Выбрать главу

— Ale kiedy to się stało? — pyta Donna. — Moja publiczność będzie chciała znać twoje zdanie.

— Cztery lata temu, kiedy stworzyliśmy instancję tego statku — odpowiada natychmiast Pierre.

— W latach nastych — mówi Ang. — Kiedy ojciec Amber wyzwolił przetransferowane langusty.

— To się jeszcze nie stało — wtrąca Borys. — Osobliwość jest wtedy, gdy w pewnym momencie szybkość zmian jest nieskończona. Odtąd przyszłość nie daje się przewidywać istotom sprzed osobliwości, tak? Czyli to się jeszcze nie stało.

— Wprost przeciwnie. To stało się szóstego czerwca tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku, o jedenastej czasu atlantyckiego. Wtedy właśnie przesłano między procesorami Arpanetu pierwsze sterujące pakiety sieciowe — to było pierwsze połączenie internetowe. To właśnie jest osobliwość. Odtąd wszyscy żyliśmy w świecie, który był nie do przewidzenia na podstawie poprzednich zdarzeń.

— Bzdury — kontruje Borys. — Osobliwość to religijne pierdoły. Chrześcijański mistycyzm, wniebowzięcie, przemalowane i wykorzystane na nowo przez jajogłowych-ateistów.

— Niezupełnie. — Su Ang patrzy nań obrażona. — Na przykład my tutaj, sześćdziesiąt parę ludzkich umysłów. Zostaliśmy wymigrowani — za życia — z naszych własnych głów za pomocą niesamowitego połączenia nanotechnologii i elektronowego rezonansu paramagnetycznego, tak że teraz chodzimy jako program na systemie operacyjnym, wirtualizującym wiele modeli fizycznych naraz i symulującym rzeczywistość — wszystko po to, żebyśmy nie ześwirowali od deprywacji sensorycznej! I cała ta machina, wielkości paznokcia, siedzi w statku kosmicznym wielkości walkmana babuni, orbituje wokół jakiegoś brązowego karła, nieco ponad trzy lata świetlne od domu, planuje wpiąć się do routera sieciowego zbudowanego przez przedwieczną obcą inteligencję, a ty mi mówisz, że ta fundamentalna zmiana w kondycji ludzkiej to bzdura?

— Yhm. — Borys wygląda na zakłopotanego. — Nie o to mi chodziło. Bzdurą jest sama osobliwość, a nie transfery albo…

— Taa, jasne. — Ang uśmiecha się zwycięsko do Borysa. Ten po chwili więdnie.

Donna szczerzy się entuzjastycznie.

— Fascynujące! — zachwyca się. — A powiedzcie mi, co to za langusty i czemu są takie ważne?

— To przyjaciele Amber — wyjaśnia Ang. — Wiele lat temu jej ojciec zrobił z nimi interes. To były pierwsze transfery, wiesz? Tkanka nerwowa langusty zhybrydyzowana z heurystycznym API i jakąś przypadkową zbitką wnioskujących w tył systemów ekspertowych. Wydostały się z laboratorium do sieci, a Manfred zorganizował układ dający im wolność, w zamian za pomoc w zarządzaniu orbitalną fabryką Franklina. To było dawno, zanim ludzie doszli, jak powinna wyglądać autofabrykacja. W każdym razie, langusty uparły się — umieściły taki warunek w umowie — żeby Bob Franklin zapłacił za wysłanie ich przez siatkę nasłuchową głębokiego kosmosu w przestrzeń międzygwiezdną. Chciały emigrować, a patrząc, co się teraz dzieje z Układem Słonecznym, czy możemy mieć do nich pretensje?

Pierre pociąga spory łyk sangrii.

— Kot — mówi.

— Kot… — Głowa Donny obraca się, ale Aineko znów zniknęła, wycinając się wstecz z historii zdarzeń w tej przestrzeni publicznej. — Co kot?

— To kot rodzinny — wyjaśnia Ang. Wyciąga rękę po dzban Borysa z sokiem z meduz, ale robiąc to, marszczy brew. — Aineko wtedy jeszcze nie była świadoma, ale później… gdy SETI@home wreszcie odebrała tę wiadomość, eee… ileś lat temu, Aineko przypomniała sobie o langustach. I złamała ten szyfr na wylot, gdy wszystkie zespoły CETI myślały jeszcze kategoriami neumannowskich architektur i programowania zorientowanego pojęciowo. Komunikat zaś był siecią semantyczną, zaprojektowaną tak, żeby łatwo zintegrować się z wysłanymi wiele lat wcześniej langustami i zapewnić wysokopoziomowy interfejs do sieci komunikacyjnej, którą zaraz odwiedzimy. — Ściska opuszki palców Borysa. — SETI@home zarejestrowała te współrzędne — stąd przyszła transmisja, chociaż publicznie mówiło się, że jej źródło jest o wiele dalej, nie chcieli ryzykować paniki, gdyby ludzie dowiedzieli się, że obcy siedzą nam pod samymi drzwiami. Tak czy owak, kiedy Amber wyrobiła sobie pozycję, postanowiła w to miejsce zajrzeć. I stąd wyprawa. Aineko stworzyła wirtualną langustę i przepytała pakiet od obcej cywilizacji, stąd wiemy jak otworzyć kanał komunikacyjny.

— Aha, teraz coś rozumiem — mówi Donna. — Ale ten proces… — Zerka na pustego człowieka-plecionkę w rogu.

— No, to jest pewien problem — potwierdza dyplomatycznie Ang.

— Nie — wtrąca Pierre. — To ja mam problem. Wszystko przez Amber.

— Hm? — Donna wpatruje się w niego. — Przez królową? Czemu?

— Bo to ona postanowiła, że okresem raportowym dla firm w jej domenie będzie miesiąc księżycowy i że środkiem rozwiązywania korporacyjnych konfliktów będzie pojedynek — burczy Pierre. — No i poręczenie osoby godnej zaufania, ale w tym przypadku nie da rady, bo w promieniu trzech lat świetlnych nie ma żadnego uznanego serwera reputacji. Pojedynek w procesie cywilnym, w tych czasach! I do tego wyznaczyła mnie na obrońcę.

W najbardziej tradycyjny ze sposobów, wspomina z ciepłym drgnieniem nostalgii. Już przed tym katastrofalnym eksperymentem jego ciało i dusza należały do niej. Nie jest pewien, czy tak jest nadal, ale…

— Muszę zająć się tym pozwem, oprotestować go w jej imieniu — dodaje.

Ogląda się przez ramię. Plecionka siedzi spokojnie, wlewając piwo do niewidzialnego gardła jak zmęczony robotnik rolny.

— Rozstrzygnięcie przez pojedynek — tłumaczy Su Ang skonfundowanemu rojowi duchów Donny, krążącemu niepewnie wokół nowego pojęcia. — Nie fizyczny pojedynek, ale walka umiejętności. Wtedy wydawało się, że to świetny pomysł, żeby pieniacze przestali zasypywać Imperium Pierścienia bzdurnymi pozwami, ale prawnicy Królowej Matki są bardzo uparci. Zapewne dlatego, że przez lata zrobiło się z tego coś w rodzaju pojedynku gwiazd. Pamela pewnie ma to już gdzieś, ale ten z dupy wyjęty prawnik traktuje to jak osobistą krucjatę. Kiedy muzyczna Mafija dobrała się do niego, na pewno nie było mu miło. Ale jest coś jeszcze: kiedy wygra, do niego należy wszystko. Wszystko-wszystko.

* * *

Kolejne dziesięć milionów kilometrów i Hyundai+4904/-56 już majaczy za spadochroniastym świetlnym żaglem Wędrownego cyrku, jak fragment mroku wygryziony z krawędzi wszechświata. Podgrzewa go ciepło powstające przez grawitacyjne sprężanie jądra, ma z sześćset stopni Kelvina, ale to nędzne promieniowanie nie jest w stanie stopić wiecznego lodu skuwającego Callidice, Iambe, Celeusa i Metaneirę, martwo urodzone planety uwięzione na orbicie brązowego karła.

Lecz wokół tej potężnej wodorowej kuli krążą nie tylko planety. Oko z detekcją fazową konstrukcji Borysa dostrzegło tam coś metalicznego i gorącego, orbitującego tuż nad wierzchołkami chmur, na wysokości zaledwie dwudziestu tysięcy kilometrów. Cokolwiek to jest, obraca się zupełnie nie w płaszczyźnie ekliptyki nakreślanej przez lodowe księżyce i w przeciwnym kierunku. Jeszcze dalej, odbita iskierka szmaragdowego promienia lasera dopatruje się na tle gwiazdobrazu jaskrawego klejnocika: to cel podróży, router.

— Mamy go — mówi Borys. Jego ciało dyskretnie wraca do człowieczeństwa, przekonując wstecznie kieszonkowy wszechświat mostka, że cały czas był tu obecny w człekokształtnej formie. Amber zerka w bok. Sadeqa wciąż spowija bluszcz, jego skóra ma fakturę zerodowanego wapienia. — Najkrótsza ścieżka podejścia to sześćdziesiąt trzy sekundy świetlne, za osiemset tysięcy sekund. Manewrując, możemy zbliżyć się bardziej, ale wejście na stabilną orbitę trochę potrwa.