Grupka aktorów odgrywających hugenockich żołnierzy podchodzi do tronu, na którym zasiada Amber: powoli kroczą naprzód, eskortując dość skonsternowanego jegomościa z długimi prostymi włosami, w brokatowym surducie, chyba uszytym ze złotogłowia.
— Jego lordowska mość, królewski adwokat Alan Glashwiecz! — obwieszcza lokaj, odczytując to z pergaminu. — Obecny tu na rozkaz znakomitej gildii i kancelarii prawniczej Smoot, Sedgwick Associates. Ma ważkie sprawy natury prawniczej do omówienia z Jej Królewską Mością!
Fanfara. Pierre zerka na Jej Królewską Mość, która elegancko kiwa głową, choć wygląda na lekko zmęczoną — jest parny letni dzień, w tych wielowarstwowych szatach musi być bardzo gorąco.
— Witam na najdalszych rubieżach Imperium Pierścienia — oznajmia głosem dźwięcznym jak dzwon. — Serdecznie pana witam i zapraszam do przedstawienia mi swojej petycji na publicznej audiencji w obliczu mego dworu.
Pierre skupia wzrok na Glashwieczu, który wydaje się zaniepokojony. Na pewno przyswoił sobie podstawy dworskiej etykiety pierścienia (osiemnaście tysięcy mieszkańców tam w domu, czyli rosnące księstewko), ale zawsze chwilę trwa, zanim przybysz uświadomi sobie samą rzeczywistość, autentyczną staroświecką monarchię opartą na trzech filarach władzy Amber: energii, danych i czasie.
— Z najwyższą przyjemnością — odpowiada trochę sztywno — ale w obecności wszystkich tych…
Pierre przegapia ciąg dalszy, czując, że ktoś dźgnął go palcem w pośladek. Podskakuje i odwraca głowę, widząc damę dworu Su Ang patrzącą przez niego na tron. Jest ubrana w morelową sukienkę z obcisłymi rękawami i gorsetem obnażającym wszystko powyżej sutków. We włosach nosi fortunę w perłach. Ang mruga do niego.
Pierre pauzuje scenę, odrywając ją od rzeczywistości, odwraca się do niej.
— Jesteśmy teraz sami? — pyta Ang.
— Raczej tak. Chcesz o czymś pogadać? — pyta Pierre, czując falę ciepła na policzkach. Szum wokół to przypadkowy szmer generowanego komputerowo tłumu, unieruchomionego w ich współdzielonym wątku rzeczywistości, przetwarzanym niezależnie od reszty wszechświata.
— Oczywiście! — Ang uśmiecha się do niego i wzrusza ramionami.
Biust ma oszałamiający — w gorsecie z tamtych czasów nawet szkielet miałby rowek między piersiami. Jeszcze raz doń mruga.
— Oj, Pierre. Tak łatwo cię rozkojarzyć! — Pstryka palcami i jej ubranie zmienia się kolejno w afgański czador, nagość, garnitur i z powrotem w dworską suknię. Jedynym niezmiennikiem jest uśmiech. — No dobra, teraz uważasz: przestań się na mnie gapić i popatrz na niego.
Pierre, jeszcze bardziej zażenowany, spogląda za jej wyciągniętą ręką aż ku chwilowo zamrożonemu emisariuszowi Maurów.
— Na Sadeqa?
— Pierre, Sadeq go zna. Ten gość oznacza, że coś jest nie tak.
— Kurna, myślisz, że nie wiem? — Pierre spogląda na nią ze złością, zapomniawszy o zażenowaniu. — Widziałem go już. Śledziłem, co robił przez wiele lat. Gość jest przykrywką dla Królowej Matki. Robił za jej prawnika rozwodowego, kiedy rozprawiała się z ojcem Amber.
— Przepraszam. — Ang odwraca wzrok. — Ostatnio trochę nie byłeś sobą. Wiem, że coś między tobą a królową poszło nie tak. Niepokoiło mnie to. Nie zwracasz uwagi na szczegóły.
— Tak? A kto według ciebie ostrzegł Amber?
— A. Okej, czyli jesteś w obiegu. Zresztą, nie wiem. Byłeś rozkojarzony. Mogę ci jakoś pomóc?
— Posłuchaj. — Pierre kładzie dłonie na jej ramionach.
Ona nie porusza się, ale unosi wzrok i patrzy mu w oczy — Su Ang ma zaledwie metr sześćdziesiąt wzrostu.
Pierre czuje ukłucie czegoś dziwnego: to nastoletnia męska niepewność co do kobiecej przyjaźni. Czego ona chce?
— Wiem i przepraszam, postaram się bardziej zwracać uwagę, ale ostatnio sporo czasu spędzałem we własnej głowie. Powinniśmy wrócić na salę, zanim ktoś zauważy.
— A nie chcesz najpierw pogadać o tym problemie? — pyta Ang, chcąc wzbudzić jego zaufanie.
— No… — Pierre kręci głową.
Mógłbym wszystko jej powiedzieć, uświadamia sobie niepewnie, poszturchiwany nerwowo przez metasumienie. Ma paru takich agentów-speców od porad osobistych, ale Ang to osoba z krwi i kości oraz przyjaciółka. Nie będzie go osądzała, a jej model ludzkich zachowań społecznych jest na pewno o niebo lepszy niż u tych systemów ekspertowych. Lecz zaraz skończy się czas, a poza tym Pierre czuje się nieczysto.
— Dobra, nie teraz — mówi. — Wracajmy.
— Okej. — Ang kiwa głową, odwraca się, ze świstem spódnic odsuwa od niego o krok, on zaś jeszcze raz odmraża czas i wskakują z powrotem na miejsce w większym świecie, w samą porę, by zobaczyć, jak szanowny gość wręcza królowej pozew zbiorowy, królowa zaś postanawia, że rozstrzygnięcie nastąpi przez pojedynek.
Hyundai+4904/-56 to brązowy karzeł, bryła brudnego wodoru skompresowanego podczas narodzin gwiazd, ośmiokrotnie cięższy od Jowisza, ale nie na tyle ciężki, by rozpalić się własną reakcją termojądrową. Nieubłagana presja grawitacji przezwyciężyła w jego rdzeniu siłę odpychania elektronów, prasując je w warstwę mazi otaczającej sferę materii zdegenerowanej. Jest niewiele większy od gazowego olbrzyma będącego źródłem energii dla ludzkiego statku, ale o wiele gęstszy. Gigalata temu przypadkowe zdarzenie, gdy gwiazdy omal się nie zderzyły, wyrzuciło go, koziołkującego, we własny układ, skazując na dryf w wiecznej ciemności, razem z gromadką uwijających się wokół dla towarzystwa zamrożonych księżyców.
Gdy Wędrowny cyrk wyhamowuje w małej odległości od niego, pozbywszy się głównego żagla, który dryfuje teraz nieco dalej, w przestrzeni międzygwiezdnej, odbijając światło ku mniejszemu, rezerwowemu żaglowi i spowalniając w ten sposób statek, Hyundai+4904/-56 znajduje się niecały parsek od Ziemi, bliżej niż Proxima Centauri. W widzialnym zakresie jest kompletnie ciemny i mógłby przedryfować przez obrzeże Układu Słonecznego niedostrzeżony przez konwencjonalne teleskopy w bezpośredniej obserwacji. Swoją nazwę zawdzięcza dopiero badaniom nieba w podczerwieni z początków obecnego wieku.
Na mostku (idącym teraz na jedną dziesiątą czasu rzeczywistego) zebrała się gromadka pasażerów i załogi, żeby obserwować przylot. Amber zasiadła, skulona, w fotelu kapitana, markotnie obserwując zgromadzone awatary. Pierre wciąż unika jej przy każdej okazji poza oficjalnymi audiencjami, a adwokat-rekin i jego ukochana hydra nie byli zaproszeni, poza nimi jednak jest tutaj większość ludzi. Na warstwach wirtualizacyjnych Wędrownego cyrku uruchomiono trzydzieści sześć transferów osobowości, soft wykopiowany z ciał, które tam, w domu, w większości spokojnie sobie żyją. Spory tłumek — ale w tłumie też można odczuwać samotność, nawet jeśli się nim rządzi. A zwłaszcza gdy martwisz się długiem, choć jesteś miliarderką, beneficjentką największego ludzkiego funduszu opartego na wycenie reputacji. Strój Amber — czarne legginsy, czarny sweter — jest równie mroczny, jak jej nastrój.