Do "Klubu Sankilotów" na "Kościuszce" należało kilku ludzi: jeden z kucharzy, palacz, jeden z oficerów nawigacyjnych oraz asystent maszynowy, ten który pełnił właśnie służbę. Z powodu swej wagi asystent był prezesem "Klubu Sankilotów". Z trudem dostał się na wymarzone przez siebie miejsce na statku, z powodu wieku bardzo bliskiego pięćdziesiątki.
Władek z wniebowziętym wyrazem twarzy oznajmił asystentowi-prezesowi, że ma dla niego zajęcie: trzeba włączyć prąd do przewodów z prawej burty na pokładzie spacerowym, koło salonu nad trzecią ładownią.
Ambicją każdego z załogi było niezwracanie się do nikogo o pomoc podczas służby, żeby nie zdradzić się jakąś nieznajomością fachu lub statku. Sankilota, który niedawno stosunkowo przyszedł na "Kościuszkę", nie był bardzo mocny w znajomości sieci elektrycznej, ale nawet mu przez myśl nie przeszło, by zwrócić się o pomoc do elektryka. Jeszcze wolniej od Władka zaczął poruszać się po rozpalonych drabinach maszynowni w kierunku tablicy rozdzielczej. W pomieszczeniu, w którym znajdowała się tablica, nie było nawet czym oddychać. Po sprawdzeniu wyłączników asystent wydostał się z maszyny na "hajcerdek", potem po trapie wszedł na pokład spacerowy i z trudem dowlókł się do miejsca, gdzie wetknięta była w gniazdko wtyczka od "słońca". Sprawdził, czy wtyczka jest dobrze włożona, zszedł po trapie na przedni pokład, nachylił się nad trzecią ładownią i pomiędzy robotnikami odszukał wzrokiem Władka.
- Już! - oświadczył omdlewającym z wysiłku głosem sankilota. Władek przechylił trochę reflektor i zadarł głowę do góry. Uśmiechnięty, wpatrzony w asystenta jak w słońce, oznajmił:
- Nie pali!
Cierpiący wyraz, jaki przyjęła natychmiast twarz sankiloty, był jedyną odpowiedzią na smutną wiadomość usłyszaną od Władka. Asystent wyprostował się i rozpoczął drogę powrotną do tablicy rozdzielczej. Stanął przed nią ciężko oddychając. W oczach robiło mu się to jasno, to ciemno. Kolejno włączał, wyłączał, badał, sprawdzał, a gdy już wszystkie wyłączniki miał wyłączone i włączone ponownie - ruszył na górę. Zaopatrzony w przepisowy potnik, ocierał nim strumienie potu zalewające oczy. Doszedł do gniazdka, sprawdził, czy wtyczka jest dobrze założona, sprawdził jej zamocowanie i zsunął się po trapie na przedni pokład. Gdy nachylił się nad ładownią, ujrzaf wpatrzone w siebie przymrużone oczy Władka.
Sankilota nie miał już siły, by głośniej coś powiedzieć. Dał tylko umowny znak rękami: wszystko w porządku.
Władek nachylił się, podniósł czaszę "słońca" i z rozpromienioną twarzą zawołał:
- Nie pali!
Wzniesione jeszcze do góry ręce sankiloty opadły automatycznie. Patrzącym na niego wydawało się, że coś się w nim załamało. Postał chwilę jeszcze nad ładownią i znów powędrował z powrotem do tablicy rozdzielczej.
Obecni przy tej scenie współczuli asystentowi, że nie może się uporać z takim drobiazgiem. Sternik służbowy przy trapie, litując się nad nim, poradził:
- Zawołaj elektryka!
Sankilota szedł i rozmyślał, że widocznie z powodu upału nie może dać sobie rady z głupimi wyłącznikami. Zdawał sobie sprawę, że stanie się pośmiewiskiem całego statku, jeśli z takim głupstwem nie potrafi się uporać. A wszystkiemu winien ten straszny żar. Migało mu przed oczami - może właśnie nie włączył jednego wyłącznika? Może jest gdzieś inna tablica rozdzielcza na tej linii? Może są dodatkowe bezpieczniki? A może Unia ma połączenie z mostkiem?
"Trzeba będzie to sprawdzić" - myślał. Stanął przed tablicą rozdzielczą. Znów zaczęło mu migać w oczach. Kolejno, systematycznie wyłączał i włączał wszystkie wyłączniki. Sprawdził napięcie i natężenie. Strzałki na woltomierzach oraz amperomierzach wskazywały, że wszystko jest w porządku.
Postanowił sprawdzić, śledząc metr po metrze, przewód prowadzący do gniazdka. Zaglądał do wszystkich pomieszczeń, przez które biegły przewody. W kuchni wydało mu się, że znalazł się w kipiącym kotle. Gubił niekiedy ślad sprawdzanego kabla. Wracał z powrotem, gdy się przekonał o pomyłce i zaczynał od miejsca, gdzie się pomylił.
Drelich palił sankilotę, czuł, że wszędzie już ma odparzeliny. Ogniem piekła go obolała skóra. Dotarł wreszcie do miejsca, w którym przewód wychodził na pokład spacerowy. Nigdzie po drodze nie było żadnego bezpiecznika ani połączenia z mostkiem. Jeszcze raz bardzo uważnie obejrzał wtyczkę. Oczyścił jej nieco zaśniedziałe kontakty, umocował w gniazdku i wspomagany nadzieją znów zsunął się na przedni pokład koło trzeciej ładowni. Przechylił się nad obramowaniem ładowni i zawołał do Władka ostatkiem sił:
- Już!
Władek dał znak ręką, że słyszy ten głos pomimo warkotu wind ładujących kawę. Przechylił "słońce" na bok i z rozjaśnioną twarzą czciciela słońca zawołał:
- Nie pali!
Sankilota, nie zważając na niebezpieczeństwo zwalenia się do ładowni, usiadł na jej obramowaniu. Zrobiło mu się zupełnie czarno przed oczami. Posiedział chwilę, wreszcie dźwignął się z trudem na nogi i powoli zaczął się wspinać po trapie na pokład spacerowy.
Sternik przy trapie znów mu poradził, by zawołał elektryka. Sankilota stał jakiś czas niezdecydowany. Co począć? Zaczął oglądać kabel przy wtyczce. Wszystko w najlepszym porządku: wtyczka nowa, kabel nowy. Przesuwając kabel w ręku zszedł na przedni pokład, potem zdecydował się na zejście po pionowej wąskiej drabinie do trzeciej ładowni. Wolniutko przełożył nogę przez obramowanie ładowni i postawił ją na klamrze. Wydawało mu się, że drabina nie ma końca, że nigdy nie dojdzie do ułożonych na dnie ładowni worków. Wreszcie znalazł się wśród podziwiających jego tuszę robotników. Nad ładownią widniało wiele zaciekawionych twarzy. Przyglądano się, jak daje sobie radę ze schodzeniem po drabinie przy takiej wadze ciała i takim upale.
Sankilota był już u kresu sił, gdy stanął nad leżącym u jego stóp "słońcem", obok którego sterczał Władek, zachwycony i wniebowzięty. Asystent zdobył się jeszcze na ostatni wysiłek, by obejrzeć zamocowanie kabla w reflektorze. Podniósł "słońce" i trzymając obu rękami za jego krawędzie, zbadał miejsce wprowadzenia kabla do czaszy reflektora.