Выбрать главу

— Gdzie jesteś?!

— Tutaj.

Widzi ją, czeka na niego w przejściu. Jest roznegliżowana, zostały jej tylko liczne warstwy halek i płaski gorset, w którym jej piersi wypiętrzają się niczym imponujące kopuły. Obcisłe rękawy są na wpół rozpięte, włosy rozpuszczone. Cały tonie w jej przepięknych oczach, chłonie widok ściśniętych gorsetem prostych jak struna pleców, smakuje jej usta. W jego rzeczywistości jest magnesem, niesamowicie pociągającym i tak naprężonym, że zaraz pęknie.

— Kręci cię to? — pyta.

— Pewnie.

Zbliżając się do niej, czuje się spięty, bez tchu, w kleszczach niemożliwości i pożądania.

Eksperymentowali już z rolami płciowymi, testując dla zabawy ekstremalny dymorfizm płciowy tej epoki, ale pierwszy raz robią to w ten sposób. Ona otwiera usta, on ją całuje, czuje wciskający się między wargi jej ciepły język; mocno obejmuje ją w talii.

Napiera na niego, czując jego erekcję.

— Więc to tak jest u ciebie — mówi, zdziwiona.

Drzwi do jej komnaty są uchylone, lecz Amber już nie potrafi się powstrzymywać i czekać: przypływ nowych wrażeń — przekierowanych przez model fizjologiczny do jego proprioceptywnego sensorium — włada teraz nimi niepodzielnie. Ociera się o niego biodrami, głębiej wciska w jego objęcia, cichutko gardłowo pojękując, czuje obrzmienie jąder, twardość penisa. On prawie mdleje od jej intensywnych odczuć, jakby się rozpuszczał, czując napierającą, rozdygotaną twardość, jakby zamieniał się w wodę i odpływał. Jakimś sposobem udaje mu się zamknąć w ramionach jej talię — ściśniętą, bez tchu — po czym popycha ją ku sypialni. Gdy rzuca ją na pękający w szwach materac, Amber jęczy:

— Zrób mi to! Już!

Nie wiadomo kiedy ląduje na niej, nogawice plączą się wokół kostek, jej spódnice są podwinięte do talii; całuje go, przywierając doń biodrami i szepcząc niecierpliwe nic nieznaczące słowa. Potem ma już serce w jej ustach, uczucie, jakby świat wdzierał się w jego intymne części ciała, co jest tak niespodziewane, że aż traci od tego dech. Jego penis jest gorący, twardy jak skała i chce go jej wepchnąć tak bardzo… a jednocześnie czuje w nim przerażającego i niespodziewanego intruza. Przywierając do niej, czuje dotyk własnego języka na jej sutkach, jak błyskawice, jest obnażony, przestraszony i pełen ekstazy, gdy jej intymne części przyjmują w siebie jego członka. Zaczynając rozpływać się we wszechświecie, w dyskretnym azylu własnej głowy krzyczy: „Nie wiedziałem, że to tak jest…!”.

Po wszystkim Amber odwraca się do niego z leniwym uśmiechem i pyta:

— I jak było? — Oczywiście zakładając, że skoro podobało się jej, jemu też musiało.

On natomiast pamięta tylko uczucie wpychającego się weń wszechświata i że to było bardzo przyjemne. I słyszy wrzaski ojca: „Co ty, pedał jakiś jesteś, czy co?!” — i czuje się brudny.

* * *

Witamy w ostatniej megasekundzie przed nieciągłością.

Układ Słoneczny myśli już wściekle, mając 1033 MIPS-ów — idee kłębią się i wirują w machinie równoważnej bilionowi nieulepszanych ludzkich mózgów. Pierścienie Saturna żarzą się odpadowym ciepłem. Ostatni wierni Świętych Dni Ostatnich korelują przestrzeń fazową swojego genomu z danymi o swoim pochodzeniu, próbując w ten sposób wskrzesić przodków. Na równikowej orbicie Ziemi wykwitły kosmiczne holowniki, jak wdzięczne paprotkowate liście rosiczek, wciągające na orbitę ładunek i pasażerów. Na powierzchni Merkurego roi się od krabopodobnych robocików, wydzielających czarną maź przetworników fotoelektrycznych i srebrne nitki transporterów masy. Tę wewnętrzną planetę, stopniowo kurczącą się pod atakiem olbrzymiej ilości energii słonecznej i upartych robotów górniczych, spowija świecąca chmura przemysłowych nanomów.

Pierwotne wcielenia Amber i jej dworu unoszą się na wysokiej orbicie okołojowiszowej, kontrolując olbrzymi ośrodek handlu głupią materią, szybko pożerający dostępną masę wewnętrznego układu Jowisza. Odbywa się tu ożywiony handel masą reakcyjną, przychodzą dostawy dwufazowych struktur diamentowo-próżniowych, które są tu montowane i wysyłane w niższe rejony Układu Słonecznego. Daleko w dole gigantyczna żarząca się ósemka — pięćsetkilometrowa pętla nadprzewodzącego kabla — muska skraj skłębionych jowiszowych chmur, ciągnąc za sobą przez magnetosferę płomienne smugi. Zamienia orbitalny moment pędu w prąd elektryczny, wysyłając go ku Hyundaiowi+4904/-56 macierzą fasetkowych laserów jak musze oko. Dopóki oryginalnej Amber i jej cielesnemu zespołowi udaje się utrzymać go w ruchu, Wędrowny cyrk może kontynuować swą wyprawę badawczą — jako element postludzkiej cywilizacji ewoluującej w burzliwych głębinach Układu Słonecznego, część uciekającego pociągu wleczonego za niepohamowaną lokomotywą historii.

W jałowych oceanach Tytana powstaje dziwaczna nowa biologia, oparta na złożonej, adaptującej się materii. W lodowatych otchłaniach poza orbitą Plutona przechłodzone bozonowe gazy zestalają się w niesamowite, oniryczne konstrukcje, gotowe do wysłania do wewnątrz układu, do jego szybko myślącego rdzenia.

W gorących głębinach nadal mieszkają ludzie, choć coraz trudniej jest ich rozpoznać. Do XXI wieku ich życie było nieprzyjemne, brutalne i krótkie. Chroniczne niedożywienie, brak wykształcenia i endemiczne choroby wykształciły kulawe umysły i niepełnosprawne ciała. Teraz większość nich działa wielozadaniowo: białkowe mózgi stanowią rdzeń rozproszonej jak chmura osobowości, w większej części zwirtualizowanej na piętrowych warstwach strukturalizowanych rzeczywistości, daleko od ich fizycznych ciał. Wojny i rewolucje, czy raczej ich dzisiejsi pobratymcy, przetaczają się przez świat w miarę jak kolejne stałe przeistaczają się w zmienne; dla niektórych ludzi śmierć głupoty jest jeszcze trudniejsza do przyjęcia niż koniec śmiertelności. Niektórzy zamrażają się w szkle, żeby czekać na niepewną postludzką przyszłość. Inni modyfikują samo sedno swojej tożsamości, by lepiej radzić sobie ze zmienionymi wymaganiami współczesności. Wśród nich mamy i takich, których nie uznałby za człowieka nikt z poprzedniego wieku — krzyżówki ludzko-korporacyjne, rodziny zombiaków odhumanizowanych przez własną optymalizację, software’owe diabły i anioły, przebiegle inteligentne instrumenty finansowe. Nawet ich fantazje ulegają teraz autodekonstrukcji.

Do Wędrownego cyrku nie dociera nic z tych rzeczy, oprócz mocno lakonicznych raportów informacyjnych. Statek jest skamieliną, pozostawioną w tyle przez przyśpieszającą falę postępu. Ale to na jego pokładzie zachodzą wydarzenia należące do najważniejszych w stożku światła ludzkości.

* * *

— Borys, przywitaj się z meduzą.

Borys, w ludzkim przebraniu, gapi się na Pierre’a i ściska oburącz dzbanek. Jego zawartość leniwie kręci mackami: jedna prawie wynurza się z roztworu, wypychając z niego nadzianą na szpikulec wisienkę koktajlową.

— Nie pozbierasz się za to — grozi Borys. Zadymione powietrze wokół jego głowy zawirowuje demonicznymi wizjami zemsty.

Su Ang wpatruje się uważnie w Pierre’a, który z kolei obserwuje Borysa, unoszącego dzbanek do ust i pijącego. Maleńkie meduzy — drobne, bladoniebieskie, o graniastym dzwonie i czterech gronach macek na każdym jego rogu — są łatwe do przełknięcia. Borys krzywi się, gdy w ustach szaleją nematocysty, ale za chwilę czy dwie kostkomeduza jest już w przełyku, a jego model biochemiczny tymczasem ogranicza szkody wyrządzone parzydełkami w jamie ustnej.

— Rany — mówi, biorąc kolejny łyk margarity z osy morskiej. — Cieleśniaki, nie róbcie tego w domu.