- A myśmy się dowiedzieli, że od napisania Ksiąg pielgrzymstwa polskiego nic na tak zwanym Zachodzie się nde zmieniło.
Kapitan widząc, że rozmowa schodzi na niewłaściwe tory, czył ją prosząc wszystkich do stołu i wznosząc jednocześnie toast: "& tych, co polegli".
Powstaliśmy z miejsc. Zapanowała cisza. W milczeniu spełniliśmy toast.
- Panowie - powiedział kapitan - TRUDNO - musimy zrobić wszystko, co do nas należy, by zachować i doprowadzić statek do kraju. Wierzę głęboko w zwycięstwo dobra nad złem. Ludzie, którzy mordują i rabują, są to ludzie słabi. Wierzę w sprawiedliwość i zwycięstwo, ale nie możemy osłabiać sami siebie swarami i niezgodą. Przed nami długa i ciężka droga do końca wojny. Musimy ją przebyć. Najlepiej jeśli ją przebędziemy z humorem. Na razie, czym chata bogata - proszę.
Usiedliśmy zabierając się do kolacji i niewyczerpanych nigdy tematów, co się na którym statku kiedy wydarzyło.
Po godzinie nastrój zmienił się już całkowicie. Drugi oficer wtajemniczał mnie w ostatnie wydarzenia, jakie miały miejsce podczas postoju w Casablance. Oczarowany byłem pomysłem Pepina Krótkiego rozebrania w hotelu parkietu i zazdrościłem drugiemu oficerowi oglądania na własne oczy tej wspaniałej sceny.
Tymczasem kapitan bawił gości opowiadaniem o wydarzeniu, jakie miało miejsce podczas ostatniego nalotu:
- Proszę sobie wyobrazić, że wczoraj w nocy policeman zobaczył przebijające przez szparę w firankach światło w oknie na pierwszym piętrze. Zapukał do drzwi tego domku. Otworzyła mu landlady,
"Lady, jestem sorry - albo po prostu jest mi bardzo przykro - muszę cię jednak zawiadomić, że w twej sypialni znajduje się chirik". Chink w języku angielskim znaczy szpara, ale w slangu, żargonie, oznacza Chińczyka, a sypialnie znajdują się na pierwszym piętrze.
Przerażona i zmartwiona landlady załamała ręce w rozpaczy i zawołała: "Co ty mówisz? On mnie zapewniał, że jest polskim oficerem".
W salonie zaczynało być coraz weselej i gwarniej. Pierwszy oficer, będąc zastępcą gospodarza, również usiłował robić co można, by utrzymać wesoły nastrój, nucąc: "Precz, precz od nas smutek wszelki..."
Gdy doszedł do słów: "Jutro może nie być nas...", Pepin Krótki wstał i nic nie przeczuwającemu pierwszemu oficerowi uciął przygotowanymi w tajemnicy nożyczkami krawat. Tuż przy samym węźle.
Pierwszy oficer wyglądał bardzo zabawnie z tym węzłem pod szyją. Obecni żart królewski uznali za wspaniały.
- Panowie - rzekł kapitan - musimy się odprężyć, zdaje się, że teraz pójdziemy przez Atlantyk. Tylko humor może nam pomóc pokonać przeszkody i utrzymać w równowadze duchowej. Wznoszę zdrowie "pierwszego" bez krawata.
- Zdrowie, zdrowie - zahuczało przy stole.
"Pierwszy" zachwycany pomysłem kapitana, chcąc mu dorównać w dowcipie, złapał nożyczki i błyskawicznym ruchem obciął w podobny sposób krawat drugiemu oficerowi, wołając:
- Zdrowie "drugiego" bez krawata!
Obecni buchnęli śmiechem. Wypito zdrowie "drugiego" bez krawata. Pierwszy oficer zachwycony wywołaną radością, uciął nożyczkami krawat trzeciemu oficerowi, wołając:
- Zdrowie "trzeciego" bez krawata!
Statek nie posiadał etatu czwartego oficera, ale oficera może zastąpić kapitan. Długo nie namyślając się "pierwszy" uciął krawat kapitanowi.
- Zdrowie czwartego bez krawata! - wzniósł okrzyk pierwszy oficer.
Entuzjazm po tym wyczynie pierwszego oficera przeszedł wszystko, co było dotychczas. Brawom nie było końca. Z wyjątkiem pierwszego oficera, obecni płakali i łkali ze śmiechu.
Nikt już nie miał wątpliwości, że zebrany zapas humoru starczy na przetrwanie całej wojny, ale pierwszy oficer był-zupełnie odmiennego zdania. Było mu wciąż jeszcze za mało.
Ci, którym obcięto krawaty, chowali je skrzętnie. Na pamiątkę.
Po krawacie kapitana przyszła kolej na krawaty mechaników. Pierwszy oficer nie wypuszczał z rąk nożyczek.
Co chwila nowe toasty obwieszczały liczbę uciętych krawatów.
- Zdrowie piątego bez krawata!
- Zdrowie szóstego bez krawata!
- Zdrowie siódmego bez krawata!!! Był to już krawat radiotelegrafisty.
Statek został bogato zaopatrzony przez oficerów i kapitana w wino w Casablance. Panujący Pepin Krótki uznawał wyłącznie dobre wino i dobry żart. Na stole stało jeszcze wiele butelek z dobrym winem, a zaproszeni goście mieli jeszcze nie obcięte krawaty.
Zanim zdążyłem się zorientować, krawat mój stał się również ofiarą pierwszego oficera.
- Zdrowie pierwszego gościa bez krawata! - wołał pierwszy oficer, wznosząc kielich z winem.
- Zdrowie! Zdrowie!
Król Pepin Krótki promieniał. Wieczór był bez wątpienia udany. Goście szaleli, ale coraz mniej było siły do śmiechu.
Pierwszy oficer był w ekstazie. Ciął krawaty z wprawą doświadczonego chirurga przy tysięcznej operacji.
- Zdrowie drugiego gościa bez krawata!
Podnoszono kielichy rękami drżącymi od śmiechu i spazmatycznego łkania. Przez łzy patrzano na błyszczące w rękach pierwszego oficera nożyczki.
- Zdrowie trzeciego i czwartego gościa bez krawata, iiii piątego!
- Zdrowie! Zdrowie! Zdrowie!
Wszyscy biesiadnicy mieli już teraz obcięte krawaty. .
Pierwszy oficer trzymał się najlepiej - szalał, ale nie płakał ze śmiechu tak jak wszyscy - upajał się wybuchami radości, jakimi witano każdy przez niego ucięty krawat.
Dzięki humorowi, wesołości i dowcipowi wyczarowanemu przez kapitana, obecni znaleźli się w jakiejś oderwanej od codziennego życia rzeczywistości. Śmiech, przerywany tylko niekiedy nieoczekiwanym łkaniem, zaczął powoli łagodnieć.
Na znak dany przez kapitana drugi oficer wstał i zaczął zbierać od biesiadników końce obciętych krawatów. Cały ich barwny stos ułożył przed pierwszym oficerem. "Pierwszy" z uśmiechem zanurzył ręce w szczątkach jedwabnych materii i podniósł kilka do góry.
Naraz na twarzy jego odmalowało się zdziwienie, a potem wyrwał się okrzyk:
- Moje krawaty!
- Moje krawaty - powtórzył szeptem zamyślony.
- A co - zawołał Król Pepin Krótki - myślał pan, że pozwolimy sobie bezkarnie obcinać krawaty? Na wszelki wypadek przed ucięciem panu krawatu poradziłem wszystkim, by nałożyli sobie pańskie krawaty.