Выбрать главу

Za nim, melancholijny duch Manfreda prycha, lekko urażony, i zastanawia się nad egzystencjalną decyzją: być albo nie być. Potem ją podejmuje.

* * *

Witamy w wieku dwudziestym trzecim, a może dwudziestym czwartym. A może dwudziestym drugim, nieprzytomnym od przesunięcia czasowego, oszołomionym zatrzymaniem procesów życiowych i relatywistyczną jazdą; w tych czasach niespecjalnie ma to znaczenie. Resztki rozpoznawalnej ludzkości rozproszyły się po stu latach świetlnych, mieszkają teraz w wydrążonych asteroidach i cylindrycznych habitatach wirujących na orbitach wokół zimnych brązowych karłów i bezsłonecznych planet wałęsających się w pustce międzygwiezdnej. Wykradzione z routerów obcych mechanizmy zostały skanibalizowane, uproszczone tak, że pospolity nadczłowiek prawie je rozumie, i zamienione w generatory par tuneli czasoprzestrzennych, zapewniających natychmiastowy, przełączalny transport na ogromne odległości. Inne mechanizmy, pochodzące w linii prostej od zaawansowanej nanotechnologii rozwiniętej podczas rozkwitu ludzkiej technognozy w XXI wieku, sprawiły, że replikacja głupiej materii jest banałem; to nie jest społeczeństwo przyzwyczajone do niedoboru.

Jednakże pod pewnymi względami Nowa Japonia, Niewidzialne Cesarstwo i inne ludzkie ustroje są ubogim zaściankiem. Nie biorą udziału w postludzkich gospodarkach nowszych generacji. Ledwie rozumieją leniwe szepty Wyrodnego Potomstwa — ich budżet masowo-energetyczny (oparty na całkowitej konwersji swobodnej materii dawnego Układu Słonecznego na komputronium) przekracza to, czym rozporządza pięćdziesiąt zamieszkanych przez ludzi brązowych karłów. I wciąż niepokojąco mało wiedzą o prehistorii inteligencji w tym wszechświecie, o pochodzeniu sieci routerów, oplatającej tyle upadłych cywilizacji siecią rozkładu i śmierci, o dalekich, wielkich jak galaktyki rozbłyskach przetwarzania informacji, z mierzalnym przesunięciem ku czerwieni, nawet o swobodnych postludziach, w pewnym sensie żyjących pośród nich, bo współdzielących jeden stożek światła z tymi żyjącymi skamieniałościami staroświeckiej ludzkości.

Sirhan i Rita osiedli w tym uroczym, życzliwym dla ludzi zaścianku, żeby założyć rodzinę, zająć się ksenoarcheologią oraz uniknąć zgiełku i chaosu, jakie cechowały kilka ostatnich pokoleń w historii rodu. Żyje im się dość wygodnie, a akademickie stypendium dla nuklearnej rodzinki jest może niezbyt duże, ale w tym miejscu i czasie zupełnie wystarcza na wszelkie cywilizacyjne udogodnienia. A to Sirhanowi (i Ricie) znakomicie odpowiada; burzliwe dzieje ich przedsiębiorczych przodków kończyły się krzywdą, obawami i przygodami, a jak lubi powtarzać Sirhan, przygody to straszne rzeczy, które przydarzają się komuś innemu.

Tylko że…

Aineko wrócił. Aineko, który po negocjacjach dotyczących zainstalowania pierwszego habitatu uchodźców na orbicie wokół Hyundaia+4904/-56 zniknął w sieci routerów razem z inną instancją Manfreda — oraz częściowymi kopiami Sirhana i Rity, szukającymi przygody, a nie przytulnego domu. Sirhan zawarł wtedy z Aineko pewien faustowski układ i teraz boi się śmiertelnie, że kot upomni się o swoją zapłatę.

* * *

Manfred idzie przez gabinet luster. Na jego drugim końcu wychodzi w przestrzeń publiczną, wystylizowaną na gąbkę Mengera — sześcian, z którego powycinano kolejne, coraz mniejsze kostki, aż jego powierzchnia zaczęła dążyć do nieskończoności. Oczywiście, tutaj jest świat cielesny, więc to nie jest prawdziwa gąbka Mengera, ale z daleka wygląda całkiem porządnie, ma tych dziurek co najmniej cztery poziomy.

Zatrzymuje się przed wysoką do pasa diamentową barierką i spogląda w dół na przypominającą figurę niemożliwą otchłań we wnętrzu sześcianu, na pełen zieleni ogród z uroczymi mostkami przecinającymi starannie ukształtowane według zasad feng shui strumienie. Potem spogląda w górę: niektóre z pseudofraktalnie wyciętych kwadratowych otworków to wychodzące na publiczną przestrzeń okna budynków mieszkalnych lub wspólnych. Jeszcze wyżej, w powietrznych prądach wentylacji krążą motylowate stworzenia o egzotycznie ubarwionych skrzydłach. Trudno stąd ocenić, ale największy otwór kostki ma chyba pięćset na pięćset metrów, a tam to — może to postludzie z niskograwitacyjnymi skrzydłami — anioły.

Anioły czy szczury w murach? — pyta sam siebie i wzdycha. Połowa jego rozszerzeń jest wyłączona, były bowiem tak beznadziejnie przestarzałe, że asemblerowi świątyni nawet nie chciało się ich odtwarzać, czy choćby tworzyć środowisk emulacyjnych, w których mogłyby działać. A reszta… no, przynajmniej nadal jest fizycznie ortoczłowiekiem, uświadamia sobie. W pełni działającym, w pełni mężczyzną. Nie wszystko się zmieniło — tylko istotne kwestie. Trochę to śmieszne, trochę straszne, nieco ironiczne. Oto stoi, nagi, jak go Pan Bóg stworzył — bo też i jest świeżo stworzony, uwolniony z cyklu przebudzenie-doświadczenie-reset w świątyni historii — na progu postludzkiej cywilizacji, która jest tak bogata, że potrafi budować w kriogenicznych otchłaniach kosmosu przyjazne ssakom habitaty, do tego piękne jak dzieła sztuki. A jednak jest biedny, cały ten ustrój jest biedny, i nigdy się z tej biedy nie wyrwie, bo jest wysypiskiem śmieci dla biednych postludzkich outsiderów, takich postosobliwościowych australopiteków. W nowym, wspaniałym świecie Wyrodnego Potomstwa daliby sobie radę równie świetnie jak praczłowiek w roli naukowca od rakiet w czasach Wernhera von Brauna. Urodzeni dla prymitywizmu, z zadowoleniem tarzają się w błocie swojego ograniczonego pasma poznawczego. Dlatego uciekli w ciemność, gdzie zbudowali sobie cywilizację tak piękną, że przyćmiewa wszystko, co powstało przed osobliwością na Ziemi — a i tak jest to slumsowata rudera zamieszkana przez niepełnosprawnych umysłowo.

Ta sprzeczność bawi go, ale tylko przez chwilę. Miał przecież powód, by się zreinkarnować: jego uwagę przykuła rzucona przez Sirhana mimochodem uwaga o kocie.

— Miasto, gdzie mogę dostać jakieś ubrania? — pyta. — Chodzi mi o coś społecznie akceptowanego. No i trochę, eee… mózgów. Muszę się odciążyć od części myślenia…

Umysł miasta chichocze mu w tyle głowy: Manfred uświadamia sobie, że po drugiej stronie zdobnej ściany, o którą się opiera, znajduje się publiczny asembler.

— Aaa — mruczy, gdy w głowie pojawia mu się coś podobnego do dawnego, prymitywnego neuronowego interfejsu, ikony o cukierkowych barwach, nakładki na obraz i tak dalej.

Daje się w ogromnym stopniu zmieniać, tak że po chwili z niespodziewanym dystansem zauważa, że to nie jego wyobraźnia, lecz nieskończenie modyfikowalny interfejs do wielopłaszczyznowych przestrzeni informatycznych tego ustroju, przełączony na jego użytek w tryb dla mocno początkujących. To prawda — przydadzą mu się boczne kółeczka. Ale dojście jak poprosić asembler o zrobienie pary spodni i czarnej koszulki nie zajmuje mu zbyt wiele czasu, odkrywa też, że jeśli prośby są w miarę proste, wyniki otrzymuje się za darmo — tak jak w domu, na Saturnie. Kosmiczne ustroje są przyjazne ubogim, bo podstawowe życiowe potrzeby kosztują niewiele, a pozbawienie ich kogoś równałoby się zabójstwu. (Może i obecność transludzi wywróciła do góry nogami całą tratwę dawnych pewników, ale przynajmniej nie zaszkodziła specjalnie zasadzie wzajemności).

Ubrany i mniej lub bardziej świadomy — a przynajmniej na ludzkim poziomie — zaczyna się doinformowywać.

— Gdzie mieszkają Sirhan i Rita? — pyta.

Ukazuje się kropkowana linia, wijąca się w nieprawdopodobny sposób przez ścianę, domyśla się więc, że prowadzi przez natychmiastowy tunel łączący punkty odległe o wiele lat świetlnych. Kręci głową w skonsternowaniu. Chyba powinienem ich odwiedzić, decyduje. Zresztą, nie ma tu nikogo więcej, prawda? Franklinowie zniknęli w okołosłonecznym mózgu-matrioszce, Pamela zmarła wieki temu (to dopiero szkoda; w życiu nie spodziewał się, że za nią zatęskni), a Annette skumała się z Giannim, kiedy on był stadem gołębi. (To odkreślamy grubą kreską i mówimy, że wszystko skończone). Córkę pochłonął program eksploracji dalekiego kosmosu. On sam zaś nie żył tak długo, że jego przyjaciele i znajomi rozproszyli się po stożku światła szerokim na całe stulecia. Nie przychodzi mu do głowy nikt więcej, kogo mógłby tutaj spotkać, poza oddanym wnukiem, który sam z siebie dba, by ogarek czci dla przodka płonął nieprzerwanie.