Выбрать главу

Ludzie ci od podniesienia "niebieskiego Piotrusia" rozpoczęli życie "trybików" okrętowych. Tymczasowe troski lądowe przeszły do sfery nieokreślonych rozmyślań. Istotnymi zagadnieniami stały się sprawy tak ważne, jak przygotowanie sekcji pomieszczeń pasażerów do inspekcji, idealne zasłanie przydzielonej ilości koi, sprawne i uprzejme obsłużenie wyznaczonej ilości pasażerów podczas posiłków, utrzymanie odpowiedniego ciśnienia pary w kotle i przygotowanie paleniska do zdania następnej wachcie.

Rola króla Lira, oblatanie nowej maszyny czy wysadzenie alei cyprysami były dla nich teraz rzeczami tak błahymi, jak sen sprzed kilku nocy.

Przed przybyciem na statek pasażerów odbyła się ostatnia inspekcja dyrektora biura portowego linii, wytwornego, szpakowatego pana o miłym uśmiechu i znakomitym poczuciu humoru. Dyrektor przemierzył wszystkie długie pokłady, poczynając od mostku, przeszedł przez wysłane dywanami korytarze sekcji pasażerskich, przez lśniące niklem "uzbrojenie" kuchni i dotarł do prowiantury. Tam ze zdumieniem ujrzał dwie kontrastowe postacie "chłopców okrętowych". Pierwszy, atleta z areny cyrkowej, po ujrzeniu dyrektora znikł natychmiast, by zawiadomić o inspekcji szefa prowiantury, drugi, nikła i wątła figurka garbuska, pozostał.

Obaj "chłopcy", jak można było od razu zauważyć, dawno przekroczyli wiek zwany chłopięcym, ale w spisie załogi figurowali na etatach chłopców okrętowych.

Dyrektor przygląda się garbuskowi. Widzi go po raz pierwszy. Do chłopców okrętowych mówi się per "ty", dyrektor szanuje jednak prawdziwy wiek "chłopca" i mówi jak do starszych marynarzy lub palaczy - per "wy".

- Przyszliście pewnie na statek, żeby zostać palaczem? - pyta uśmiechając się przyjaźnie.

Garbusek uśmiecha się. Ma duże, piękne niebiesko-stalowe oczy, wysokie czoło i silnie zarysowaną dolną szczękę.

- Jestem za słaby, panie dyrektorze.

- No to może macie zamiar zostać marynarzem?

- Jestem ułomny, panie dyrektorze.

- No to marzycie pewnie, żeby zostać prowiantowym? - śmiejąc się już mówi dyrektor.

- Jest mi to zupełnie obojętne, panie dyrektorze - z uśmiechem odpowiada garbusek.

- A jakie macie wykształcenie?

- Posiadam dwa magisteria. Jedno z matematyki, drugie ze ścisłej filozofii.

- Jeśli się nie mylę, to w podaniu o przyjęcie do pracy podał pan, że jest szoferem.

- Mam podwójne nazwisko. Pod pierwszym nazwiskiem ukończyłem dwa fakultety Uniwersytetu Stefana Batorego i otrzymałem stosunkowo wysokie stanowisko kierownika zakładu wychowawczo-naukowego. Zrezygnowałem jednak z tego i pod drugim, obecnym nazwiskiem otrzymałem prawo prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych i dlatego podałem zawód związany z tym nazwiskiem. Wyruszyłem w świat, by zobaczyć go wyłącznie z najniższego stanowiska, bez uciekania się do przywilejów przywiązanych do tytułów naukowych. Rozpoczynam życie od nowa.

- Życzę panu powodzenia - zakończył dyrektor rozmowę i udał się na dalszą inspekcję.

W prowianturze nastąpiło poinspekcyjne odprężenie. Zjawił się prowiantowy, "batiar" lwowski, podoficer i szofer z kolumny samochodowej. Był w doskonałym humorze i bardzo zadowolony. Garbusek pracował całą noc szorując i malując szybko schnącymi lakierami prowianturę po przyjęciu ostatniego prowiantu. Nigdy jeszcze nie było w niej tak czysto. Wygląd prowiantury nie uszedł uwagi wprawnego oka dyrektora i uznanie zostało wyrażone szefowi prowiantury. Szef był tak zadowolony, że pozwolił "młodszemu chłopakowi" być na pokładzie w momencie, w którym statek zrzuca ostatnią linę i wychodzi z portu ściągając z masztu "niebieskiego Piotrusia".

"Młodszy chłopak okrętowy" po raz pierwszy zaczerpnął powietrza morskiego patrząc z pokładu na otwierający się przed nim nieznany dotychczas horyzont i uśmiechnął się do myśli o swej pracy z okresu studiów w charakterze kierownika domu wypoczynkowego bratniej pomocy studentów. Szumny tytuł kierownika pokrywał ciężką pracę fizyczną i umysłową na wszystkich etatach, jakie dom musiał posiadać, ale początkowo ich nie posiadał.

Dyrektor zachował tajemnicę "chłopca okrętowego", który jak jego poprzednik sprzątał kabinę szefa i w wypadku niedyspozycji przynosił mu posiłki do kabiny. Nikt dotychczas tak dobrze nie sprzątał i nie czyścił mundurów. Szef był zachwycony; będąc częstym gościem mesy oficerów pokładowych i maszynowych ciągle o nim opowiadał.

- Liczy już prawie tak dobrze, jak i ja. Potrafi napisać wcale nieźle pokwitowanie, a jak sprząta kabinę i prowianturę.

Po kilku tygodniach wszyscy w mesie oficerskiej dowiedzieli się, że "chłopiec" zaprowadził sam specjalną kartotekę i teraz w każdej chwili można dowiedzieć się dokładnie, ile czego jest w prowianturze.

- Kazałem mu nauczyć się angielskiego, aby rozumiał napisy na puszkach z konserwami - opowiadał szef w kilka dni potem. - Po jakimś czasie zobaczyłem go, że chodzi z płóciennym woreczkiem.

Prawie że się z nim nie rozstaje. Gdy siedział sam i myślał, że go nikt nie widzi, zaraz zaczynał grzebać w woreczku. Coś wyjmuje, popatrzy i chowa z powrotem. Nie wytrzymałem i kazałem mu pokazać, co tam chowa. Zgadnijcie, co tam miał? Nikt w mesie naturalnie nie zgadł.

- Myślałem że ma tam rodzynki, migdały czy śliwki suszone, bo stale poruszał ustami, gdy trzymał woreczek w rękach. Wiecie, co tam znalazłem? Małe kartoniki zapisane z jednej strony po polsku, z drugiej po angielsku.

Prowiantowy z każdym dniem był coraz bardziej dumny ze swego "chłopca". Zaczął się nim nawet wyręczać, dając mu klucze od prowiantury, po które "chłopak" przychodził, jeśli szef zasiedział się w mesie. Pewnego dnia, gdy prowiantowy dawał mu klucze i zaczął go przed wszystkimi chwalić za pięknie wyczyszczony z plam mundur, "chłopak" był tak zażenowany, że po otrzymaniu kluczy natychmiast się ulotnił. Pozostało po nim jednak nowe imię: PLAMOZNIK.

Wkrótce Plamoznik cieszył się już uznaniem nie tylko szefa, lecz także palaczy. Głównie dlatego, że pozwalał im się budzić o każdej porze dnia i nocy i wydawał żądane artykuły. W drodze rewanżu nikt z maszyny nie krzywił się na niego, gdy zabronił samowolnego brania owoców z chłodni pod pretekstem mierzenia w niej temperatury. Ułomny i niepozorny Plamoznik jednym uśmiechem zawsze pogodnych oczu "trzymał krótko" najbardziej niesfornych z załogi. Byli nimi przeważnie niegdyś wyrzuceni z gimnazjum z którejś tam klasy - ci, na których nie poznali się nauczyciele i na których nawet teraz nikt się poznać, ani dostatecznie ocenić, nie może. Plamoznik potrafił zawsze ich rozbroić swą serdeczną wyrozumiałością dla ich skrzywdzonej wielkości i wypielęgnowanego lenistwa.