Выбрать главу

Przynajmniej nic na to nie wskazywało. W piątek dwudziestego pierwszego czerwca Martin Beck poczuł się jak przestępca, po raz pierwszy od czasów, kiedy w wieku piętnastu lat podrobił podpis mamy na zwolnieniu, żeby zerwać się ze szkoły i popatrzeć na jeden z pancerników kieszonkowych Hitlera, który zawinął do Sztokholmu.

Właściwie nie dopuścił się niczego zdrożnego. Ba, można by to było uznać za coś absolutnie normalnego i niemającego żadnego związku z przestępstwem, ponieważ kłamstwo ścigane przez prawo nie wchodzi w rachubę, dopóki nie położy się dłoni na Biblii i nie przysięgnie mówić prawdy i tylko prawdy.

Całkiem po prostu oznajmił małżonce, że nie pojedzie na wieś z nią i Rolfem, bo obowiązki służbowe zmuszają go do pracy podczas świątecznych dni. Poinformował o tym głośno i wyraźnie, bezczelnie patrząc Indze w oczy. Zełgał w dniu letniego przesilenia, najdłuższym i najpiękniejszym dniu roku. Kłamstwo było wynikiem spisku, w którym brał udział ktoś jeszcze, kto obiecał pełną dyskrecję i sztamę w razie kłopotliwych pytań.

Ten ktoś czasowo zastępował komisarza.

Nazywał się Sten Lennart Kollberg i jego rola inspiratora była zbyt oczywista, by uznać ją choćby za dwuznaczną.

Na spisek złożyły się dwie przyczyny. Pierwsza, to głęboka niechęć Martina Becka na samą myśl o spędzeniu dwóch albo trzech dni w towarzystwie małżonki i chlejącego szwagra, które zapowiadały się koszmarniej niż zwykle, bo Ingrid pojechała do Leningradu na jakiś kurs językowy i w nikim nie miałby oparcia. Druga, to pozostający do dyspozycji Kollberga dom letniskowy jego teściów w Sörmlandii, gdzie tymczasowy komisarz już zawiózł pokaźne ilości prowiantu i życiodajnych napitków.

Mimo tych mocnych, a w każdym razie wytłumaczalnych, powodów Martin Beck czuł się podle. Brzydził się kłamstwem, nie przywykł do takich sytuacji. Dużo później zda sobie sprawę, że właśnie ta chwila odmieni jego życie. Hm, lepiej późno niż wcale.

Nie miało to nic a nic wspólnego z jego zawodem. Policjanci nie kłamią rzadziej od innych, szwedzcy policjanci nie kłamią rzadziej od swoich zagranicznych kolegów. Według statystyk jest raczej na odwrót.

W przypadku Martina Becka chodziło o zwykłą moralność. Przyjął określoną postawę, z której sam się rozgrzeszył wbrew wyznawanym dotychczas wartościom. Tylko przyszłość pokaże, jak zsumują się wygrane i przegrane w bilansie jego życia.

Tak czy inaczej, po raz pierwszy od lat spędził przemiły i w miarę niefrasobliwy weekend. Przynajmniej na razie udało mu się zapomnieć o drobnym oszustwie.

Kollberg, świetny organizator i konspirator, znakomicie dobrał towarzystwo. Słowo „policja” padło zaledwie kilka razy, rozmowy o pracy, znienawidzonej, zmitologizowanej Służbie były surowo zabronione.

Z jednym wyjątkiem. No, może dwoma. O długim, ciepłym zmierzchu Martin Beck siedział na trawie z Åsą Torell, Kollbergiem i paroma innymi osobami, podziwiając majowe drzewko, które sami przystroili i wokół którego tańczyli. Byli porządnie zmęczeni i pogryzieni przez komary.

– Myślisz, że kiedykolwiek się dowiemy, kim był ten gość z Sundbybergu? – spytał rozkojarzony Martin Beck.

Kollberg nie wahał się ani sekundy.

– Never.

– Jaki gość z Sundbybergu? – zainteresowała się Åsa Torell, młoda utalentowana osóbka, wszystkiego ciekawa.

– Wydaje mi się, że ta sprawa eksploduje na naszych oczach – skomentował Kollberg. – Tak jak się zaczęła.

– Aha. Już wiem, o czym mówicie – powiedziała Åsa Torell. – Na czyich oczach?

– Naturalnie moich – przyznał Kollberg. – Tylko ja mam to gdzieś. Jeszcze chwila, a cię zastrzelę, jak zaczniesz opowiadać o glinach.

Åsa Torell kończyła szkołę policyjną.

Przy innej okazji wymieniła z Martinem Beckiem kilka uwag na ten temat.

– Postanowiłaś zostać policjantką, bo Åke zginął?

– Nie, właściwie nie. – Obracała papierosa w dłoni. – Chciałam zmienić zawód. Zacząć nowe życie. Poza tym to potrzebne.

– Co? Dziewczyny policjantki?

– Rozsądni ludzie, którzy decydują się na pracę w policji. Pomyśl o tych wszystkich idiotach w branży.

Wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się i cicho, na bosaka, odeszła.

Szczupła kobieta o dużych piwnych oczach i krótkich ciemnych włosach.

Poza tym nie wydarzyło się nic godnego uwagi i w niedzielę Martin Beck wrócił do domu na lekkim kacu, zadowolony i bez przesadnych wyrzutów sumienia.

Srebrzysty turbośmigłowy Il-18 linii Tarom przewoził Pera Månssona z upalnego lotniska w Konstancy do zdecydowanie przewiewniejszej Bulltofty w Malmö. Ponieważ wiał porywisty południowo-wschodni wiatr, maszyna zatoczyła szeroki łuk nad Sundem, zanim usiadła na szwedzkiej ziemi. Był piękny letni dzień. Månsson wyraźnie widział Saltholm, Kopenhagę i pięć statków pasażerskich kursujących między Malmö i Danią, które wydawały się absolutnie nieruchome, okolone białą, skamieniałą falą dziobową. Nieco później zobaczył port przemysłowy, gdzie blisko trzy miesiące temu nadzorował wyciąganie z basenu wraku i topielca. Ale tego nie roztrząsał, bo nie był na służbie.

Uparcie patrzył przez okno przede wszystkim dlatego, że nie chciał oglądać swojej żony. Choć po kilku pełnych wrażeń dniach znów się w niej zakochał, teraz, po trzech wspólnych tygodniach oboje mieli siebie dosyć. Marzył o kawalerce na Regementsgatan, samotnych wieczorach z wykałaczką w kąciku ust i schłodzonym gripenbergu w zasięgu ręki. Mało tego, tęsknił nawet do widoku ponurego, wyasfaltowanego dziedzińca komendy.

W Malmö wcale nie było tak sielankowo i spokojnie, jak mogło się wydawać z pokładu samolotu. Już w pierwszym tygodniu wpadł w wir pracy. Zajmował się wszystkim: od rozruchów politycznych i bójki na noże po genialny napad na bank, zaplanowany akurat w jego mieście, który postawił na nogi policję z połowy kraju, zanim po kilku dniach sprawę wyjaśniono.

Miał co robić i dlatego dopiero w trzeci poniedziałek lipca zaczął się poważnie zastanawiać nad Olofssonem. Późnym wieczorem wysnuł wnioski z tego, co widział przy podchodzeniu do lądowania, i kiedy wreszcie wszystko złożył do kupy, rzecz wydawała się niemal oczywista.

O wpół do dwunastej w nocy jednym haustem wychylił drinka, wstał z fotela i poszedł spać, przekonany, że wkrótce znajdzie odpowiedź na najbardziej irytujące go pytanie.

Rozdział 27

Pierwsza połowa lipca była chłodna i deszczowa. Urlopowicze, zachęceni ciepłym, pięknym czerwcem, zrezygnowali z wyjazdów do południowych krajów, żeby cieszyć się szwedzkim latem, po czym klęli na czym świat stoi, patrząc na deszcz z mokrych namiotów i przyczep kempingowych i marząc o zalanych słońcem plażach Morza Śródziemnego. Ale kiedy w połowie drugiego tygodnia na błękitnym niebie pojawiła się ognista kula zasnuta rozedrganym upalnym powietrzem, kiedy z wilgotnej ziemi i zieleni zaczęły buchać pachnące opary, ucichły przekleństwa miotane na ojczyznę i dumni Szwedzi włożyli nowiutkie kolorowe ciuszki i ruszyli na podbój wsi i przysiółków. Na szosach zaroiło się od lśniących pojazdów, na przydrożnych parkingach, pośród stert śmieci, biwakowały całe rodziny. Ich członkowie wyjmowali z samochodów turystyczny sprzęt, termosy i prowiant, w kłębach kurzu i spalin słuchali melodyjek płynących z odbiorników tranzystorowych, dzielili się uwagami o przejeżdżających autach, patrzyli na rachityczną roślinność po drugiej stronie szosy i współczuli biedakom, którzy zostali w mieście.

Martin Beck sobie nie współczuł. W każdym razie nie dlatego, że musiał siedzieć w Sztokholmie i pracować przez cały lipiec. Przeciwnie, latem najlepiej czuł się w mieście. Nie brał wtedy urlopu, bo mimo wszystko kochał Sztokholm i lubił swobodnie się po nim poruszać – bez tłoku, pośpiechu, rozpychania się, bez nasilającego się z roku na rok ruchu samochodowego, który go przytłaczał, deprymował i dusił trującymi gazami. W upalne lipcowe niedziele włóczył się pustymi ulicami śródmieścia albo spacerował wieczorami wzdłuż nabrzeża, wdychając niesiony bryzą zapach trawy skoszonej gdzieś na łące opodal Mälaren albo wodorostów z archipelagu.