Trzeba było wybierać - albo żywcem się upiec, albo skakać do lodowato zimnej wody. Wiedzieliśmy, że zaczniemy skakać dopiero wówczas, gdy nas ogień dobrze przypiecze.
Naraz "Wolverine" zaprzestał ognia do atakującego samolotu i ruszył pod naszą burtę, tam gdzie rozwieszone były siatki. Wszystko co na statku jeszcze żyło, rzuciło się do burty i zaczęło schodzić na pokład destrojera.
Spostrzegłem, że na górnym pokładzie "Chrobrego" znaleźli się skądś żołnierze, którzy zamiast zejść niżej po trapie i skorzystać z przygotowanych dla nich siatek, zaczęli się chwytać rękami lin i usiłowali po nich zjechać na dół. Skutki okazały się tragiczne. Były to krótkie kawałki lin, służące do mocowania łodzi ratunkowych. Przy spuszczaniu szalup zostały porąbane. Żołnierze spadali teraz z nimi na pokład destrojera, łamiąc sobie ręce i nogi. Skoczyłem na górę i biegnąc po samej krawędzi relingu usiłowałem opanować panikę i zmusić ich do skorzystania z siatek.
Naraz jeden z oszalałych ze strachu pchnął mnie niespodziewanie i zanim zdołałem się zorientować, co się stało - sam poleciałem w dół na pokład destrojera. W tej samej chwili poczułem, że zaczepiłem pachą kurtki o pierścień do mocowania trapu czy też lin. Kurtka się rozpruła, ale ten ułamek sekundy dał mi możność złapania jakiejś liny. Zanim zdążyłem zacisnąć na niej dłonie, wylądowałem na kolanach i szczęce na stalowym pokładzie.
Cały naskórek na dłoniach miałem starty i straciłem władzę w nogach. Zaniesiono mnie do ambulatorium, zalano obie dłonie jakimś płynem, zawijając w bandaże tak, że ręce wyglądały jak kikuty. Gdy minął bezwład nóg - usiłowałem wstać. "Wolverine" znów otworzył ogień do samolotu. W ambulatorium wydawało się, że okręt rozpada się lub jest trafiony przynajmniej kilku bombami. Po przeżyciu już raz zamknięcia w kabinie nie znosiłem zamkniętych pomieszczeń podczas bombardowania. Ku zgorszeniu obecnych bardzo szybko wyszedłem na pokład.
Pospiesznie oddaliliśmy się od "Chrobrego". Jego burta na śródokręciu, na której widać było uprzednio wysunięte głowy, jarzyła się różowym blaskiem rozpalonego żelaza. Olbrzymie płomienie sięgały krawędzi komina.
"Wolverine" zbierał ludzi z łodzi ratunkowych i tratew, wyławiał trzymające się na wodzie w pasach ratunkowych ciała żołnierzy. Po wyjściu z ambulatorium spotkałem się z kapitanem, doktorem i starszym mechanikiem, którzy również znaleźli się na "Wolverine". Staliśmy na jego pokładzie przyglądając się agonii naszego statku i walce obu okrętów z samolotami, które jeszcze nie chciały dać "Chrobremu" spokoju.
Na rufie "Chrobrego" ukazali się ludzie. Jak nam się z kapitanem wydało, jednym z nidi był drugi oficer. Spuszczali z rufy małą tratwę, a za chwilę - jakieś bezwładne ciało, prawdopodobnie rannego. Następnie zszedł po linie fctoś z załogi, za Him drugi oficer. Zaczęli wiosłować w kierunku "Wolverine". Pośpieszyła im z pomocą łódź ratunkowa z destrojera.
Po jakimś czasie drugi oficer był już na "Wolverine" i opowiadał swoje przygody. Gdy chodził po "Chrobrym", fotografując ciekawsze szczegóły, posłyszał jęk w ładowni na rufie. Okazało się, że wpadł tam jeden z rannych oficerów-angielskich. "Drugi" wziął sobie do pomocy chłopca okrętowego i razem z nim zszedł do ładowni, by wyciągnąć rannego. W tym czasie "Wolverine" dobił do burty "Chrobrego", zabrał jak mógł najszybciej wszystkich ludzi z pokładu i zadowolony ze swego sukcesu odbił jak najprędzej.
"Drugi" po wyjściu na pokład nie znalazł nikogo do pomocy. Z trudem we dwójkę z chłopcem wyciągnęli z ładowni Anglika oraz starą, zniszczoną tratwę. Bjrł to drugi uratowany przez niego oficer angielski. Na samym początku, podczas gaszenia źródła ognia koło mostku posłyszał krzyk: "I am killed! Jestem zabity! Jestem zabity!" Krzyk dochodził z kabiny naszego Kruka - admirała. W momencie gdy admirał szykował się, aby zejść do baru, bomby zniszczyły drzwi jego kabiny, a ogień odciął mu wyjście. Nie miał wątpliwości, że się zaraz żywcem spalił. "Drugiemu" udało się go wyciągnąć z kabiny przez duże okno.
Trzecim angielskim oficerem, który uratował się z "Chrobrego", był nasz oficer łącznikowy z armii. W pamiętnej chwili postanowił uczcić zdrowie króla najlepszym winem, jakie posiadał. Pobiegł do swej kabiny po butelkę i gdy był już na korytarzu, padł ogłuszony bombami. Stracił świadomość i już się zaczął powoli palić, gdy natrafiłem na niego przypadkowo, chcąc dotrzeć do kabiny starszego mechanika. Być może uratowali się jeszcze inni, ale że były to wszystko tajemnice wojskowe, więc wiedzieliśmy tylko o trzech.
Kiedy "Wolverine" skończył wyławianie ciał z wody, położył się na turs do Harstadu. Staliśmy na jego rufie patrząc na płonący wrak "Chrobrego", którego ostatni odcinek drogi życiowej urwał się na 67°40' szerokości północnej i 13°50' długości wschodniej.
Harstad wita nas salwami artyleryjskimi z okrętów. Nalot. Raczej - nękanie nalotami. Schodzimy na ląd do pobliskiego prowizorycznego schronił. W schronie prawie same kobiety. Twarze przerażone. Kobiety t wysiłkiem zaciskają zęby, żeby nie krzyczeć. Siedzą w futrach narzuconych na bieliznę, z małymi dziećmi na rękach. Dzieci ciągle się o coś dopytują. Pewnie nie mogą zrozumieć dlaczego wyciągnięto je z ciepłych łóżeczek do piwnicy.
Dusimy się w tym zamkniętym schronie. Wychodzimy z niego nie zważając na bombardowanie. Przybyła dalsza część załogi, którą prawdopodohnie zabrał ze statku ."Stork", a dostarczył inny destrojer. "Chrobry" pomimo wybuchu nie zatonął. "Stork" zostawił go o godzinie trzeciej minut pięćdziesiąt dnia 15 maja 1940 roku jako płonący, ale utrzymujący jeszcze się na wodzie wrak.
Admiralicja zawiadomiła kapitana, że nikogo już więcej z załogi "Chrobrego" nie znaleziono. Rankiem zebraliśmy całą załogę. Z pamięci sprawdzony stan wykazał brak dwunastu ludzi, którzy odeszli na wieczną wachtę.
Na razie wypoczywamy, spacerując po miasteczku grupami. W rozmaitych odstępach czasu słychać syrenę alarmową. W ślad za nią odzywa się stale jedno i to samo działo. Jest to pierwsze działo przeciwlotnicze, które zobaczyliśmy w tej wojnie na lądzie w Norwegii. Za każdym razem, gdy tylko się ukaże zza gór samolot, działo rozpoczyna swą pracę. Białe obłoczki wykwitają w pobliżu samolotu, odbierają mu ochotę do dalszego lotu nad miasto, zmuszają do odwrotu.