służył ponton sięgający od lądu do trapu na rufie. W ten sposób pozostawiano dojście z obu stron statku do port bunkrowych, specjalnych otworów w burcie, przez które ładowano węgiel podwożony przez barki. Oba transatlantyki zaopatrywały się w bunkier w Pireusie. Piękna pogoda i miłe dźwięki znajomych marszów nie zapowiadały wcale czegoś dla "Kościuszki" nowego lub nieoczekiwanego.

Z równowagi wytrącił kapitana i oficerów pilot, który oznajmił niespodziewanie, że statek nie stanie w tym samym miejscu, w jakim stawał od miesięcy, lecz w innym, po przeciwnej stronie basenu. Z mostku zawiadomiono przez telefon o tej niesłychanej, rozum mącącej wieści starszego oficera na dziobie i "drugiego" na rufie: "Staniemy nie w dotychczasowym miejscu, lecz po przeciwnej stronie basenu".

Była to rewolucja. Pilot doskonale zdawał sobie sprawę, jakie wrażenie wywołało jego oświadczenie. Gdy kapitan spytał go o przyczynę takiej decyzji kapitanatu portu, pilot odpowiedział, że kapitan musiał sam się spodziewać czegoś podobnego, mając na pokładzie takiego pasażera.

- Jakiego pasażera? - zdziwił się kapitan.

Pilot uśmiechnął się i wyraził uznanie kapitanowi za taką dyskrecję, dodając iż przyczynę zmiany miejsca kapitan sam wkrótce uzna za najbardziej słuszną. Trzeci oficer, pełniący podczas stacji manewrowych służbę na mostku, nie ustąpił tak łatwo i spytał pilota, kogo miał na myśli, mówiąc "TAKIEGO PASAŻERA". Stary pilot dał grzecznie do zrozumienia "trzeciemu", że nie chce, by ten uważał go za człowieka niespełna rozumu.

Nowe miejsce może być stokroć lepsze od starego, ale w pierwszej chwili nigdy nie wzbudzi na statku entuzjazmu. Skoro od wielu miesięcy, co dwa tygodnie, statek cumowano w jednym miejscu, cała załoga uważała już to miejsce za swoje własne. Jedno odmienne miejsce cumowania zmieniało każdemu ułożony rozkład związany z wyjściem na ląd z wizytami, zakupami i rozrywkami.

Cumowanie w nowym miejscu przeszło w głuchym milczeniu. Widać było zdumienie nawet na twarzach załogi hotelowej, gdy dobrze znajome nabrzeże zostało hen z prawej burty, a "Kościuszko" wciąż jeszcze szedł naprzód.

Najbardziej niezadowolony wydawał się kapitan:

- Nu, wie co? A. Nu, dam ja intendentu, że mnie znów nie powiedział, że jedzi jakiś poważny pasażer, tak jak wówczas nie powiedział o tym, co śpiewał.

Kapitan miał na myśli znanego piosenkarza, który odbył z nami podróż do Palestyny. Tego dnia gdy piosenkarz wszedł na statek, rozgłośnia okrętowa co jakiś czas nadawała nagraną przez niego piosenkę:

Już taki jestem zimny drań

I dobrze mi z tym bez dwóch zdań...

Kapitan, słysząc tę piosenkę kilka razy od rana, kiedy zagrano ją znów przy obiedzie, zdenerwował się i powiedział siedzącemu obok nieznajomemu panu:

- Nu, wie co? A. Nu, nie lubię ja tego "drania". Nu, cały dzień tylko o nim. Nu, drań, da drań. Nu, nigdy w życiu ja takiego słowa u siebie w słowniku swoim nie miałem.

I rzeczywiście kapitan mówił prawdę - używał niekiedy słów znacznie bardziej dosadnych. "Drania" - nigdy.

Z kolacji wrócił kapitan na mostek bardzo rozdrażniony i gdy znów usłyszał tę samą melodię, podzielił się - jak zwykle - swymi kłopotami z oficerami na mostku. Oficerowie szybko wyjaśnili kapitanowi przyczynę, dlaczego ciągle na statku grają Zimnego drania i że właśnie ten pan, któremu kapitan to wszystko powiedział, to jest ten, który ją śpiewa. Był nim Bodo.

- NU, wie co? A. Nu, znaczy ja troszeczku źle powiedziałem jemu. Nu, troszeczku za mocno. Nu, co teraz robić? A.

"Nu, co teraz robić?" - było w tym wypadku niepotrzebnie przez kapitana użyte. Bo wiadomo było, że cała sprawa, jak i podobnych niezliczona ilość, zakończy się w kabinie kapitana na przyjęciu zainteresowanych i na "wieczystej z nimi przyjaźni".

Podczas cumowania kapitan nie przestawał sobie obiecywać, że zrobi intendentowi wymówkę za to, że naraził go na wstyd przed pilotem.

Na wyjaśnienie zagadki tajemniczego pasażera nie trzeba było zbyt długo czekać. Zaledwie skończyły się formalności sanitarno-celne, na statek wszedł nasz cały korpus dyplomatyczny z pobliskich Aten. Kapitana i oficerów łączyła z nimi serdeczna znajomość. Tego dnia wszyscy mieli bardzo uroczysty wyraz twarzy i natychmiast zamknęli się z kapitanem w jego kabinie.

Tymczasem statek - jak zwykle po przybyciu do Pireusu - szykował się do przyjęcia bunkru. Bunkier, czyli paliwo, był płomieniem wiecznych sporów pomiędzy dostawcami w Pireusie i naszymi mechanikami okrętowymi. Za każdym razem przychodziły pod statek te same barki z taką samą ilością węgla i za każdym razem po zakończeniu załadunku rozpoczynały się długie dysputy na temat, ile statek otrzymał węgla. Załoga pokładowa dawno już sprzątnęła nawet ślady pyłu węglowego z pokładów, a w kabinie starszego mechanika wciąż trwały gorące spory. Zbliżał się wieczór, a wraz z nim oznaczona w rozkładzie godzina wyjścia z Pireusu. Wieczorem załoga pokładowa wychodziła na stacje manewrowe w nadziei, że zaraz spory się skończą, ale z mostku co jakiś czas przychodziła telefoniczna wiadomość, że "jeszcze się nie doliczyli".