Podczas samotnych przejść statku pomiędzy portami angielskimi, stojąc na mostku, zachowywał się jak lekko zniewieściały król obserwujący swych rycerzy w zapasach z grubym zwierzem, sam w tych walkach nie biorąc udziału. Bez entuzjazmu przyglądał się pełniącym służbę na mostku oficerom, którzy z karabinów rozstrzeliwali napotykane na kursie pływające miny. W dzień były one widoczne, ale w nocy? Nikt nie mógł powiedzieć, ile w nocy min minięto. Pewne było tylko to, że MINIĘTO - bo statek istniał.
Usiłowano niekiedy noc przeczekać, jeśli to było możliwe, trzymając się kotwicą gruntu. Statek przypominał wówczas stojącego na jednej nodze żurawia - odwieczny symbol czujności. Ustawało wtedy niebezpieczeństwo najścia na minę, ale można było spodziewać się w każdej chwili ścigaczy lub okrętów podwodnych, dla których nieruchomy statek stanowił łatwy cel. Morze Północne u wybrzeży Anglii nie było dla Pepina Krótkiego miejscem wypoczynkowym. Podczas formowania się konwoju Pepin Krótki jednak walczył - odpierając ataki PRZYJACIELSKICH statków unikami,-manewru jąć zręcznie, by królestwo jego nie zostało zmiażdżone i zatopione. Zatopienie statku przy brzegach Anglii dawało jakąś nadzieję, że po przetrwaniu w zimnej wodzie w pasie ratunkowym pewnej ilości godzin pomoc nadejdzie. Możliwość ta w miarę oddalania się od lądu malała zawrotnie.
Scena, na której to się wszystko rozgrywało, w niczym nie przypominała Pepinowi sceny operowej, za jaką przepadał. Zamiast przyglądać się grze artystów i rozkoszować się pięknością ich głosów, Pepin Krótki sam brał udział w widowisku, gdzie czas nabierał dziwnych własności - minuty wydawały się godzinami, godziny tygodniami, a tygodnie latami.
- Gdyby to była walka, można by było zapomnieć o czasie - mawiał Pepin - ale ponieważ udziałem naszym jest właściwie tylko czekanie, to zadaniem naszym, jak z tego wynika, jest walka z czekaniem.
Konwój znów szedł na południe. Co jakiś czas któryś ze statków tego konwoju idącego po żywność i zasoby dla podtrzymania wojny zmieniał nagle kurs, by dotrzeć do najbliższego lądu znajdującego się pod jego stępką. Oglądając przez lornetkę niknący z powierzchni wody statek trafiony torpedą, Pepin Krótki mówił do siebie:
- No, ci już przestali czekać - i rozpoczynał na nowo swoje czekanie, spędzając w drzemce dnie i noce na mostku.
Szumnie zwane OKRĘTY ESKORTY, których zawsze było za mało i które były za małe, zaczynały wtedy troić się w pościgu za niewidocznym nieprzyjacielem, rzucając na oślep bomby głębinowe, ich detonacje stwarzały złudzenie, że statki konwoju idą po brukowanej kocimi łbami ulicy.
I znów wszystkie statki konwoju czekały, na kogo teraz przyjdzie kolej. Konwój minął szerokość Trafalgaru. Wspomnienia o sławie nie przyniosły nikomu zapomnienia. Na scenie zjawiły się latające ryby, ale czekanie nie uległo zmianie. Jedyną ulgę sprawiała wzrastająca temperatura wody, w razie storpedowania stwarzało to mo-
żliwość dłuższego przetrwania w wodzie w pasie ratunkowym. Pesymiści jednak gasili ten promyk nadziei mówiąc o rekinach, które - jak ponuro przepowiadali - czekają na każdego z nich na tych ciepłych wodach, a większa ciepłota wody tylko przedłuży czekanie na
koniec.
Na szerokości Gibraltaru konwój rozdzielił się. Większość statków poszła na wschód na Morze Śródziemne, pozostałe - dalej na południe.
I wreszcie przy zachodzącym słońcu ujrzano port, od swych białych domów zwany CASABLANCA.
Casablanca nie zaiała jeszcze nowego wojennego blackoutu. Statki cumowały przy nabrzeżach. Ustało oczekiwanie na E-boaty, U-booty i samoloty, a przycumowane obok statki aliantów stały się znów miłe i przyjazne. Nie groziły zmiażdżeniem.
Pepin Krótki, wydając rozkaz "TAK STOIMY", doznał ulgi. Naprawdę stał na dwóch nogach, a nie na tej jednej kilkudziesięciosąż-niowej, zakończonej kotwicą. Po wydaniu rozkazu, aby zawiadomiono maszynę, że nie będzie potrzebna ani dzisiaj, ani jutro, poczuł na sobie brzemię zmęczenia nagromadzone przez kilka tygodni. W kabinie wszystkie przedmioty przypominały mu miesiące wojny, długie jak dziesiątki lat katorgi. "Na ten obrazek patrzyłem, gdy zaczęto nas bombardować w Newcastle" - pomyślał. Obrazek przedstawiający nadjeziorne ajery i lekko pomarszczoną wodę jeziora wydał mu się nagle nieprzyjemny. Biblioteczka nad łóżkiem przypomniała mu, ile razy pozostawiał w pośpiechu ulubioną książkę, by wyjść na mostek. O, tę rzucił w chwili, gdy przy formowaniu się ostatniego konwoju wpadł oficer wachtowy z wieścią, "że olbrzymi stary grek lezie na nas, trącił tego anglika za nami, a teraz wiatr dryfuje go na nas. Jeśli się nie zatrzyma, to wejdzie nam w rufę".
Pepin Krótki z niechęcią popatrzył na swój księgozbiór.
- Nie, nie będę czytał! Nie będę leżał w tej koi! Nie będę tu jadł! Nie będę tu więcej dzisiaj nic robił! Idę na ląd. Zapomnieć. Wypocząć. Po prostu urządzę sobie coś w rodzaju weekendu.
Za chwilę elegancko ubrany, oznajmił w mesie oficerom, że w razie potrzeby znajdą go na lądzie w którymś z hoteli.
- Nazwę i numer telefonu przedzwonię do najbliższego urzędu celnego, jaki będę mijał. Może któryś z panów pofatyguje się i dowie. Myślę, że nalotów nie będzie. E-boatów nie będzie, U-bootów nie będzie. Greków nie będzie, ale i mnie nie będzie!!! Dobranoc.
Wschód słońca zaróżowił białe domy Casablanki. Piękną, wysadzaną palmami ulicą szedł policjant francuski lustrując swój rewir. Do-
chodził do wspaniałego hotelu, niedawno wykończonego, który przypominał najcelniejsze budowle z okresu kalifatu. Na chodniku przed tym luksusowym gmachem stała kałuża wody. Nigdy jej tutaj nie było. Skąd się o tej porze, w tym miejscu, na chodniku, w tym sezonie mogła pojawić? Rozbudzona ciekawość policjanta uchwyciła koniec tajemniczej nitki w postaci kałuży i rozpoczęła wędrówką do kłębka. Woda sączyła się z nieskalanie czystych marmurowych stopni prowadzących do hotelu. Idąc na obcasach policjant wszedł do hallu. Cały hali zalany był wodą. Woda tworzyła kaskady na marmurach klatki schodowej prowadzącej na piętro. Policjant zbudził drzemiącego na kanapie w dyżurce portiera.