Выбрать главу

Rozmowę tę przerwał steward, który przyniósł na mostek kawę i ciastka, a widząc malutkiego nawigatora uprzejmie spytał, czy nie zechce może na podwieczorek wypić mleka i zjeść parę ciastek i jakie ciastka ma przynieść.

- Z kremem poproszę - odpowiedział Kazio z czarującym uśmiechem.

Oprócz czwartego oficera, pełniącego służbę razem ze starszym, na mostek przyszedł w sprawach służbowych asystent nawigacyjny, noszący szumny tytuł "szóstego". Kazio natychmiast zwrócił jego uwagę na siebie, wkrótce "szósty" oczarowany malcem zaczął oprowadzać go po mostku i tłumaczyć, w jaki sposób statek płynie.

Po obejrzeniu mostku "szósty" i sternik zaczęli uczyć Kazia sterować. Podczas tej lekcji zjawiła się na mostku najmłodsza Dunka, ta o bursztynowo-chabrowych oczach. Panienka podeszła do starszego oficera i spytała, czy nie widział gdzie małego chłopca ubranego w marynarski mundurek.

- Przyszedł dziś po raz pierwszy do salonu - wyjaśniła - i zginął. Matka jest zrozpaczona.

- To na pewno ten marynarz, który teraz steruje - odpowiedział z uśmiechem starszy oficer, pokazując jej Kazia przy sterze.

- O tak! To ten! - krzyknęła ucieszona dziewczyna.

- Może pan wspólnie z panią odprowadzi Kazia do matki - zwrócił się starszy oficer do swego młodszego kolegi, szóstego oficera - i przeprosi ją w moim imieniu za to, co się stało, ale Kazio zapewnił mnie, że "MAMUSIA ZAWSZE WIE, GDZIE JA JESTEM". Proszę również powiedzieć, że Kazio wypił już szklankę mleka i zjadł dwa ciastka z kremem.

Dunka, "szósty" i Kazio - we trójkę ruszyli do matki Kazia. "Cudowne" odnalezienie się chłopca uczyniło go bohaterem dnia i całej podróży. Kazio stopniowo podbijał serce załogi. Można go było znaleźć w kabinie kapitana, w pralni okrętowej, w kotłowni, u starszego mechanika, jednym słowem - wszędzie.

Zaczęły się upały. Kazio najlepiej lubił przebywać teraz na pokładzie, na którym starali się go zawsze bawić: najmłodsza Dunka i najmłodszy oficer. Trójkę tę stale można było widzieć na pokładzie, ale chłopczyk troszkę się nudził w towarzystwie zajętej sobą pary. Najmłodsza Dunka okazała się jednak nieoceniona i tym razem. Odkryła hobby Kazia. Odkryła w sposób zresztą zupełnie prosty - zapytała zwyczajnie o to KAZIAS-MAMĘ, czyli matkę Kazia, nazwaną tak dzięki wielkiej popularności syna. Okazało się, że Kazio ma hobby równie niecodzienne jak pasjonujące - wbijanie gwoździ młotkiem. Dunka natychmiast powiedziała o tym kapitanowi. Ten zwołał radę okrętową i polecił cieśli wyszukać duży kloc, zaopatrzyć Kazia w młotek i gwoździe. Starszy oficer miał uzyskać od chłopca przyrzeczenie, że będzie wbijał gwoździe wyłącznie w przeznaczony do tego kloc. Czuwać mieli nad nim "szósty" i Dunka (miss Athellia).

Kazio dotrzymywał umowy, ale wszyscy byli przekonani, że statek po przyjściu do Buenos Aires nie będzie miał ani jednego gwoździa w magazynach bosmańskich.

Kazio od rana do zachodu słońca niezmordowanie wbijał do kloca największe gwoździe; po zachodzie ustawał w tej pracy i nudził się. Na szczęście zreperowano aparat filmowy i ogłoszono, iż wieczorem będzie kino na pokładzie. Kazio był pierwszym widzem, który usiadł na ustawionych krzesłach. Film miał się rozpocząć o godzinie ósmej piętnaście, aby mogli zdążyć ci, co zejdą z wachty o ósmej. Minęła jednak oznaczona godzina, a filmu nie rozpoczęto - czekano na kapitana. Kiedy Kazio się o tym dowiedział, ruszył jak błyskawica do saloniku, gdzie grano w brydża. Do końca robra było jeszcze daleko, gdy przed kapitanem stanął Kazio i patrzył na niego spod swych olbrzymich rzęs oczami, w których widać było z trudem hamowany , płacz.

Kapitan spojrzał na niego i zawołał:

- Nu, Kazio? Nu, cóż takiego? Nu cóż się stało? Kazio, patrząc przez zasłonę z łez, wyszeptał:

- Kina nie rozpoczynają.

Przy wszystkich stolikach jak na komendę złożono karty. Kapitan wziął Kazia za rękę i poszli^ na pokład. Kazio usadowił się koło kapitana i film się rozpoczął.

* * *

- Nu, będzł dziś coś niezwykłego. Nu, popamięta pan dzień dzisiejszy. Nu, ja panu mówię - zapewniał starszego oficera kapitan. - Nu, widziałem ja, jak szósty z to najmłodsze  Dunko  rozmawiali, potem palce jakoś trzymali, a potem ręce sobie podali. Nu, coś z tego będzi.

Cały statek wiedział już o tym, że para ta jest zakochana w sobie. Szósty" chodził wymuskany. Pralnia robiła co mogła, żeby bił blask od jego mundurów, na których nie było ani jednego galonu, a tylko przewidziane dla nich miejsce na granatowych naramiennikach. Chwilowo leżała na nich samotnie złota kotwica pełna nadziei na lepszą przyszłość.

"Szósty" czynił nieprawdopodobne postępy w języku angielskim. Doszło do tego, że nawet któregoś dnia zaczął mówić tym językiem do kolegów w mesie.

- Do nas mówisz, a nie do Athellii - przywołano go do rzeczywistości.

- Jak śmiecie tak wymawiać JEJ IMIĘ - wybuchnął "szósty".

W odpowiedzi ten, który wymówił to imię, pokazał mu palcem czoło, zatoczył na nim kółko. "Szósty" odszedł zły.

- Byle nie oszalał przed Buenos Aires - mówiono za nim w mesie.

* * *

Wytworni pasażerowie, tak zwani kabinowi, siedzieli po południu w barze na pokładzie szalupowym, chłodząc się napojami i lodami. Kapitan zabawiał rozmową rodzinę Duńczyków. Kazias-Mama okazała się niemniej czarująca od swego syna, wobec czego starszy oficer i starszy mechanik bawili ją na zabój, ale zapominali o niej, gdy tylko zjawiał się Kazio. Kazio, tego pamiętnego dnia, którego doniosłość przepowiedział kapitan, zostawił swój kloc nabity gwoździami i królował w barze, zaszczycając swą uwagą i rozmową wyłącznie barmana, czym budził zazdrość pozostałych osób. Barman wdzięczny za okazane względy wymyślał dla Kazia specjalne napoje chłodzące. Malec siedział na podłodze, na olbrzymiej arabskiej poduszce (były to tak zwane "puffy", wyrabiane z wytłaczanej kolorowej skóry wyszywanej srebrnymi lub złotymi nićmi) i sączył aromatyczny napój przez słomkę, gdy w barze ukazała się wraz z matką sześcioletnia dziewczynka. Obie damy należały do polskich sfer dyplomatycznych w Brazylii i jechały do Rio de Janeiro.

Na wchodzącą do baru dziewczynkę nikt nie zwrócił uwagi. Mała dama usiłowała dać znać o sobie najpierw głośną rozmową z matką, a gdy to nie poskutkowało, zaczęła tańczyć w takt modnej piosenki nadawanej przez rozgłośnię radiową. Robiła to z takim zapałem i wdziękiem, że wreszcie zaczęto się jej przyglądać.