Załadowano rannych, a gdy szalupy zeszły na wodę, runęli do nich żołnierze, a razem z nimi załoga hotelowa. Marynarce z załogi pokładowej stali spokojnie, jakby do łodzi ratunkowych - zgodnie z przepisami - szły: "Dzieci i kobiety najpierw".
Na pokładzie pozostały już tylko klapboty" - szalupy zwane tak ze względu na to, że stały w miejscu, w którym na dawnych transatlantykach umieszczano stary typ składanych łodzi ratunkowych. Nad nimi zawieszone były zwykłe szalupy; po ich spuszczeniu należało wyciągnąć na pokład talie i włączyć do "klapbotów".
Zobaczyliśmy samolot ponownie nadchodzący na małej wysokości, zeszliśmy więc o pokład niżej. Kiedy przeleciał, wróciliśmy, by zabrać się do spuszczania "klapbotów". Okazały się jednak bezużyteczne - tak zostały posiekane kulami. Wszystkie zbiorniki z powietrzem były poprzebijane.
Żołnierze, widząc, że więcej łodzi ratunkowych nie ma, zaczęli szaleć. Nie było ani jednego oficera, który by nad nimi objął komendę. Wyskakiwali za buntę. Nie powstrzymało ich nawet to, że ci co wyskoczyli pierwsi, siztywnieli natychmiast w tym zlewisku lodowatej wody, zanim jakaś łódź ratunkowa zdołała do nich podejść. Większość łodzi wolała zresztą trzymać się jak najdalej od statku ze względu na spodziewany wybuch amunicji, o której cała załoga wiedziała.
Okręty z eskorty zbliżyły się trochę do "Chrobrego" i otworzyły ogień do samolotów. Jedyną nadzieją ratunku było, że któryś z okrętów podejdzie do burty i zabierze oszalałych z przerażenia żołnierzy. Okrętom wojennym nie wolno było dobijać do palących się statków z amunicją - chyba żeby jakiś z inich nie wiedział, iż mamy załadowaną amunicję, a przynajmniej nie w tym miejscu i nie taką.
Poleciłem marynarzom rozwiesić na nie objętej ogniem i dymem prawej burcie siatki do ładowania, tak by utworzyły na całej szerokości burty olbrzymią drabinę, po której wszyscy będą mogli szybko zejść, jeśli jakiś destrojer odważy się. dobić do "Chrobrego". Sam postanowiłem uspokoić w jakikolwiek sposób żołnierzy i przekonać ich, że skakanie do wody jest w tej chwili samobójstwem i że zawsze mają na to czas. Liczyłem na to, iż widzieli mnie kilkakrotnie na inspekcji w towarzystwie swego dowódcy i może mnie posłuchają.
Zaszedłem im drogę do relingu, z którego skakali, wołając: "Attention! Attention!" Wdrapałem się na reling, żeby mnie widzieli i zapominając, że mam przed sobą Irlandczyków zacząłem swe podniosłe przemówienie od słów:
- Anglicy! Słyniecie z zimnej krwi i opanowania. Właśnie w tej chwili musicie się opanować!
Wydawało mi się, że muszę mówić jak najdłużej, by zaczęli mnie słuchać i że jak przestanę, to znów zaczną skakać do tej lodowatej wody. Przemawiałem więc dalej:
- Skakanie do wody jest samobójstwem. Na razie mamy dużo czasu. Tylko spokój może was uratować. Musicie zaczekać, zanim okręty eskorty nie podejdą, by was zabrać. Na burcie wolnej od ognia i dymu rozwieszone są siatki, po których będziecie mogli zejść spokojnie na destrojery. Musicie się uspokoić. Od tego zależy wasz ratunek.
Przemówienie swe zakończyłem głośnym okrzykiem w formie rozkazu, który wydał mi się najlepszy w danej chwili:
- You arę English! Control yourselves! Jesteście Anglikami! Panujcie nad sobą!
Naraz usłyszałem krzyk. Nie wiedziałem, skąd pochodzi i kto krzyczy. Żołnierze na pokładzie uspokoili się, przestali skakać do wody. Większość z nich zeszła na rufę. Krzyk dochodził od strony wody, z prawej burty. Na wodzie były widocznie nasze łodzie ratunkowe, tratwy i ciała gwardzistów irlandzkich, którzy wyskoczyli za burtę. Na szalupach i na tratwach żołnierze zachowywali się spokojnie, a krzyk potężniał, stawał się coraz bardziej przeraźliwy, przechodził w ryk ludzi krzyczących w męce lub ze strachu graniczącego z obłędem.
Wychyliłem się za burtę i zrozumiałem wszystko. Niektóre pomieszczenia zostały odcięte podczas wybuchu bomb i żołnierze nie zdołali przedrzeć się przez ogień. Teraz palili się żywcem. Dostanie się do nich było niemożliwością. Część wysunęła głowy przez bulaje. Otwory były jednak za małe, by się przez nie mógł wydostać człowiek. Ci, którzy wysunęli głowy przez iluminatory, nie wołali już pomocy, tylko na ich twarzach widniała potworna męka ludzi płonących żywcem. Głos, któremu nikt nie pośpieszy z pomocą i któremu nikt nie pomoże. Najbardziej tragiczny głos, jaki zna ludzkość jeszcze sprzed czasów rzymskich: vox clamantis in deserto...
Samoloty nie przestawały krążyć nad "Chrobrym". Nad strzelającymi wciąż "Wolverine" i "Stork" widać było lecące w nie smugi świetlne. Załoga pokładowa kończyła rozwieszanie siatek. Żołnierze czekali na obiecane przeze mnie podejście okrętów wojennych, które nie zdradzały ku temu najmniejszej ochoty. Nie mieliśmy od nich żadnego sygnału, żadnego znaku. Nic.
Na razie nie ma co robić. Na budowanie jakichś tratw ze stołów - za mało czasu. Ogień szybciej tu dojdzie, niż zdołamy coś sklecić. Jeśli przedtem nie wylecimy w powietrze. Tych pięćdziesiąt ton min w gardzieli trzeciej ładowni musi eksplodować.
"Wylecimy w powietrze!" - myśl ta przypomniała mi, że oczekiwanie na taki moment stanowiło spełnienie moich marzeń dziecinnych. Powstały one pod wpływem oglądania pewnego rysunku w książce. Nie chodziłem jeszcze do gimnazjum, ale byłem już zapisany do czytelni pań Żukowskich w Wilnie, mieszczącej się przy placyku Orzeszkowej. Któregoś dnia trafiła mi tam do ręki książka, której tytułu zapomniałem, ale na zawsze pozostał w pamięci rysunek przedstawiający ludzi biegnących w popłochu po pokładzie okrętu. Z dziobu wydobywały się kłęby dymu. Pod rysunkiem był podpis: "PIKRAT! PI-KRAT! WYLECIMY W POWIETRZE!"
Kim był ten tajemniczy Pikrat? Prawdopodobnie przyjacielem biegnących. Spieszyli się, by go ostrzec przed niebezpieczeństwem. Naturalnie wybrałem tę książkę. Po przyjściu do domu pokazałem ją ojczymowi. Wytłumaczył mi, że tajemniczy dla mnie pikrat to bardzo silny środek wybuchowy, którego eksplozja na placu Sorbony w Paryżu oraz ilość osób, które wówczas zginęły - wstrząsnęły całym światem. Widocznie autor książki, będąc również pod wrażeniem tego wypadku, umieścił ładunek pikratu na opisywanym przez siebie okręcie.