— Co to było?! — wykrzykuje Pierre, odpowiadając na cichy brzęk dzwonka.
— Mamy gości — powtarza Ang, przerywając rytmiczne przeżuwanie. (Próbuje się podkręcić żuciem betelu, choć najpierw usunęła z niego czarami plamiący zęby barwnik, a za parę godzin pewnie zrobi sobie detoks). — Od dłuższego czasu się buforują; samo wysyłanie potwierdzeń zżera nam większość pasma w tamtą stronę.
— Kto to może być? Jakiś pomysł? — pyta Pierre i zakłada nogi na oparcie pustego fotela sternika. Wpatruje się ponuro w bezmiar szarozielonego oceanu.
Ang znów przeżuwa, obserwując go z miną, której Pierre nie umie zinterpretować.
— Nadal są zamknięci — mówi. Pauza. — Ale błyskiem przyszło coś od Franklinów, z domu. Jeden z nich to prawnik, a drugi jest producentem filmowym.
— Producentem filmowym?
— Trust Franklina mówi, że pomoże nam pokryć koszty procesowe. Myanmar zyskuje przewagę. Już wezwali do stawienia się instancję Amber z orbity, a proces chcą prowadzić w jakimś niszowym systemie prawnym. Rekonstrukcjonistyczne Chrześcijańskie Cesarstwo Oregonu, czy coś takiego.
— Och… — Pierre się krzywi.
Codzienne wiadomości z Ziemi, przesyłane słabszym, modulowanym laserem, są coraz gorsze. Z pozytywów: Amber jest niewiarygodnie bogata — reputacyjne futuresy oparte na dobrym imieniu ojca oznaczają, że ludzie staną na rzęsach, żeby coś dla niej zrobić. Ma też mnóstwo majątku: setki gigaton skał na niskiej orbicie okołojowiszowej z wystarczającą energią kinetyczną, żeby zasilać Europę Północną przez sto lat. Ale międzygwiezdna wyprawa mocno zżera te pieniądze — zarówno tradycyjne środki do pośredniczenia w wymianie towarowej, jak i nowocześniejsze, bardziej kreatywne ich odmiany — mniej więcej tak, jakby ładowano zielone papierki łopatą na taśmociąg prowadzący prosto w wylot działającego silnika rakietowego. Samo tylko powstrzymywanie protestów ekologów przeciwko wybijaniu z orbity małego księżyca Jowisza to nie lada praca. Poza tym obudziła się cała banda ziemskich władz państwowych i próbuje środkami legislacyjnymi wykroić kawałek tortu dla siebie. Nikt jeszcze nie próbował przejęcia siłą (Imperium Pierścienia ma na smyczy dwieście gigawatów w laserach, a Amber traktuje suwerenność bardzo poważnie: zawnioskowała nawet o członkostwo w ONZ i Komisji Europejskiej), ale same te upierdliwe procesy, kumulując się, już prawie uniemożliwiają im pracę. Niemal jak sankcje ekonomiczne. Sprawy nie ułatwia także odejście na emeryturę wujka Gianniego.
— Coś na ten temat? — pyta Pierre.
— Mmmhm. — Ang chyba jest czymś zirytowana. — Zaczekaj na naszą kolej, za parę dni wylezą z bufora. Może ten prawnik zabierze trochę dłużej, ma ze sobą jakąś ogromną paczkę danych. Pewnie kolejny półrozumny pozew zbiorowy.
— Na pewno. Nigdy się nie nauczą, co?
— Czego? Naszego systemu prawnego?
— Uhm. — Pierre kiwa głową. — To jeden z lepszych pomysłów Amber: zreanimowanie jedenastowiecznego szkockiego prawa i uzupełnienie go o parę nowych opcji dotyczących pieniactwa, rozstrzygnięcia przez pojedynek oraz uniewinnienia za poręczeniem. — Krzywi się i wypączkowuje parę duchów, żeby czekały na przybycie gości; potem wraca do konserwacji żagla.
Przestrzeń międzygwiezdna jest pełna ostrego pyłu — przy tej prędkości każde ziarenko ma energię pocisku armatniego — i żagiel laserowy znajduje się w nieustannym stanie rozkładu. Spory fragment masy układu napędowego stanowią srebrne płatki do łatania i naprawiania dziur powyrywanych w cienkiej jak bańka mydlana błonie. Trudność polega na tym, że należy wiedzieć, gdzie najbardziej potrzeba skierować zasoby naprawcze, jednocześnie minimalizując naprężenia w linach nośnych, unikając rezonansu i nierównowagi ciągu. Tresując roboty naprawcze, cały czas rozpamiętuje nienawistny list od starszego brata (który wciąż wini go o śmierć ojca), religijne napomnienia Sadeqa — myśli o nich: zabobonne bzdury — niestałość władczych kobiet i nieskończone otchłanie swej własnej, dziewiętnastoletniej duszy.
W czasie, gdy on duma, Ang najwyraźniej kończy to co robiła i znika — nie chce jej się nawet skorzystać z połyskujących mahoniowych drzwi z tyłu mostka, po prostu wyparowuje i materializuje się w innym miejscu.
Pierre zastanawia się, czy jest wkurzona — unosi wzrok i dokładnie w tym momencie w jego mapę pamięci wpina się z powrotem jeden z duchów; odtąd wie, co się stało, gdy spotkał się z nowym przybyszem. Wytrzeszcza oczy.
— Cholera!
Do wirtualnego świata Wędrownego cyrku pierwszy ściągnął się nie producent, lecz właśnie prawnik. Ktoś będzie musiał powiedzieć Amber, a rozmowa z nią to ostatnia rzecz, której by chciał. Lecz pewnie będzie musiał zadzwonić — to nie jest jakaś rutynowa wizyta, ten prawnik oznacza problemy.
Bierzemy mózg i wsadzamy go do słoika. A jeszcze lepiej: bierzemy mapę mózgu i wsadzamy ją do mapy butelki — albo ciała — i karmimy sygnałami, udającymi jego neurologiczne bodźce. Odczytujemy impulsy wyjściowe i przesyłamy do modelowego ciała w modelowym świecie, posiadającym model fizyki — w ten sposób zamykamy pętlę. Kartezjusz zrozumiałby to bez problemu. Tak właśnie, w uproszczeniu, wyglądają pasażerowie Wędrownego cyrku. Niegdyś fizyczni ludzie, teraz ich neuronowy soft (razem z mapą podczaszkowego białkowego sprzętu, na którym chodzi) został przeniesiony do wirtualnej maszyny wykonywanej przez bardzo potężny komputer, tak że świat, którego doświadczają, jest zaledwie snem we śnie.
Mózgi w słoikach — obdarzone potęgą: całkowitą, dyktatorską władzą nad rzeczywistością, w której przebywają — rezygnują czasem z procesów, które w ciałach są nie do uniknięcia. Menstruacja jest nieobowiązkowa. Opcjonalne: wymioty, anginy, zmęczenie i zdrętwienie, podo. Tak samo śmierć ciała i jego rozkład. Niektóre jednak nie ustają, bo ludzie (choćby i skonwertowani na swój programowy opis, przesłani wysokoprzepustowym laserowym łączem i uruchomieni na innym wirtualnym środowisku) tego nie chcą. Oddychanie jest zbyteczne, ale brak tego odruchu jest bardzo nieprzyjemny, jeśli nie zmanipuluje się mapy podwzgórza, czego większość homomorficznych transferów wolałaby nie robić. Potem mamy jedzenie — nie z głodu, lecz dla przyjemności: na wyciągnięcie ręki jest danie ze smażonego dodo przyprawianego sylfionem, no bo właściwie dlaczego nie? Wygląda na to, że ludzkie przywiązanie do bodźców zmysłowych ma się dobrze. Już nie wspominając o seksie i innowacjach technicznych, jakie stają się możliwe, gdy można zmieniać cały wszechświat. I zamieszkujące go ciała.
Audiencja dla nowych gości odbywa się w jeszcze innym filmie: w paryskim pałacu Karola IX, w sali tronowej przeniesionej hurtem z „Królowej Margot” Patrice’a Chereau. Amber uparła się przy historycznej autentyczności, realizmie na jedenaście gwiazdek z dziesięciu. Jest rok 1572 po sufit, realistyczny na maksa. Pierre burczy w rozdrażnieniu, nieprzyzwyczajony do brody. Uwiera go suspensorium, a ukradkowe spojrzenia upewniają, że nie tylko on na dworze czuje się niekomfortowo. Natomiast Amber wygląda olśniewająco w sukni noszonej przez Isabelle Adjani w roli Małgorzaty de Valois, a jaskrawe promienie słońca, wlewające się do sali przez witraże wysoko ponad głowami zimboe-aktorów, przydają całej imprezie swego rodzaju prymitywnego majestatu. Jest aż gęsto od ciał w sutannach, kubrakach i mocno wyciętych sukniach — niektóre zamieszkują prawdziwi ludzie. Pierre znów pociąga nosem: ktoś (pewnie Gavin, z jego historycznym pierdolcem) postarał się o realistyczne zapachy. Ma cholerną nadzieję, że nikt się nie zrzyga. Na szczęście nikomu nie przyszło do głowy przebrać się za Katarzynę Medycejską…