Na tych obszarach wodnych, na jakich znajdowała się w tej chwili fregata, nie należało się spodziewać spotkania z jakimkolwiek statkiem. Najbliższy gościniec morski odległy był o wiele setek mil. Komendant z wolna zaczynał uspokajać się i żałować starszego oficera. Ten leżał w nieutulonym żalu na swej koi i klął wszystkie pokolenia od Adama i Ewy. Oficer wachtowy usiłował domyślić się, kto mu zrobił kawał, który skrupił się na niewinnym starszym oficerze. Uczniowie znajdujący się na wachcie obiecywali sobie uroczyście sprać winowajcę narażającego całą wachtę. Czuwali razem z instruktorami i łamali sobie głowy, kto mógł być owym Kainem. Sen szybko zmorzył podwachty w hamakach...
- CHALERAAAAAAH! - zawibrowało w powietrzu. Znów w tej samej kabinie zapaliły się światła.
Tłum rzucił się do drzwi prowadzących ze sterburty i bakburty do kabiny ze zwierzętami. Otworzono przeklęte pomieszczenie. Małpy spały, pelikan drzemał z dziobem ułożonym na piersi, tylko puma ziewała znudzona wrzaskami.
Nadbiegł starszy oficer, w którego znów biły gromy. Wszyscy pozostali woleli trzymać się poza zasięgiem wzroku komendanta.
Na fregacie zapanowało przerażenie: duchów nie ma, ale kto zapala światło?
Natychmiast rozmontowano wyłączniki. Sprawdzono każdy kabel i każde jego rozgałęzienie. Nie znaleziono żadnego nowego połączenia. Wykluczone, żeby ktoś od zewnątrz zapalał światło. Zmontowano z powrotem wyłączniki. Znikło ostatnie podejrzenie, że ktoś dołączył się do sieci i włącza światło ukryty gdzieś na zewnątrz.
Zgaszono ponownie światło. Przy umieszczonych w drzwiach wentylatorach ustawili się instruktorzy, obserwując przez szpary wnętrze kabiny. Przy otwartych iluminatorach nikt nie stał, by nie spłoszyć swym widokiem nieznanego sprawcy. Kilkunastu uczniów pilnowało razem z instruktorami, wszyscy już bez wyjątku byli podenerwowani i zaciekawieni. Ci, którzy wierzyli w duchy - triumfowali.
W całym międzypokładzie było już wiadomo, że duch zapala światło w kabinie ze zwierzętami.
- Sygnały śmierci! - zawyrokował ktoś. - Rozbijemy się w Biskajach.
- Idioto! Przecież nie będziemy wcale tamtędy szli - osadzili go biegli w nawigacji.
- No, to w takim razie zderzymy się z jakimś pływającym wrakiem.
Pogrążona w pozornej ciszy fregata, idąc sześciowęzłowymi krokami w kierunku swego przeznaczenia, kipiała. Z dziobu znów można było zobaczyć tylko dwa światła - zielone i czerwone. Napięcie wzrastało. Podwachty w hamakach nie spały. Wielu wyszło na pokład, spodziewając się być świadkami czegoś groźnego i niesamowitego. Skupili się przed tajemniczym pomieszczeniem. Niektórzy zaczęli się zakładać: Zapali się? Nie zapali się?
ZAPALIŁO SIĘ!
W chwili gdy zabłysły znów trzy białe światła, obaj instruktorzy jak na komendę ryknęli:
- FLIP!!!
Flip była to brazylijska małpka z gatunku Cebus, zamknięta w jednej z klatek umieszczonych w kabinie. Należała do czwartego oficera.
W niewytłumaczony sposób Flip potrafił oderwać jedną kratę, tak iż mógł ją odsuwać u dołu i wywieszać się z klatki na swym długim chwytnym ogonie tak daleko, że dosięgał łapką wyłącznika. Po zapaleniu światła Flip błyskawicznie chował się do klatki i udawał, że śpi jak zabity.
Od momentu schwytania na gorącym uczynku Flip stał się bohaterem podróży. Czwarty oficer lekceważąco patrzył teraz na wszystkich: JEGO Flip potrafi postawić na nogi całą fregatę wraz z komendantem i trzymać w napięciu przez dwie godziny!
- Taka małpa! - mówił chełpliwie, wznosząc łokieć na wysokość własnego ucha.
Każdy chciał się przypodobać "czwartemu", byle pozwolił chociaż dotknąć Flipa, który teraz z nim się nie rozstawał. Flip jak małe rozkapryszone dziecko trzymał się kurczowo szyi "czwartego", przymilając się i tuląc. I on również z lekceważeniem patrzył na wszystkich na statku.
Gdy "czwarty" był na wachcie, a któryś z oficerów chciał Flipa wziąć na ręce i ponosić, ten zdecydowanie nie pozwalał się dotknąć. Gdy kiedyś trzeci oficer usiłował go posadzić sobie na ramieniu, Flip się wykręcał, jak mógł. Nie gryzł i nie drapał, tylko rozpaczał trzymając się za głowę obiema łapkami. Kiedy "czwarty" wrócił z wachty, Flip skoczył mu natychmiast na szyję i zaczął po swojemu skarżyć się do ucha "cz-cz-cz-czyyy-cz-cz-czyy", niedwuznacznie wskazując przy tym palcem trzeciego oficera - swego dręczyciela.
Dało to początek zabawie, zwanej na fregacie "krzywdzeniem" Fli-pa. Pokazywano małpce coś smacznego - na przykład banana, bo to lubiła najbardziej - chcąc ją przekupić, by poszła do kogoś na ręce. Flip wyciągał łapkę po banana, ale bez najmniejszego zamiaru pozwolenia komuś na jakąś poufałość. Wobec tego niekiedy nie dawano mu banana i Flip bywał bardzo rozgoryczony. Po takiej scenie zaczynała się najciekawsza część zabawy. Gdy "czwarty" wracał z wachty, Flip opowiadał mu z przejęciem, jak się nad nim znęcano i, zawsze wskazywał palcem choćby najdalej stojącego lub ukrywającego się sprawcę jego nieszczęść:
- Cz-cz-cz-czyyyy! - To ten, widzisz? To on nie dał mi banana. Cz-cz-czyy! - Chciał mnie koniecznie wziąć na ręce. Czy-cz-czyy! - Ale ja się nie dałem.
Tulił się przy tym do "czwartego" i zaglądał mu w oczy, jakby prosił o potwierdzenie, że "Flip dobry, Flip grzeczny!"
Flip zawsze wiedział, gdzie może znaleźć "czwartego". Jeśli się wyrwał kiedy z klatki i hasał po maszcie, to tyjko na jego zawołanie wracał posłusznie.
Gdy w jednym z portów przyszli na statek goście, okazało się, że Flipa bardzo interesuje płeć piękna. Zapomniał o wszystkim na świecie. Ujął się pod boki i idąc na dwóch łapkach, podpierając się ogonem, zaczął się wdzięczyć do siedzącej damy. Mrużył oczy, przechylał główkę. Czarował! Podszedł jeszcze bliżej, potem ostrożnie wyciągnął łapkę, ujął kraj sukni i podniósł do góry, odsłaniając damie nogi. Wydał przy tym dźwięk łudząco przypominający pełne zachwytu gwizdnięcie: