— A ja? — Pierre wyciąga rękę. — Mogę?
— Wymyśl sobie sam jakąś truciznę — szydzi Borys, ale wypuszcza z rąk dzbanek, podając go Pierre’owi, który unosi go do ust i pije.
Koktajl z kostkomeduz kojarzy mu się z upalnym latem w Hongkongu. Pieczenie na języku jest bolesne, ale szybko ustępuje uczuciu gorąca, gdy alkohol wlewa się w drobne ranki — ten świat tylko na tyle pozwala śmiercionośnej meduzie.
— Niezłe — mówi Pierre, ścierając z brody zabłąkany splot macki. Podsuwa dzbanek Su Ang. — O co chodzi z tym człowiekiem-plecionką? — Wskazuje kciukiem za plecy, ku stolikowi wciśniętemu w róg naprzeciwko obitego miedzią baru.
— A co nas to obchodzi? — pyta Borys. — Taka dekoracja, nie?
Bar to trzystuletnia brunatna kawiarnia, w której karta piw ma szesnaście stron, a brązowe drewniane boazerie znaczą plamy ze stęchłego piwa. W powietrzu jest aż gęsto od zapachu tytoniu, drożdży piwnych i spreju melatoninowego — i nic z tych rzeczy naprawdę nie istnieje. Amber wykopała go ze zbiorowych wspomnień Franklinowego borga, na podstawie chaotycznych e-maili od ojca opisujących jej cielesne korzenie — oryginał, o ile jeszcze istnieje, znajduje się w Amsterdamie.
— Mnie obchodzi kto to jest — rzuca Pierre.
— Daruj sobie — mówi cicho Ang. — To pewnie prawnik z ekranem chroniącym prywatność.
Pierre zerka przez ramię.
— Poważnie?
Ang przytrzymuje jego przegub.
— Poważnie. W ogóle nie zwracaj na niego uwagi. Do czasu procesu nie musisz.
Człowiek-plecionka siedzi niepewnie w rogu. Przypomina uwitą z suchego sitowia i przyozdobioną czerwoną chustką sylwetkę. W miejscu, gdzie powinien mieć prawą dłoń, plątaninę powiązanych końcówek wypełnia kufel z doppelbockiem. Od czasu do czas unosi go do ust, jakby chciał pić. Piwo znika w przestrzeni osobliwej jego wnętrza.
— Chuj z procesem — rzuca krótko Pierre. — I z Amber też, za to, że mianowała mnie swoim publicznym obrońcą…
— A od kiedy to z pozwami przychodzi w komplecie niewidzialny gość? — pyta Donna-dziennikarka, wkopiowując się do baru wraz z przerywanymi historycznymi śladami, sugerującymi, że dopiero co wraca z archiwum.
— Od… — Pierre mruga. — Cholera. — Razem z Donną weszła tu Aineko; a może była tu cały czas, zwinięta jak bochenek chleba na stoliku przed człowiekiem-plecionką. — Psujesz ciągłość — skarży się. — Ten świat jest zepsuty.
— To se go napraw — mówi Borys. — Wszyscy inni jakoś sobie radzą. — Pstryka palcami. — Kelner!
— Przepraszam. — Donna kręci głową. — Ja nie chciałam.
Ang jest, jak zawsze, bardziej zgodna.
— A jak się czujesz? — pyta grzecznie. — Może spróbujesz tego przepysznego trującego koktajlu?
— Wszystko w porządku — mówi Donna, masywnie zbudowana Niemka. Jeśli wierzyć publicznemu awatarowi, jest solidnie umięśnioną blondynką, otoczoną mgiełką mikrokamer. W jej rozproszonym umyśle stanowią różne punkty widzenia, niestrudzenie łącząc i montując poszczególne ujęcia w niekończący się dziennik podróży. Jest współpracowniczką konsorcjum medialnego CIA i ściągnęła się na statek w tym samym pakiecie, co pozew.
— Danke, Ang.
— Teraz też nagrywasz? — pyta Borys.
Donna kręci nosem.
— Ja nie nagrywam… — Przelotny uśmiech. — Jestem tu tylko skanerem. Pięć godzin od przybycia. Potem może przestanę.
Pierre zerka przez stół na dłonie Su Ang; knykcie ma białe i napięte.
— Staram się w miarę możliwości niczego nie przegapić — ciągnie Donna, nieświadoma niepokoju Ang. — Jest mnie tu osiem i wszystkie nagrywamy.
— I to tyle? — pyta Ang, unosząc brew.
— Tak, to tyle, taką mam pracę po prostu! Nie mówcie, że wy nie lubicie tego, czym się tu zajmujecie.
— Racja. — Pierre znów wbija wzrok w kąt, unikając kontaktu z tym szczerym Piętaszkiem płci żeńskiej. Przychodzi mu do głowy, że gdyby sceneria wokół wymagała upiększenia śpiewem, Ang darłaby się na całe gardło. — Amber mówiła ci, jakie tu obowiązuje prawo do prywatności?
— Tu jest jakieś prawo do prywatności? — pyta Donna, nacelowując na niego co najmniej trzy subiektywne duchy; wyraźnie żywi mieszane uczucia, co do poruszonej przezeń kwestii.
— Kodeks poszanowania prywatności — potwierdza Pierre. — Nie wolno nagrywać w prywatnych pomieszczeniach, nie można nagrywać w publicznych, jeśli ktoś nie wyraża zgody. Żadnych izolowanych środowisk i żadnego wkręcania.
Donna jest urażona.
— W życiu bym czegoś takiego nie zrobiła! Zresztą, zamknięcie kogoś w przestrzeni wirtualnej, żeby rejestrować reakcje… w Pierścieniu to przestępstwo, nie?
— Twoja matka — rzuca szyderczo Borys, podsuwając jej świeży dzbanek jadowitej meduzy z lodem.
— O ile wszyscy się zgadzamy — przerywa Ang, szukając zgody. — Przecież niedługo wszystko się rozstrzygnie, prawda?
— Poza procesem — mruczy Pierre, znów patrząc w róg.
— Nie widzę problemu — mówi Donna — to sprawa między Amber i jej przeciwnikami po drugiej stronie łącza!
— To jest jednak problem — wtrąca nonszalancko Borys. — Ile są warte twoje opcje?
— Moje… — Donna kręci głową. — Nie są jeszcze zbywalne.
— Możliwe. — Borys ma poważną minę. — Ale i tak, kiedy wrócimy, miara twojej wiarygodności poleci w niebo. Zakładając, że ludzie będą jeszcze używać rozproszonych rynków reputacji do oceny stabilności swoich partnerów biznesowych.
Niezbywalne. Pierre obraca tę myśl w głowie, nieco zaskoczony. Sądził, że wszyscy na pokładzie — może poza tym adwokatem, Glashwieczem — są pełnoprawnymi członkami ekspedycji.
— Nie są zbywalne — upiera się Donna. — Ja mam niezależne notowania. — Przez chwilę na jej twarzy igra coś prawie jak uśmiech, uroczo powściągliwa mina, niemająca nic wspólnego z jej prostoduszną powierzchownością. — Jak ta kotka.
— Kotka… — Pierre odwraca się jak dźgnięty.
Właśnie: Aineko siedzi w milczeniu na stoliku przed człowiekiem-plecionką, ale kto ją tam wie, co się dzieje w tej futrzastej głowie? Muszę powiedzieć o tym Amber, uświadamia sobie z niechęcią. Powinienem powiedzieć o tym Amber…
— Ale twoja reputacja nie ucierpi od pobytu na naszym statku, co? — pyta głośno.
— Nic mi się nie stanie — oświadcza Donna. Podchodzi kelner. — Dla mnie butelkę schneider weisse — zamawia. A potem zwraca się do Pierre’a: — Wierzysz w osobliwość?
— Masz na myśli, czy wyznaję osobliwość? — pyta Pierre, uśmiechając się sztywno.
— Ależ skąd, skąd! — Donna macha ręką, uśmiecha się szeroko, kiwa do Su Ang. — Nie o to mi chodziło! Uważajcie: chciałam zapytać, czy wierzycie w ideę osobliwości, a skoro tak, to gdzie ona jest?
— Robisz ze mną wywiad? — pyta Ang.
— No, nie mogę przecież zaciągnąć was do symulacji i potraktować jakąś imitacją rzeczywistości, prawda? — Donna rozpiera się na stołku, gdy barman stawia przed nią ceramiczny kufel.
— A. No tak. — Ang zerka ostrzegawczo na Pierre’a i wysyła w jego pole widzenia bardzo dyskretną wiadomość: „Nie pogrywaj z nią, to poważna sprawa”.
Borys patrzy na Ang z miną wyrażającą beznadziejne pragnienie. Pierre próbuje wszystko zignorować i potraktować pytanie poważnie.
— Osobliwość to coś jak to starodawne wniebowzięcie u amerykańskich chrześcijan, tak? — mówi. — Kiedy wszyscy polecimy do nieba, zostawiając ciała na dole. — Prycha, sięga w powietrze i bez powodu narusza przyczynowość, wyczarowując znikąd dzban zimnej sangrii. — Wniebowzięcie jajogłowych. Wypiję za to.