Выбрать главу

– Nie wkurzaj mnie, „Sepp”! – dziewczyna nagle odchyliła rękaw, pokazując żyły pokłute jak u narkomanki. – Ten wasz Urząd Bezpieki wymyślił w latach pięćdziesiątych pochodną skopolaminy! Ja już szpiegowała we śnie! – krzyknęła. – Ja już się otarła o śmierć, ale wiem, że Borkowski miał lepszą metodę!

– O kurwa… – szepnął Gusiew. Potrząsnął głową, później znowu wyjął składany nóż. Jednym ruchem otworzył szufladę biurka, podważając zapadkę w kiepskim zamku. – Tego chcesz? – rzucił na blat plik pokrytych drobnym pismem kartek. – Tego chcesz? Pamiętaj tylko, że dwóch ludzi zginęło przez te kartki!

– Tego chcę – Irmina uśmiechnęła się ciepło. Opuściła rękaw, zakrywając ślady zastrzyków. – Tego chcę! – powtórzyła.

– Dlaczego policja nie zwinęła tych papierów? – spytał Dietrich.

– Coś ty? Głupi? – Gusiew włożył do ust papierosa. – Ich tylko interesowało świadectwo legalizacji. A schematy do tej pory leżą w sądzie. Za trzy lata będziesz już coś wiedział.

– Niby co?

– G… bum, bum, bum. O!

– Zaraz – Ivan rękawem przetarł kurz na urządzeniach, zajmujących prawie połowę pokoju. – To znaczy, że nie wiemy, jak to uruchomić?

– No więc kur… – Gusiew zmełł przekleństwo. – Wiemy! Wiemy, bośmy to gów… konstruowali! – rozłożył ręce i zaciągnął się głęboko papierosem. – Chcesz uruchomić? Chcesz?! To połóż się na kozetce, a ja włączę! Będziesz następnym trupem w kolejce na cmentarz!

– To był udar?

– Nie wiem, co to było! Ale wiem co TO jest! – wskazał podpięte do komputera aparaty. – To jest jedno wielkie gówno!!! Człowieku…

Dietrich też zapalił papierosa. Gusiew krążył od ściany do ściany.

– To jest jedno wielkie gówno! To zabija ludzi!!! – krzyczał. – Chcesz, to se, kur… włącz!!! Albo lepiej wstaw głowę do kuchenki mikrofalowej! To zabija! Człowieku, to zabija. Zabija ludzi.

– Nie wiedziałem, że to konstruowałeś.

– Bo nie konstruowałem! Załatwiłem Borkowskiemu technika z uniwersytetu. I tyle. Ale coś tam wiem…

– A Jarek?

– Jarek zdychał przez trzy dni! Borkowski się powiesił. Policja i prokurator zapieprzyli go psychicznie. Dalej chcesz kontynuować? Chcesz?!

Ivan „Sepp” Dietrich przysiadł na brzegu biurka. Podniósł do ust szyjkę butelki, oszronionej od śniegowej gaśnicy.

– Czekaj, czekaj, czekaj – uśmiechnął się nagle. – Zaczyna mi się to podobać. Znaczy dwa trupy z powodu tej elektroniki? – wskazał zakurzony złom pod ścianą.

Gusiew wytarł rękawem pot z czoła.

– Jakbyś znał Jarka, to byś się nie cieszył.

– Toteż się nie cieszę! Ale jestem zainteresowany. Dwa trupy?

– Kładź się, a ja włączę ustrojstwo. Będzie trzeci!

– Czekajcie – przerwała im Irmina. – Ja będę trzecia – odłożyła notatki.

Gusiew usiadł pod ścianą. Ukrył twarz w dłoniach.

– A nigdy w życiu! – powiedział. – Beze mnie nie dacie rady. A ja tego nie włączę!

– Włączysz – powiedziała spokojnie dziewczyna.

– Żebyś się nie zdziwiła, dziecko. Żebyś tylko nie przespała momentu, jak będę włączał! Chcesz być następna w kolejce na cmentarz? Śliczne mamy we Wrocławiu. Do wyboru, do koloru. Kilkanaście nekropolii do dyspozycji…

Podeszła do niego i odwinęła oba rękawy koszuli, pokazując w zgięciu ramion liczne ślady po zastrzykach.

– To jest śmierć. To jest śmierć! Borkowski znalazł lepszą metodę niż my i Urząd!

– Chcesz być następna na cmentarz?! – powtórzył Gusiew. – Chcesz być następna?

– A która byłam na Węgrzech? – podsunęła mu pod nos ślady po zastrzykach. – Jak myślisz? Która byłam? Ile przede mną poszło, w dupę jeża, wąchać trawę od spodu?

– Chryste! Nie mówisz poważnie?

– Mówię!

– Nie, nie, nie… To nie tak! – Gusiew wstał spod ściany i zaczął żłopać piwo. – Nigdy w życiu! Nie włączę tego.

– Włączysz, Gusiew. Uwierz mi. Włączysz. Albo… – podsunęła mu swoje przedramiona dosłownie przed oczy. Nie mógł się cofnąć, bo stał pod ścianą. – Włączysz, albo szukaj dla mnie miejsca na którymś z waszych ślicznych cmentarzy. Następnego zastrzyku już nie przeżyję.

Uśmiechnęła się ciepło. Zmrużyła oczy, przekrzywiła głowę.

– O kurwa! – Gusiew nie mógł nawet wytrzeć potu z twarzy. Stała za blisko.

– No… Parę razy w życiu się puściłam – Irmina znowu pokazała swoje śliczne zęby. – Ale żeby zaraz per „kurwa”?

Dietrich roześmiał się cicho i zaklął. Gusiew klął głośno.

– No dobra – Ivan otworzył okno i usiadł na parapecie z nogami na zewnątrz. – Włączamy?

– Sam se włączaj! Nie, nie zabiję człowieka.

– To po coś pistolet kupił?

– Dla jaj! Nie zabiję jej.

Irmina wzięła z biurka porzucone notatki Borkowskiego.

– A jeśli ci powiem, że Jarek Wiśniowiecki żyje?

Gusiew ryknął śmiechem.

– Byłem na pogrzebie. Przestań mi tu nareszcie chrzanić!

– Posłuchajcie mnie, chłopaki – zaczęła przerzucać kartki. – Tylko posłuchajcie.

Zaczęła powoli czytać, wodząc palcem po drobnych literach. To były opisy snów, które zbierał Borkowski. Papiery, które zainicjowały jego pracę.

– „Kobieta, lat 36. Mówiła tak: Coś biegło przez czterysta kilometrów. Wszyscy byli zaintrygowani. Znaleźli ślady w takim wielkim parku. Ślady ciągnęły się i ciągnęły. Byli bardzo zdziwieni. Powiedzieli mi, że mogę zostać agentem. Obudziłam się…”.

Irmina wzięła następną kartkę.

– „Mężczyzna, 23 lata. Ocknąłem się w takim wielkim parku. Wydawało mi się, że to nie sen. Że wszystko dzieje się realnie. Podeszła do mnie policja. Powiedzieli, że coś biegło przez prawie czterysta kilometrów jednej nocy. Znaleźli ślady. To coś miało rozstaw nóg na jakieś trzydzieści centymetrów. Policjant pytał, czy mogę dla nich pracować, czy zostanę ich agentem”.

– „Kobieta, 23 lata. Myślałam, że to nie sen, że to się dzieje naprawdę. Wokół było mnóstwo wojska i policji. Podszedł do mnie jeden taki oficer w rogatywce. Powiedział, że Wrocław został zasypany dawno temu i teraz nad nim jest taki wielki park. Ale tam pod spodem coś się dzieje. Coś przebiegło jednej nocy prawie czterysta kilometrów. Oficer spytał, czy zostanę ich agentem. Obudziłam się przerażona!”.

– „Mężczyzna, 44 lata. Nigdy nie śniłem czegoś podobnego. Ja z reguły zapominam wszystkie swoje sny, ale tego nie zapomnę. Wydawało mi się, że nie śnię. To było strasznie realne. Wiem, że się bałem. Cały dygotałem ze strachu, choć wokół było mnóstwo policji. Znaleźli jakieś ślady, ciągnące się od horyzontu po horyzont. To był jakiś park. Wokół było pełno drzew. Jeden z policjantów podszedł do mnie i spytał, czy zostanę ich agentem. Obudziłem się spocony…”.

– „Mężczyzna, 56 lat. To było zupełnie nieprawdopodobne uczucie. Wydawało mi się, że nie śnię. Pamiętam trawniki, drzewa i park. Wokół było pełno wojska i policji. Podszedł do mnie jakiś oficer. Miał na sobie polski mundur, ale wyglądał bardzo dziwnie. Pamiętam, że w tym śnie dygotałem ze strachu. Ten oficer powiedział, że pod spodem, pod ziemią znaczy, jest Wrocław. Zasypany, chociaż nie do końca. Oficer pytał, czy zgodzę się być ich agentem. Obudziłem się, krzycząc. Żona chciała wezwać lekarza, albo nawet pogotowie”.

– „Mężczyzna, 34 lata. To było coś zupełnie nieprawdopodobnego. Nigdy w życiu nie byłem tak strasznie pewny, że nie śnię. Wydawało mi się, że wszystko to dzieje się naprawdę. To był jakiś dziwny świat. Pamiętam ogromny park. Podszedł do mnie jakiś mężczyzna. Dziwnie wyglądał. Miał warkocz. Powiedział, że chcą mnie posłać na dół. Do Wrocławia. Znaczy pod ziemię. Coś biegło i biegło, i biegło… Jednej nocy wiele kilometrów. Jak się obudziłem, to wziąłem środki nasenne, ale już nie mogłem zasnąć tej nocy. Poszedłem do pracy zupełnie struty, bo cały czas pamiętałem, że Wrocław jest pod ziemią. Głęboko. A na górze taki park. Ale ja nie mogłem tam pójść, panie doktorze. Strasznie się bałem…”.