Выбрать главу

— Gryziesz się czymś. — Na oparciu fotela obok pojawia się dłoń.

Amber rozgląda się i kiwa głową na przywitanie.

— Tia. Usiądź sobie. Nie byłeś na audiencji?

Chudy, śniady mężczyzna z krótko przyciętą bródką i głęboko pobrużdżonym czołem wślizguje się na siedzenie obok.

— Była obca mojemu dziedzictwu kulturalnemu — wyjaśnia ostrożnie — chociaż sama sytuacja nie jest mi do końca nieznana. — Przelotny uśmiech grozi rozlaniem się po jego kamiennej twarzy. — Ale obsada wydała mi się odrobinę bulwersująca.

— Nie jestem żadną Małgorzatą de Valois, ale ta nieobsadzona rola… powiedzmy po prostu, że kostium pasuje. — Amber odchyla się w fotelu. — Wiesz, Małgorzata miała interesujące życie — rzuca z namysłem.

— Masz na myśli: zepsute i rozpasane? — ripostuje sąsiad.

— Sadeq. — Zamyka oczy. — Nie spierajmy się teraz o bezwzględne miary moralności, okej? Mamy do zrobienia wejście na orbitę, potem odnalezienie artefaktu i nawiązanie dialogu, a ja już mam dosyć. Jestem wyczerpana.

— Ach… to przepraszam. — Pochyla głowę. — Czy to wina tego młodzieńca? Czy jakoś ci uchybił?

— Niezupełnie… — Amber się waha.

Sadeq, którego zaprosiła na statek, żeby w razie, gdyby natrafili na jakichś bogów, mieć na pokładzie teologa, zajął się jej duchowym samopoczuciem, jak czymś w rodzaju hobby. Czasem uważa to za lekko obraźliwe, niekiedy jej to pochlebia, ale zawsze jest surrealistyczne. Sadeq, korzystając z kwantowych technik badawczych dostępnych dla obywateli Imperium Pierścienia, prześcignął swych kolegów w liczbie publikacji i w bezprecedensowo młodym wieku został wybrany hojatolislamem: kiedy wrócą, jego oryginał zapewne już będzie ajatollahem. Rozważnie postępuje wobec różnic kulturowych, rozumuje z nieskazitelną logiką, starannie unika zrażania jej do siebie — i nieustannie stara się kierować jej moralnym rozwojem.

— To prywatne nieporozumienie — oświadcza Amber. — Wolałabym o tym nie mówić, dopóki sobie z tym sami nie poradzimy.

— Dobrze.

Wygląda na nieusatysfakcjonowanego, ale nic w tym dziwnego. Sadeq wciąż ma na butach pył z ulicznego dzieciństwa spędzonego w przemysłowym mieście Yazd. Ona czasami zastanawia się, czy ich różnice zdań nie odzwierciedlają w miniaturze przepaści między początkiem XX i początkiem XXI wieku.

— Wróćmy zatem do spraw bieżących. Wiesz, gdzie jest ten router?

— Dowiem się za parę minut. Albo godzin. — Amber podnosi głos, jednocześnie wypączkowując parę duchów poszukiwawczych: — Borys! Masz jakiś pomysł, gdzie lecieć?

Borys niezdarnie obraca się ku niej. Ubrał się dziś w velociraptora, a one mają problemy z manewrowaniem w ciasnych wnętrzach.

— Posuńcie się trochę! — warczy niecierpliwie. Pokasłuje, co w głębi jego żylastego gardła brzmi groźnie. — Przeszukuję pamięć żagla.

Odwrotna strona cienkiej jak bańka mydlana błony żagla jest pełna maleńkich nanokomputerków, rozmieszczonych parę mikronów jeden od drugiego. Wyposażone w receptory światła, działające jak automaty komórkowe, tworzą gigantyczny detektor ze skanowaniem fazowym, coś w rodzaju siatkówki o ponad stumetrowej średnicy. Borys zasila je wzorcami opisującymi wszystko, co różni się od niezmiennego gwiazdobrazu. Niebawem ich pamięć zostanie skondensowana i wróci jako wizja poruszającego się mroku — zimnych, martwych akolitów nieudanego słońca.

— Ale gdzie on powinien być? — pyta Sadeq. — Wiesz w ogóle, czego szukamy?

— Tak. Powinniśmy znaleźć go bez problemu. Będzie wyglądał jakoś tak.

Amber celuje palcem wskazującym w rząd szklanych okien przed mostkiem. Jej sygnet rozbłyska rubinowo, za szybami, zamiast morskiego krajobrazu pojawia się coś nieopisanie dziwacznego. Nad powierzchnią złowrogiej planety wiszą w przestrzeni grona perłowych korali tworzących spiralne sznury, dyski i barwne sploty przenikające przez siebie nawzajem.

— Coś jakby rzeźba Williama Lathama wykonana z materii osobliwej, nie?

— Bardzo abstrakcyjne — odpowiada Sadeq.

— To żyje — dodaje Amber. — A kiedy odpowiednio się zbliży, będzie chciało nas zjeść.

— Co? — Sadeq prostuje się, zdumiony.

— Jak to? Nikt ci nie powiedział? — pyta Amber. — Myślałam, że uświadomiliśmy wszystkich. — Rzuca mu lśniący złotem owoc granatu.

Sadeq go łapie. Owoc wiadomości rozpływa mu się w dłoni, siedzi teraz otoczony mgiełką duchów chłonących w jego imieniu te informacje.

— Kurczę — dodaje łagodnie Amber.

Sadeq zamiera. Na jego skórze i ciemnym garniturze pojawiają się piktogramy, jakby poprzerastane bluszczem kruszące się kamienie; sygnalizują, że jest zajęty w innym, prywatnym świecie.

— Chrrr! Szefowo, coś znalazłem! — woła Borys, śliniąc się na podłogę mostka.

Amber unosi wzrok. Proszę, niech to będzie router, myśli.

— Daj to na główny ekran.

— Jesteś pewna, że to bezpieczne? — pyta nerwowo Su Ang.

— Nic nie jest bezpieczne — wypala Borys, stukając w pokład potężnymi pazurami. — Proszę. Spójrzcie na to.

Widok za oknem zmienia się w perspektywę pylistego, niebieskawego horyzontu: wodorowe wiry ocierają się o pierzaste chmury białych kryształów metanu, wypchnięte ponad punkt zamarzania tlenu przez rezydualny ruch obrotowy Hyundaia+4904/-56. Obraz jest bardzo silnie wzmocniony — nieuzbrojone ludzkie oko widziałoby tylko czerń. Zza krawędzi gigantycznej planety wynurza się mała blada tarcza: Callidice, największy z księżyców brązowego karła — albo jego druga od środka planeta, niewiele większa od Merkurego jałowa skała. Ekran pokazuje zbliżenie na ten księżyc, pędząc nad powierzchnią podziurawioną kraterami i przyprószoną wydzielinami lodowych wulkanów. W końcu, tuż nad odległym horyzontem pojawia się coś migocącego, turkusowego, wirującego na lodowato czarnym tle.

— To jest to — szepcze Amber, czując, jak jej żołądek zmienia się w galaretę, gdy wokół rozwiewają się jak nocne zjawy wszystkie straszne przypuszczenia i domysły. — To jest to! — Uradowana, wstaje, chcąc podzielić się tą chwilą ze wszystkimi drogimi jej osobami. — Sadeq, obudź się! Niech ktoś zawoła tego cholernego kota! I gdzie Pierre? Też musi to zobaczyć!

* * *

Poza zamkiem króluje noc i hulanki. Pijane tłumy awanturują się w wigilię św. Bartłomieja, nocy pogromu hugenotów. Nad głowami strzelają fajerwerki, a otwarte okna wpuszczają ciepły powiew niosący woń gotowanego mięsa, dymu z palonego drewna i otwartych rynsztoków. Tymczasem kochanek skrada się w półmroku po krętych kamiennych schodach, zmierzając na umówione spotkanie. Wypił to i owo, na jego najlepszej lnianej koszuli widnieją plamy z potu i jedzenia. Zatrzymuje się przy trzecim oknie, by odetchnąć świeżym powietrzem i przesunąć dłońmi po grzywie długich, rozczochranych i tłustych włosów. Po co ja to robię? — zastanawia się. Takie rozróby to zupełnie nie w jego stylu…

Pnie się dalej po schodach. Na górze staje przed dębowymi drzwiami wychodzącymi na przedsionek oświetlony wiszącą na haku latarnią. Odważa się wejść do pokoju gościnnego, wyłożonego poczerniałym ze starości dębem. Przejście przez próg powoduje włączenie umówionego skrzyżowania doznań. Jego stopami nie kieruje teraz własna wola, lecz coś całkiem innego: w piersi czuje obce drżenie; rozchodzące się tam ciepło, wyczekiwanie, rozluźnienie każą mu wykrzyknąć: